miércoles, 29 de julio de 2009

Jesien, 17 July

Jesien
Zolte wachlarze milorzabu japońskiego opadaja na dziedziniec
Liscie tulipanowca kołyszą się nieznacznie w lekkim wietrze
Jeszcze jest cieplo, bardzo cieplo
Jakby lato nie chcialo odejść
O tej porze jestem zwykle w wozowni i poleruje obicia kol
Ale teraz wyszedłem, bo wszystko już obrobione
Pani dzisiaj jedzie na proszona kolacje, wiec musi być blysk
I jest
Mógłbym poprosic o wychodne, ale lepiej wszystkiego dopilnowac
Pojde wiec do stajennego, żeby sprawdzic, co i jak
Ale i tak wiem, ze konie sa wyszykowane
Jeszcze tylko przyjdzie mi pochodnie przyprawic
Wieczorem, jak Pani już pojedzie, Hanka zawola mnie na kolacje
Przy niedzieli będzie rosol , kaplony i swieze ciasto, a i butelka wina się znajdzie
Wszystkich nas siedmioro służby, a Pani sama jedna i dba o nas
Czasami nawet zejdzie wieczorem do kuchni i zapyta, czy czego nie trzeba
Piekna kobieta jest, ale smutek ma taki w oczach, ze az zal
Ma dwadzieścia siedem wiosen i jeszcze sama
Ale dzisiaj do kawalera jedzie, z dobrej rodziny, ale ja to go nie bardzo lubie
Szykowny, a jakze, ale żeby miał za duzo oleju w glowie, to nie
A nasza Pani rozumna i w dobrych szkolach uczona
A temu tylko polowania i kasyna w glowie
Ale co ma być sama
Tutaj na kresach nie ma co przebierac
U mnie piaty krzyżyk na karku, a kobiety nie znalazłem
Dobrze mi tutaj i już
Jak roboty nie ma, to Pani do biblioteki zajsc mi pozwoli
A raz to nawet koniaku sama nalala i z pol nocy rozprawialiśmy o Stendhalu
Malo tego
Kiedy do miasta do teatru jechala na Moliera, to kazala mi się sprawic i moglem usiąść obok niej
Kiepska to byla sztuka, zle wystawiona, bez smaku, ale dumny byłem
A tu po pierwszym akcie Pani mowi, ze wychodzimy, ze pojedziemy na miasto do restauracji
Mnie to się w glowie zakręciło jak mnie pociągnęła za soba
Srebra, kandelabry, sorbety, a ona ze mna siedzi
Zamykali już, a ona nic tylko rozmawiac chce
A wyglądała tak, ze najpiekniejsza ksiezniczka by zbladla
Wstydu nie przyniosłem, bo ogładę mam, bo ojciec uczyl, ze jak pojde na służbę, to mam wszystko wiedziec
Ale żeby tak, to kto by pomyślał
Kiedy wracaliśmy kazala woznicy szybciej i szybciej, kok starannie upiety rozpuściła i sliczna główkę na zewnatrz, a wlosy płonęły na ponowiu
I krzyczy do mnie, ze czworki koni trzeba
A u nas dwa w zaprzegu
W lesie kazala konie wstrzymac i wysiąść
Pyta mnie czy slysze jaka cisza
A jak miałem nie słyszeć
Potem dlaczego się nie ożeniłem
To mowie: Abo mi zle samemu, Panienko
Bo do Pani tak mówiliśmy, choc dwadzieścia siedem wiosen, to i sierota i panna
Cos tam się w krzakach poruszylo , a ona do mnie calym cialem przylgnela, pytajac, co to, co to
To lis tylko, ale mnie mrowienie przeszlo od tej bliskości
Nie, żebym kobiet nie dotykal, bo jak się chodzilo do oberzy, to było az nadto i chetnie suknie podkasywaly
Ale to nie było to samo, nic a nic
Ze dwa dni chodziłem jak pijany
Teraz jednak piekne pazdziernikowe popołudnie
A tamto było dawno, ze dwa lata zeszly
Mysle tak i mysle, wspominam sobie az zasnąłem
Hanka mnie budzi szturchając
Dobra kobieta, ale zrzędliwa
Budzi się i to już, z Panienka pojedziesz, a jak wygladasz, poczwaro
No to wloke się do siebie, a w kamerliku znajduje świeżutki paryski smoking
Koszule biala z jedwabiu i walize w całości spakowana
Nie ma czasu na myslenie, wiec rychlo się oporządzam i czekam
Ale z pospiechu brzytwa się zaciąłem, wiec delikatnie lisc milorzabu przykładam
Patrze, a tu woznica czwórkę koni do powozu przyprowadza
- ty, Witold, to się w czepku urodziłeś: wygladasz jak się patrzy; stary jestes, to może Panienka cie na swata bierze, ale troche nie uchodzi żeby wozowy do takich zaszczytow stawal
- ty, Kacper, koni pilnuj i zaprzegaj po bozemu; sam nie wiem co to za mecyja

Wiec była to mecyja nie lada bowiem Panienka przyszla w takiej czarnej sukience, może do pol lydki
Z wlosami rozpuszczonymi, a miala krucze i na ramiona
Zadnej biżuterii
Kazala Kacprowi załadować walizy i moja przy okazji i wtedy spojrzał na mnie spode lba
Do mnie w ogole się nie zwracala
Ani glosem ani spojrzeniem

Teraz, kiedy już moglem się już przebrac w dżinsy i biala koszule i kiedy siedzimy na molo w Sopocie obgryzając dwie polowki kurczaka z tacki popijając kiepskim winem prosto z butelki, teraz się zastanawiam, czy to mialo sens, wiec grzecznie pytam

- Panienko, abo nam tam zle było? Było jechac taki szmat drogi?
- Oj, Witold, ty niedzisiejszy jestes. To tylko na niedziele, zabawimy się, przewaletujemy u Hanki i wrocimy
- To dobrze, bo troche się martwilem

No hay comentarios:

Publicar un comentario