domingo, 1 de noviembre de 2009

ghosts

duchy przyszly o polnocy
zazyczyly bialej kielbasy z cebula i wodki
siadly przy stole w kuchni
a kuchnia w mojej podlaskiej chacie wielka byla
to i dobrze bo bylo ich dwanascie
obdarte to i widac ze z dalekiej drogi
siedzialy i milczaly
cztery cos szkrobaly ne pergaminie chlapiac inkaustem
dalem wodki z chlodnej piwnicy i wzialem sie za pieczenie kielbasy
i te w koncu podalem
jedli lapczywie, pili z umiarem rozlewajac wodke do szklanek
powiedzialem, ze mam resztke sekacza i chetnie poczestuje
a oni na to, ze przyjdzie Roza to zrobi nalesnikow z serem
chwila nie minela, a do kuchni weszla dziewczyna
wygladala tak oto

i nuze do nalesnikow sie zabrala
chyba w calej wsi pachnialo, bo niezwykle to byle nalesniki
jakbys caly swiat waniliowo-orzechowy rozpuscil w powietrzu
duchy sie ozywily
pismaki odlozyly pisanie
przepijaly jeden do drugiego
spiewaly, a mnie po plecach klepaly
pytac chcialem o cos, bo ciekawosc jak w zaswiatach
a tu masz babo placek
kur zapial i poszly w czorta
tylko Roza zostala
to grzecznie zapytalem, czy jej poscielic w goscinnym
a ona na to, zebym sie zbieral, ze juz czas
az mi sie zimno zrobilo
a teraz w trzynastu chodzimy
i do ciebie tez przyjdziemy

viernes, 16 de octubre de 2009

TANIEC

Swit byl dzdzysty, choc lekko pomarañczowy odblaskami zagubionego sloñca.
Szedlem pusta plaza rozkoszujac siê zapachem morza, slona bryza i widokiem
pochylonych sosen spogladajacych z wysokiego klifu. Nie ma nic pyszniejszego nad
taki spacer, który wydaje siê nie miec ani poczatku, ani koñca; jest doskonala
forma przechadzki dookola swiata. Wiêc szedlem i szedlem nie podejrzewajac, ze
cokolwiek moze siê wydarzyc, ze moze nadejsc poludnie, ze plaza napelni siê
kolorowymi parasolami, wrzaskiem bachorów i plamami obficie nakladanych olejków
i emulsji. Nioslem najglêbsze przekonanie, ze to miejsce bezpieczne, teren
prywatny, obcym wstêp wzbroniony i w ogóle nie wychylac siê, nie dokarmiac, a
wszelkie bêdzie karane. I tak ani siê oddalajac, ani przyblizajac, szuralem
bosymi stopami po mokrym piasku w niedosciglym przekonaniu, ze znam miarê
wszechrzeczy. I wtem na horyzoncie pojawil siê maly czarny punkt, który
najpewniej byl czlowiekiem, ale czlowiekiem niedopuszczalnym. W miarê jak siê do
niego zblizalem, walila siê na glowê cala koncepcja kosmosu, rozsypywala siê
eleacka teoria ruchu i sumowaly siê wszystkie blêdy, jakie zawieral sylogizmtego poranka. Wszelako nie mialo obejsc siê bez zadoscuczynienia, co ratowaloswiat od calkowitej zaglady
ze szczególnym uwzglêdnieniem elementarnej
sprawiedliwosci opierajacej siê na fundamentalnym ?cos za cos?.

Kiedy dystans pomiêdzy nami nie byl juz wiêkszy niz ten, który dzieli Akropol od
Propyleji moglem dostrzec, ze jest to cwiczaca tancerka. W czarnej sukience i dlugimi rozpuszczonymi wlosami kreslila zdumiewajace figury.
Dobrzy bogowiemusieli maczac w tym palce albo upuscili ten obraz z wysokiego stolu, przyktórym do switu ucztowali w towarzystwie bachantek.
W miarê, jak siê zblizalemdostrzegalem coraz wiêcej szczególów, poczawszy od harmonii ruchów, przez ksztalt dloni, opalonych ramion, piêknie rzezbiona szyjê, choc zdradzajaca, ze
zbliza siê do wieku, w którym urok dziewczêcosci moga przechowac jedynie dusze
wybrane. Wreszcie zobaczylem jej szare oczy, nasycone najdoskonalszym grafitem
morza, które co raz dosiêgalo jej stóp lekko odbijajacych siê od piasku.
Mialemwrazenie, ze nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi, ze slyszy rytm bêbnów i
tañczy taniec ofiarny. Ale jej bóg byl niewidzialny, podobnie jak przygotowane
do sciêcia dziewice, plonace niewidocznym ogniem stosy, muskularni bêbniarze,których nasmarowane oliwa ciala blyszczaly w niewidocznym sloñcu.

A kiedy zblizylem siê do niej na wyciagniêcie rêki przekonany, ze wkrótce jaminê i przegnam wspomnienie, ona podbiegla i wziêla mnie za rêce. Zatañczylismy.
Teraz i ja slyszalem muzykê. Goracy rytm bêbnów i melodiê fletni. Spod stóp
uciekal nam piasek, rozstêpowalo siê morze. Kiedy pot wystêpowal mi na czolo,ona wirujac ocierala go rabkiem swojej sukienki. To byla chwila, momentskradziony przypadkowi.

Wiêcej niz milosc. I od tamtej chwili nie spacerujê juz po plazach, nie ukladam i nie czytam sylogizmów, nawet nie patrzê na morze. Tylko tañczê. Nie mam czasu na pisanie.

AGNIESZKA

Agnieszka

Agnieszka trafila na Podlasie. Bog tak chcial. Przywiozl ja tam taki
smutny aniol w przyciasnym garniturze. Po drodze prawie sie nie odzywal,
tylko czytal Biblie. To taka ksiazka o wszystkim i o niczym, zle
napisana z cieniutka fabula, ale z jakiegos powodu nalezy do lektur
obowiazkowych, wiec rzadko kto ja czyta, ale widac aniol mial moze
egzamin poprawkowy czy cos takiego. Przeciez wiadomo, ze co niedziele
faceci w czerni – w ten dzieni akurat tak smiesznie przyodziani –
czytaja po kawalku, bo dluzej sie nie da, a i tak unikaja tych starszych
historii, bo tam juz straszna poruta. No to co sie dziwic aniolowi.

Kiedy juz dotarli na miejsce, bylo nakryte do stolu, a tam pachnace
flaki i pierogi z kasza, ziemniakami i wedzonym boczkiem, grzybki
marynowane, kompocik sliwkowy, az wreszcie pyszna nalewka pachnaca
sadem. I aniol od razu sie rozweselil, poluzowal kolnierzyk,
opowiedzial, ze zna osobiscie swietego Mikolaja (klamal jak z nut, bo
swiety Mikolaj nie istnieje), mowil tez ze byl u Pana Boga na jednej
takiej imprezie, gdzie dwunastu starych facetow z jakiegos niewiadomego
sentymentu (juz teraz wiadomo dlaczego mial poprawke) jadlo pieczywko
i popijali cienkim winem. Mial tez byc syn Pana Boga, ale zadzwonil,
ze mu cos wypadlo, chyba stal w korku i chlapnal, ze tylko cud moglby
spowodowac, zeby byl na czas. Ta opowiesc byla raczej dretwa, ale potem
przeszedl do bardziej wesolych, a juz numer jak z pewna panna zjechal po
linie do Medjugorje i przestraszyli nieco bogu ducha winne dzieci, ale
potem pili dingac i tanczyli do bialego rana, a potem calowali sie na
lace, z ktorej przegnal ich miejscowy proboszcz, bo przyjechaly
spychacze i mial tam jakis kosciol budowac. To poszli do stodoly
i jeszcze przy stole ta stodola plonela.

Agnieszka nic z tego nie rozumiala, bo niby dlaczego na stole pierozki
i flaczki, a ona mleczko. To bylo denerwujace i juz byla gotowa zrobic
awanture, ale podszedl no niej taki strasznie mily facet, co to sie
przedstawil, ze niby tatus jest, poglaskal ja po glowie i powiedzial:
nic sie nie martw, kochanie, jeszcze bedziesz tanczyla na dachu i pila
takie cudne kompoty, nie martw sie, troszke cierpliwosci. Uwierzyla mu,
nie wiedziec czemu.

Minelo wiele lat i przyjechal ten aniol, co ja tutaj przywlokl. Wzial za
reke tego milego faceta i powiedzial, ze czas najwyzszy sie zabawic, ze
ma taka chatke, duzy sad, drzewa owocowe i pelna spizarnie, ze zdal juz
egzaminy i – co prawda – boga nie ma, ale do kosciola po drodze
wpadniemy, a potem pojdziemy w tango.
No i tak sie stalo. Amen.

jueves, 15 de octubre de 2009

LIST DO MNIE

Kochana Coreczko,
Ty Mamusi powiedz, ze ja tu wszystko urzadzam. Prawda, ze z Michalem
troche pijemy i bywa, ze tanczymy na stole, ale jak przyjdzie, to porzadek bedzie.
Tylko jeszcze musze krzewy i roze owinac na zime,
co by nie pomarzly. A juz mysla o Leszku to ogorki kisimy i bimber pedzimy.
Chcialem mu nawet jakis samochod kupic, ale tutaj z tym nie jest latwo,
bo taki Lexus to wymieka przy moich skrzydlach, wiec zaden bajer.
No moze cos znajde, ale technologicznie nie jest latwo.

Teraz pisze na predce, bo ide do uli, zeby wziac wosk pszczeli
bo przeciez Andrzejki sie zblizaja. Michal polecial do miasta bo ma powazna
rozmowe z takim facetem, co sie Nicolas Cage nazywa. On tu
na chwile tylko przyjechal, ale ma jakis problem, a i Michal mowil, ze cos tam zle
udaje w jakims miescie aniolow, no i chce mu podpowiedziec, zeby moze
zrezygnowal z tego krowiego spojrzenia, bo skonczy jak Bogus Linda.
Michal ma dobre serce, ale teraz wszystko na mojej glowie, bo Ty nawet
nie wiesz, co to odlac wosk na knot. Ach, Ty zawsze bylas taka inna,
ale jak tu przyjedziesz, to mamy boska stodole i drewutnie, no mowie Ci coreczko,
bedziesz zachwycona, bo tam na Ciebie niespodzianka
bedzie czekala, ale to jest inny rozdzial. Kto wie, czy nie ostatni.

Tylko, Duszyczko, powiedz Mamusi, zeby sie nie martwila i nic a nic
i nie musicie sie spieszyc, bo ja tu wiele rzeczy musze jeszcze urzadzic,
jak trzeba. Ale jak juz sie wybierzecie, to przywiezcie cos z domowej
spizarni, cokolwiek.
Caluje
Tato

RAJKA

kiedy przyszedlem do raju sytuacja wydala mi sie dramatyczna
bylem zmarzniety, bo trzy dni lezalem w lodowce, ludzie sa bezduszni
a tu niedziela i wszystko pozamykane
na ulicach pusto, zywej duszy nie uswiadczysz
a chcialem kupic jakies dzinsy i normalne buy, bo wsadzili mnie w garnitur i czarne niewygodne obuwie
na szczescie jakis dobry czlowiek wepchnal do pudla flaszke, a w wewnetrznej kieszeni marynarki byla prawie pelna paczka fajek, ktora umknela uwadze lapiducha
usiadlem na krawezniku i uraczylem sie tym, co bylo
siedzialem tak z godzine, a tu patrze idzie zupelnie niebianska kobieta, obcisle dzinsy w nieskazitelnym indygo, bluzeczka z dekoltem, dlugie wlosy w kolorze srebrno-granatowym
wstaje, mowie pochwalony na wszelki wypadek i przedstawiam sie
ona patrzy na mnie jakos tak mgliscie i glosem anielskim
a kolega na jaka okolicznosc sie tak wystroil
no to tlumacze jak komus dobremu, ze tak mnie ubrali i wlasnie chcialem zapytac o jakis butik czy cos takiego, a ona na to, ze niedziela i wszystko zamkniete
to smutno konstatuje, ze poczekam do jutra, a tu slysze, ze jutra nie ma i nie bedzie
zeswirowana, mysle, ale sliczna, wiec pytam czy aby jakis hotel jest w poblizu
tak, jest jeden hotel za rogiem, ale mozesz pojsc ze mna, mam duze mieszkanie
nie jest zle, pomyslalem
szlismy bardzo bardzo dlugo i widac bylo, ze mieszka w eleganckiej dzielnicy i faktycznie willa jak sie patrzy, z basenem i ogrod wypieszczony, cacko
pokazala, gdzie lazienka zaznaczajac, ze do mojej wylacznej dyspozycji, bo ona ma swoja na pietrze
a to jest twoj pokoj, rozgosc sie, a ja znajde ci jakies normalne ciuchy i zrobie cos do zarcia
no jestem w raju, to pewne
rzeczywiscie piec minut nie minelo i dostalem czarne dzinsy kenzo, biala lniana koszule, moje ulubione wysokie buty altamy, bielizne, kosmetyczke, bajka
wzialem prysznic, przebralem sie, a na stole pumpernikiel, jajecznica na szynce, smazone rydze i bialy serek z rzodkiewka, no i zmrozony absolut i dwa kieliszki
jedlismy, pilismy i rozmawialismy i wcale nie taka zeswirowana, bo pogadalo sie o nowej fali w kinie, troche o antropologii i funcjonalizmie Malinowskiego, a wreszcie o pop kulturze
a na koniec pytam jak tu jest skoro mam zabawic jakis czas i czym ona sie zajmuje, bo widze, ze zajecie intratne
wiesz tu jest troche nudno, bo ludzi nie ma i wszystko pozamykane, mozna pojechac za miasto, ale tam tylko laki, laki i laki zielone, a ja coz, ja jestem bogiem wszechmogacym, wiec zajecie takie sobie
boze ty moj, pomyslalem, czy ja zawsze musze miec takiego pecha
kochalismy sie cala niedziele i tak juz bedzie zawsze i zawsze z nia, bo pierwsze przykazanie mowi: nie bedziesz mial innych bogow przede mna

domingo, 11 de octubre de 2009

CZTERY PORY ROKU

wstalem wczesnie slonce wpadalo przez rozbita szybe prosto do kuchnizmarzniety snieg iskrzyl sie wesolo za oknemnapalilem w piecuwzialem stara gazete, ukroilem pajde chleba i nalalem zimnej wodki do musztardowkiprzypomnialem sobie, ze w komorce sloik kiszonych ogorkow i mysliwska, to przynioslempo sniadaniu zapalilemmacedonski przedni, a jakzewtedy weszla Annawlosy rozpuszczone, w furmanskim kozuchu, oczy zalzawione od mrozuznowu pijesz, powiedziala jakby nie wiedziala, ze mowi sie dzien dobrydzien dobry, odpowiedzialem i nalalem wodki i sobie i jej, bo mialem dwie musztardowkizapytalem czy jadla sniadaniepokrecila glowa, wiec podalem jej na gazecie chleb, mysliwska i ogorki, bo wszystkiego jeszcze bylozjedz nie pij na czczopopatrzyla na mnie pogodnie i wypila pol szklankinie powinienes pic, powiedziala zagryzajac ogorkiem i napelniajac mi oprozniona juz musztardowkewypilemchodz pojdziemy do ogrodu i ulepimy balwanaa masz wegiel i marchewke, zapytalanie, ale sa jeszcze kasztany i szyszki z jesieniulepilismy balwanaslusznego wzrostu, siegalem mu do ramionposzedlem po flaszke, musztardowki i stara practikepstryknalem Anne z balwanem i polalemza duzo pijesz, powiedzial balwan, ale mnie mozesz tez nalacAnna oburzyla sie, bo ze niby balwany nie mowiabo nie ma o czym, odparowal balwan i wypilmusialem mu przyznac racje, bo o czym tu gadac, lepiej sie napictak jeszcze troche pocelebrowalismy az przyszla, niespodziewanie, wiosna, radosna oczywiscieAnna topniala w oczach az calkiem stopnialagdybys tyle nie pil, to ona by przezyla, a tak co, dopiekl balwana tak nic, idz po flaszkepowlokl sie do piwnicy i przynioslusiedlismy na lawie przy olchowym stoledosiadla sie wiosna, a piekna byla i wlosy miala zielone i oczy zielone i paznokcie pomalowane na zielono, tylko usta czerwonepilismy po marynarsku bo nie mialem trzeciej musztardowkilaki sie zazielenily i kaczence przyszly nad strumyk, ktory plynal z wolna oczywisciea potem jeszcze bzy i konwalie zniewolily nas zapachemprzynioslem z komorki paprykarz szczecinski i swiezego chleba, ktory sam sie upiekl w piecu chlebowyma chleb z czarnuszka byl i mial chrupiaca skorke, palce lizacjeszcze troche wypilismy i przyszlo latodosiadlo sie i mowi: goraco, kurwa, dajcie zimnej wodkiwiosna poprosila , zeby nie przeklinac, bo bzy wiednana co lato odparlo, ze ma w du... w nosie bzykultura, pomyslalemlato zapytalo, gdzie Anna, na co balwan, ze ja nie powinienenm pic, a wiosna przychodzic, to piekna Anna by tu z nami pila, a tak nic i nie ma o czym gadacto w milczeniu ogladalismy zdjecia, ktore lato zrobilo na wakacjachfajne, deszcz zziebnieci ludzie w ortalionach, puste plaze, naprawde fajneaz tu nagle zawialo i wszystki zdjecia porwaloacha, jesien idzie, powiedzialo latono i przyszla, oszalamiajaca uroda, rude wlosy, zloty makijaz, cala pachnaca sobamiala tez nalewke z glogu i pare musztardowek po sarepskieji od razu do mnie, ze musze sie z nia napic, a najlepiej jakbym sie jej oswiadczylto ja sie napilem i oswiadczylemzylismy dlugo i szczesliwie do zimy

TAK MIALO SIE ZACZYNAC

"No własnie, tego Ci zazdroszczę, że w srodku złotej jesieni przejdziesz przezmur kwiatów na Plaza Francia i pijac wino z Mendozy będziesz chłonęła dzwięki i kolory, chlipanie tanga.
A ja wtedy będę siedział w ciemnym warsztacie Piazza del Teatro miarkujac wagę talentu i rozpalajac błędne ogniki."
- taki oto tekstwysłałem do swojej przyjaciółki, Polki mieszkajacej na Ibizie, aprzebywajacej wtedy w słodkim Buenos. U nas była pełnia lata, w Argentynie chyba jesień, która - tak zawsze sobie wyobrażałem - przechodzi niezauważalnie w słodka wiosnę.
Pisałem do Agnieszki wyobrażajac sobie, że w samo południe na słynnym placu, gdzie cienie Recolety gubia się w kielichach wina i kwiatów,zastyga w figurze Valentino, a strużka wilgoci spływajaca jej po plecach sprawia, że od tego czasu będzie się bała stracić cokolwiek.
Bowiem kto raz zapamiętał się w tangu, uczepił się życia i smierci. I pomiędzy nimi słychać jego kroki.

Nigdy nie widziałem Agnieszki. Łaczy nas sieć, czyli nic nas nie łaczy. Chyba,że uznać iż potoki słów, które sobie wzajemnie wylewamy sa "czyms". Być może gdybysmy byli samotni, gdybysmy byli outsiderami, to byłyby lekarstwem,ratunkiem, ale oboje żyjemy w otoczeniu mnóstwa osób, jestesmy pochłonięci swoimi pasjami, ledwo wystarcza nam czasu na sen.
Nie mamy czasu spotkać się z rodzina,napisać do przyjaciół, a do siebie piszemy długie listy, które nie maja nic wspólnego z rytmem romansu "Masz wiadomosć" lub serwisem randka.com jestes mężczyzna? Tak, te słowa mogłyby być czyms, gdybysmy wymieniali między soba rzetelne,rzemieslnicze zawodowe uwagi. Byłyby wtedy praktyczne i składały się na warsztat pracy. Wszak oboje jestesmy artystami.
Ale nie, nie to jest przedmiotem naszej korespondencji. Nie przesyłamy sobie również przepisów na specjały lokalnychkuchni, piszac o winie częsciej opisujemy jego smak niż wymieniamy etykiety, z rzadka dowiadujemy się, co czytamy (Agnieszka namiętnie zagłębia się w komiksie"Calvin & Hobbes", a ja koniecznie chcę jej przesłać "Zimę w Lizbonie" Alberto Munoza Moliny, ale miejscowe antykwariaty nie pozwalaja mi na ten gest).
ZdradzęWam, że zdrobnienie od imienia Agnieszka w moim wydaniu brzmi: Ishka, Whisky. I tak, naprzykład w ubiegły wtorek: "Droga Whisky, los rzucił mnie do Wiednia, gdzie zapach ulic pozwala wybaczyć szerzace się tutaj drobnomieszczaństwo..."
Agnieszka rzadko zwraca się do mnie po imieniu. Może trochę się wstydzi? Ta hipoteza jest niedorzeczna. Ewentualnie w rachubę wchodzi mój wiek, którego nie zna i nie wiem, czy potrafiłaby go ocenić według dostarczanych przeze mnie wiadomosci.
Wydaje mi się, że tak, ale nie mam pewnosci.
Pewnie chcielibyscie się dowiedzieć, ile lat ma Whisky?
No więc jest w wieku, w którym whisky, naprzykład Glenfiddich, kosztuje krocie, więcej niż macie teraz w kieszeni i najpewniej na koncie, skoro to czytacie.

Ale bedzie zaczynalo sie inaczej.

OSTATNIA WERSJA sex@net

Do pokoju wpada smuga słonecznego światła, w której unosi się kurz. Panuje tu ogromny nieład. Na podłodze opróżnione butelki po winie, najczęściej z etykietą Concha y Toro, dwie popielniczki, pełne niedopałków, kartki pogniecione, nie zapisane, jakby ktoś robił z nich kulki i rzucał w stronę ledwo uchylonego świetlika, na dużym biurku w kolorze wiśniowym świece rozpuszczony wosk przyklejony do blatu, zdjęcia, jakaś wyrwana kartka z książki wyglądająca na miniaturę indyjską przedstawiająca tancerki, która służyły za podstawki do butelek, o czym świadczą liczne kółka, paczka starych listów adresowana niestarannym pismem, malutka fajka z wiśniowego drzewa. A wszystko pokryte milionem kryształków z rozbitego ekranu komputera, który miga jeszcze błękitnym światłem jak boja ratunkowa. To już prawie wszystko. Dla porządku można dodać wygniecione dżinsy Armaniego ciśnięte w kąt, mocna sfatygowaną „Boską Komedię”, zwiędły słonecznik w wazonie stylizowanym na potłuczone szkło. I, na pewno, adapter, belgijski, bardzo stary na którym obraca się zacinająca się płyta. Niekończąca się melodia to „Love in Davos” Tony Scotta. Żeby dowiedzieć się, co się tutaj stało musimy sięgnąć wstecz, trudno powiedzieć jak daleko. Jest listopadowy wieczór któregoś roku.

W skąpo oświetlonym warsztacie, na podłodze siedzi dzieciak, który z wypiekami na twarzy połyka „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”, wydanie...Obracaniu stron towarzyszy niemiarowy stukot młoteczka i kłęby dymu wydmuchiwane z fajki. Kiedy w maleńkim oknie suteryny coraz rzadziej pojawiają się nogawki i pończoszki, buty mnie lub bardziej zdeptane, rzadziej eleganckie lakierki, chropawy głos oznajmia
- Pora spać. No już, szoruj na górę.
- Jeszcze troczę dziadku, jeszcze trochę.
- A wiesz która jest godzina?
Dzieciak nie wie, która jest godzina. Nie ma to dla niego znaczenia.. Gdyby miał lampę Alladyna, potarłby ją i zapytał dżina. I jeszcze poprosiłby o butelkę armaniaku dla dziadka, a wtedy z pewnością mógłby czytać i czytać aż do rana, które przyniesie deszcz i kalosze za oknem. Ale nie ma lampy, więc kończy lekturę na zdaniu: „Zobaczymy jeszcze teraz, co się stało ze sklepem rzekomego kupca”. Ale nie zobaczył, więc śniły mu się damy z haremu Wielkiego Mogoła przyglądające się tańcom na tarasie. Niewiele z tego snu rozumiał, bo sny nie są po to, aby je rozumieć. Ktoś uczony orzekłby, że sen ten był ilustracją reprodukowaną ze staroindyjskiej miniatury, ostatnią jaką obejrzał zanim zamknął książkę. Nie wiedział też nic o Wielkim Mogole, choć jego sen wiedział. Za parę lat wyrwie tę stronę, jak ci którzy wyrywają obrazki z Playboya. Potem jeszcze tylko raz zafascynuje go kobieta, której nie ma. A może to przydarzy się komuś innemu.

Keanu był najzwyklejszym facetem pod słońcem. Ale wiadomo, że każda zwykłość jest niepowtarzalna. W sposób zupełnie niepowtarzalny spotkał miłość swojego życia.. A było to tak. Szli zatłoczoną aleją nowojorską płynąc w bożonarodzeniowym tłumie. To musiała być jedna z tych arterii, która hojnie oferuje zbytki najbardziej zbyteczne na świecie. Tłum jest tyleż kolorowy, co anonimowy. Tysiąc i jeden celów bez celu, setki tysięcy drobiazgów, odbicia w oknach wystawowych, znużenie odświętnie wystrojonych manekinów, najemni Mikołaje o szklanych oczach, szalone zabawki przymuszone do ruchu ogniwami Volta i śnieg, taki jak w Hollywood, ale naturalny, więc trochę mniej doskonały. Ale śnieg. Keanu płynie bezmyślnie tym strumieniem i spotyka w przeciwnym prądzie zmęczone oczy, chyba zielone, rudowłosej Mariah. Mijają się patrząc sobie w oczy, zatrzymują po przejściu paru kroków, wracają, całują się. Tak, to jest miłość od pierwszego wejrzenia, bez okresu godowego, stroszenia piórek. Kiedy trzy miesiące później siedzą w małej kafejce w odesskim pasażu i dzieli ich tylko karafka muscatu, wazonik z goździkami i dwie opróżnione szklanki, nie wiedzą, że najgorsze jest przed nimi. Od nieba oddziela ich tylko szkło, za to od ziemi solidny blok marmuru. Pasaż wydaje się nieskończonością, choć jest zaledwie jej modelem. Jaskiniowa akustyka podkreśla walor eleganckich butików, pudełkowy dźwięk obcasów, brzęk łyżeczki odkładanej na talerzyk. Tego dnia niebo jest pochmurne i pada deszcz. Jeśli bóg jest wrażliwy i zna przyszłość, to są jego łzy.

Niespełna sześć miesięcy później Mariah odbędzie swoją ostatnią drogę. Spokojnie, jakby cichcem przemykała się przez pałacowy korytarz w jednym ręku trzymając buciki, w drugim światełko. Aż zgasło. Udało się.

Od tego dnia Keanu zamknął się w swoim mieszkaniu na poddaszu. Palił skręty, pił gin prosto z butelki, wpatrywał się w obraz, w którym kiedyś zobaczył swoją duszę, wszystko, co było snem i światem. Jadł tylko to, co oferowały konserwy ze sklepu na parterze. I w kółko słuchał jednej płyty Tony Scotta, i to tylko jednej strony. Jak łatwo zgadnąć, ciemniejszej.

Usiłował nie myśleć, usiłował płakać, ale ani jedno, ani drugie nie wychodziło. Najchętniej rzuciłby się z pięściami na tego kogoś, kto zabrał mu ukochaną, ale nie wierzył w niego, choć czym dłużej tkwił w swojej dziupli, ten ktoś coraz bardziej się materializował. Niezwykłe to było nawrócenie. W końcu już czuł oddech boga tuż za sobą, ale bał się odwrócić, bo jednak miał wątpliwości, czy znajdzie tam żywą materię, którą mógłby pokiereszować. I tak nabrzmiewała w nim wściekłość, która za nic nie chciała przerodzić się we wrzask, bo zduszone i przepalone gardło nie było zdolne wydobyć ani jednego dźwięku. To była niema ekstaza nienawiści. Tylko chrypiący pomruk saksofonu ozdabiał tę ciszę.

Po jakimś czasie, trudnym do uchwycenia, bezwiednie otworzył drzwi komuś, kto pukał. Może dlatego, że nie był to dzwonek, na który nie reagował, mniejsza czy domofon czy telefon. W drzwiach stała młoda osóbka, drobna, chłopięcej, wręcz łobuzerskiej urody. Przedstawiła się. Jest tutaj nowa, wprowadziła się wczoraj wieczorem. Wpadła tylko pożyczyć szklankę cukru, bo nie cierpi gorzkiej herbaty. Uśmiechnęła się czarująco, wyciągnęła rękę, po męsku, a jakże i przedstawiła się. Barbara. Od dawna nie słyszał swojego głosu, który teraz zacharczał jego imię, jego własne prawie zapomniane imię. Jak ten aktor, powiedziała Barbara, uwielbiam go. A może dasz się skusić na filiżankę herbaty na moich walizach. Może być z rumem. Wiesz, trzy dni temu wróciłam z Barbadosu, więc jeszcze jest nagrzany słońcem i znakomicie leczy strapienie. Bo nie sądzicie chyba, że nie zauważyła. W pewnym sensie można powiedzieć, że Keanu miał szczęście, a może tylko rekompensatę od losu. Nawiązywał znajomości na skróty, bez tych wszystkich ceregieli, podejrzeń, spojrzeń, oczekiwań, pytań.. Tak Barbara zrobiła pierwszy krok, żeby przywrócić go światu. Wkrótce siedzieli, rzeczywiście, na walizach i pili słodką herbatę z bezchmurnym rumem. To ona cały czas opowiadała, wiedziała, że tak ma być, więc mówiła o wyspach szczęśliwych wyspach uśmiechu, o dżungli na Borneo, o zapachach Kalkuty, o owocach morza, o kopalniach soli. Aż do pierwszej w nocy. Wtedy Keanu bąknął coś, co miało być podziękowaniem i zaprosił ją na kolejny wieczór do siebie, jeśli lubi gin. Lubiła.

Nie musiał wiele sprzątać, tylko z kurzem nie mógł się uporać. Kurz był wszędzie, wcisnął się w najgłębsze zakamarki, wzbijał się i opadał, jak w opuszczonej komnacie starego pałacu. Zszedł do sklepu po gin, cytrynę i herbatniki. Nalał wodę do pojemnika na lód, ogolił się, zanurzył w gorącej lawendowej kąpieli, wciągnął dżinsy w kolorze indygo i białą płócienną koszulę. Wszystko to robił automatycznie, jakby odzyskiwał pamięć, bez specjalnej wiedzy i odczuć
To była jedna z tych nielicznych damsko męskich przyjaźni, absolutnie bezinteresowna, bezcieleśnie seksowna. Wspólne zakupy, nocne rozmowy, wyjazdy za miasto. Wszystko aż do momentu, kiedy Keanu wracając do domu zastał karteczkę na swoim biurku wypisaną dziecinnym pismem. Barbara miała klucze do jego mieszkania, taka to była zażyłość.

Znikam na kilka dni, odpocznę, nauczę się myśleć i czuć po zimie, wyostrzyć zmysły, uchwycić świat spójnego zrozumienia, opuszkami palców ostrożnie spotkać rzeczywistość) w spokoju złapię oddech, docenie słońce i ciszę, przemknę cieniem między ludźmi... na jutro, na potem, żeby mieć siłę. Zatem do zobaczenia, nie wiem kiedy... B. P.S. zabrałam sobie płytę Tony Scotta, mogę?

Kiedy przyszło lato zrozumiał, że nie wróci. Pytał w redakcjach czasopism, z którymi współpracowała, ale nikt nie mógł udzielić mu odpowiedzi. Kiedy chodził do kafejki, w której zwykli byli pijać kawę, myślał czasami, że była duchem opiekuńczym zesłanym, aby go poskładać w całość i oddać światu. Wypełniła misję i wróciła do siebie. Pytanie tylko, co znaczy do siebie?

Wkrótce kupił sobie bilet do Kalkuty i wśród mnogości smrodów próbował znaleźć jakieś praktyczne rozwiązanie. Ale tutejsi bogowie nie chcieli mu pomóc. Długo jeszcze przyjdzie mu zmagać się z pojęciem losu, długo będzie sobie zadawał nieznośne pytania, a szafirowy gin będzie jego niezawodnym przyjacielem, który nie zostawi mu karteczki, nie zabierze płyty i pozwoli poprawić wizerunek świata, który na trzeźwo jest nie do przyjęcia.

Pewnego dnia, kiedy odbierał pocztę na poste restante, zwykle bardzo formalną, zorganizowaną, która pozwalała mu zdalnie sterować swoim nieobecnym życie. Gros stanowiły rachunki za coś, z czego nie korzystał, ale tego dnia dostał list, koperta była zaadresowana niedbałym pismem i nie miała adresu zwrotnego. Wrócił do hotelu, szklaneczkę napełnił szafirowym, z przyjemnością wysłuchał melodyjki kostek lodu, rozsiadł się w kolonialnym fotelu i starannie rozciął kopertę szwajcarskim scyzorykiem.

Drogi Panie,

Przyszłość nie należy do nas, przyszłości nie da się zapomnieć, już łatwiej ją przewidzieć. Właśnie zapaliłem kubańskie cygaro i staram się nie myśleć, co przychodzi mi z trudem albo w ogóle nie przychodzi. Myśli sprawiają mi przykrość. Pewnie zna Pan to odczucie, bo wszyscy je znają, choć w różnym stopniu. W chwilach euforii zapominamy, ale to nie trwa długo, bo zawsze te myśli wracają i pytają o różne rzeczy. Bardzo często próbują mnie zachęcić, żebym rozważył dlaczego ja to ja, a nie ktokolwiek inny i co sprawiło, że tak wygodnie mi z moją tożsamością skoro inni tak samo wygodnie rozsiedli się w swoich. Nocą, kiedy wychodzę na balkon zapalić papierosa, a palę mocne Partagasy, które potrafią uciszyć śpiew ptaków tuż przed świtem, patrzę w dogasające gwiazdy i próbuję pogodzić teorię wielkiego wybuchu z jakimkolwiek bogiem. I wie Pan? Nic mi się nie składa. Podobnie, jak Panu. Bo w końcu pochodzi Pan z dobrej rodziny, więc mniemam, że odebrał Pan wysokie wykształcenie, niewykluczone, że z postępem celującym, więc nie jest Pan świętoszkiem bożym, kimś o niskiej świadomości. Bardzo mało prawdopodobne, chociaż do pomyślenia. Już prędzej może Pan być scjentystą w najgorszym wydaniu, ale ufam, że tak nie jest. Myślę też często o kobietach. Czemu się zakochujemy, czemu miłość odchodzi, czemu namiętność zamienia się w obojętność albo tkliwość. Myśli Pan, że chodzi o prokreację, związek dusz, związek ciał, strach przed samotnością, zwyczaj, przymus, dobre obyczaje? Ja sądzę, że nic z tych rzeczy. Miłość i śmierć to dwie najbardziej intrygujące niewiadome. Bywa, że śmierć jest najlepszym lekarstwem na miłość, a miłość najlepszym lekarstwem na śmierć. Czy wyobraża sobie Pan, że mógłby Pan nie istnieć, choć to pewne albo, że nie zazna Pan w życiu miłości, choć to jest możliwe. Bardzo teoretycznie, ale tak. Dzisiaj są Pana czterdzieste urodziny, więc nie będę Panu zakłócał tego święta, bo naprawdę to jedyny dzień, który warto świętować, bardziej niż urodziny boga. Więc życzę pysznej zabawy. Do napisania.
Alex Dorn

Keanu nie przypominał sobie żadnego Alexa Dorna, ale zapomniał również o swoich urodzinach. Nie planował żadnej celebracji, a fakt, że nie pamiętał o takiej okrągłej rocznicy, bogiem a prawdą, zgadzał się z jego stanem ducha. Niemniej sam list pozostawał tajemnicą.

W tym samym czasie, na innym kontynencie niejaka Zoya nabijała fajkę marihuaną przedniej jakości. Bardzo staranie celebrowała ten moment. W pokoju panowała absolutna cisza, chociaż przy stole siedziało siedmiu mężczyzn ubranych w nieskazitelnie białe koszule z drogimi spinkami, czarne garnitury szyte z kaszmiru. Ręce sześciu z nich zdobiły sygenty pokaźnych rozmiarów, a ręce jednego były szczupłe i alabastrowe. Nikt nie patrzył na nikogo, wszyscy cierpliwie czekali aż Zoya nabije fajkę. Miała czarne włosy do ramion, azjatycką urodę, faktycznie była Azerką. Ubrana była w długą karmazynową suknię zapiętą pod szyję. Żadnej biżuterii. Kiedy zapaliła fajkę dyskretnie skinęła na dziewczynę w kimonie, która przyniosła dzban z wodą. Zoya zaciągnęła się trzy razy i rozpoczęła swoją przemowę:

Kiedy nad morzem zaczynają kłębić się chmury, a porywisty wiatr szarpie pianę z fali, rybacy zwijają sieci i czym prędzej płyną do portu. Zanim pójdą do domów, opatrzą starannie ryby, choć połów był niewielki. Rozwieszą starannie sieci. W domach czekają na nich żony, talerze z dymiącą zupą, rozwrzeszczane bachory. To się nazywa święty spokój. W tym samym czasie, kiedy na morzu jest kipiel, a na nabrzeżu żywej duszy mała łódź walczy z bałwanami, paru ludzi uwija się, żeby nadążyć z wylewaniem wody. Co raz ukrywa się w dzikich wąwozach fal. Ci mężczyźni są szmuglerami, a przede wszystkim są prawdziwymi mężczyznami. Wy też jesteście szmuglerami, tylko nie wiem dlaczego pływacie pod bezchmurnym niebem – tutaj jej spokojny aksamitny głos zaczął się podnosić, aż do nuty, która brzmiała przekonująco złowróżbnie – potem wracacie, zdejmujecie skarpetki i wsadzacie mordy do talerza na gazecie. Jesteście wykoślawionym figurami rozumu, szturchniętymi baranami z głowami osłów, mięczakami, kotletami mielonymi, a świat wydaje się wam łupinką orzecha, bo taka jest wasza zdolność pojmowania. Wezwałam was tutaj, żeby pokazać wam gniew. Zaraz zobaczycie, jak wygląda prawdziwy ognisty gniew, a jeśli nie zmienicie swojego stosunku do świata, to będę Wam pokazywała inne namiętności.

Na tym zakończyła wywód. Ponownie skinęła na dziewczynę w kimonie, a ta błyskawicznie podała jej inkrustowane pudło, z którego wyjęła czarnego kolta, z którego wypalił prosto w czaszkę mężczyzny o alabastrowych dłoniach. Po czym zgasiła światło i wyszła. Mężczyźni długo jeszcze nie ruszali się ze swoich miejsc.

Operator kamery wyciągnął rękę kierując kciuk do góry . Świetnie, Lina, na dzisiaj kończymy – powiedział do aktorki grającej postać Zoyi. To była jej pierwsza poważna rola. Zadowolona odłożyła fajkę na walizkę służącą do transportu reflektorów i ruszyła szybko w stronę wyjścia. Była już dobrze spóźniona na kolację z rosyjskim malarzem, którego poznała parę dni temu na wernisażu.

Hala, gdzie robiono zdjęcia powoli pustoszała. Następnego dnia wyruszano w plener i trzeba było spakować cały sprzęt. Technik, który właśnie miał pakować reflektory podszedł do skrzyni, spojrzał na fajkę, powąchał. Stwierdził, że faktycznie była w niej marihuana. Mocna, sztuka, powiedział na głos, a fajkę skwapliwie schował. do kieszeni.

Czy te dwa wydarzenia, które miały miejsce w jednym czasie i w dwóch różnych miejscach są ze sobą powiązane. Według pewnego punktu widzenia, tak. Ale o tym później.

15 czerwca 1958 roku w porze szalonej herbatki w kościele św. Anny w Krakowie odegrano jakąś sarabandę Johanna Sebastiana Bacha. Zuzanna i Wiktor właśnie kroczyli w stronę swojego nowego życia, szczęśliwi, właśnie poślubieni, związani przysięgą, która jak każde słowo honoru może być zerwana z mniej lub bardziej błahych powodów. Jednak uprzedzając fakty, możemy powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie, nawet jeszcze żyją. Historia ich miłości nie ma w sobie nic szczególnego, jak każda jest wyjątkowa i jak większość interesują tylko dla nich, więc nie będziemy jej opowiadać. Więc poza nie często graną sarabandą wszystko odbywa się tradycyjnie, rodzina, przyjaciele, znajomi, ryż na szczęście, moniaki na obfitość, pobożne życzenia, bukiety słów i kwiatów, pocałunki i tak dalej. Wreszcie, kiedy już siedzą w wynajętej dorożce i kiedy jeden z koni nie zważając na uroczystą chwilę załatwia swoje potrzeby fizjologiczne, podbiega do nich spóźniony gość i wręcza prezent, starannie opakowany karton z jedną słynną różą za sznurkiem. Nie składa życzeń. Już w dorożce dochodzą do porozumienia, że obydwoje nie znają tego człowieka. Z tym większą ciekawością odpakowują prezent, bo rzecz ma miejsce w czasach bezpiecznych. W środku znajdują belgijski adapter w bordowym etui, z pokrętłami w kolorze kości słoniowej. Szczególnie imponujący jest przełącznik na trzy prędkości obrotu płyty. Kiedy skończy się poślubna noc, długo jeszcze będą szukali wyjaśnienia. Nie znajdą.

Dwadzieścia lat później ich syn położy na gumowanym talerzu adaptera cenny czarny krążek „Dark Side of the Moon” i z monofonicznego głośnika popłynie elektryzująca muzyka. Jest druga w nocy, płoną świece, w kieliszku jarzębiak. Młody człowiek zasiada nad pustą kartką i pisze pierwszy fikcyjny list. Napisze ich jeszcze dziesiątki. Wszystkie znajdą swoje miejsce w szufladzie, gdzie będą czekały na adresata, który nie wiadomo, czy kiedyś się znajdzie. Ten pierwszy wyglądał tak:

czy pomyślałaś, że wyspa pogrąży się w oceanie dwie doby po wybuchu wulkanu, czy też zniknie jeśli choć na chwilę o niej zapomniałaś, a może jest, wciąż ta sama wyspa, ornamentem przypowieści, a Ty nie zwykłaś żyć w tym, co skryte, gdy przyjaciele i wrogowie znają tylko jawne. Czy ktoś nie wspominał o Schopenhauerze w chwili, gdy ktoś inny taszczył tom Berkeleya?

Jeżeli nie znasz odpowiedzi, to nie szukaj jej w głowie albo bibliotece. Wyjdź na spacer. Idź, najlepiej, przejść się po labiryncie, wdychaj jego świeże, trochę pomarańczowe powietrze. I znajdź tę komnatę, w której jestem. Tak dla rozrywki, kaprysu, powiedzmy.

Zważ na diabła. Wielce uczona istota. Raczej nie wspominaj przy nim o kokieterii, która bardziej jest piórem ze skrzydła anioła niż końcem jego ogona. Którego, rzecz jasna, nie ma.

A wreszcie te wszystkie pałace lodowe czekające na nadejście wiosny i sylogizmy natarczywych mędrców. I wróżby dotyczące przypływów i odpływów. Czy w tym świecie można się nie bać? Kto ma na tyle entuzjazmu żeby żyć niewidzialnie? Śmiech rozpływający się w deszczu jest dalej śmiechem. Wyspa, którą pominięto, na moment tylko, och, z powodu jakiejś małostkowości, już nie jest wyspą. Świat nie składa się z kryształów, czy - jeśli wolisz - atomów, ale z różnic pomiędzy nimi. To takie trudne. Takie trudne.

Więc, póki co, zrywaj kwiaty i wypatruj księżyca. Ciesz się wolnością, spaceruj. Logika nie znosi smrodliwego powietrza celi. Bo sama jest wolna i może być pojęta przez duchy nieobjęte czasem. Ten uśmiech tajemnicy, bo znasz go, jest nieprzeciętny. Tak, czy owak, pozostaje uśmiechem.

Bywaj. I myśl, że jesteś córką Króla.



Technik z filmowego planu miał ksywę Zoom. Był z niej bardzo dumny, gdyż potrafił przybliżać to, co oddalone, ale teraz nie czyni żadnych magicznych sztuczek, tylko siedzi nad szklanką piwa i pociąga z fajeczki resztę dymu pochodzącego z resztek zielarskiej zaradności Liny. Bardzo lubi Linkę. Prawdę powiedziawszy kocha się w niej do szaleństwa, ale z tą opętańczą świadomością przegranych, z namiętnością outsiderów. Pracuje przy happy endach i czym więcej pracuje, tym mniej w nie wierzy. Nie, nawet nie próbował jej zaprosić na cokolwiek. Przekreślał się z góry, wedle linijki, czarnym mazakiem. Wyręczał los, bo nie przypuszczał, że ten płata niezliczone figle. In plus i in minus. Ale nie był graczem, ani życiowym, ani żadnym. Wierzył głęboko w rachunek prawdopodobieństwa, co rzadko komukolwiek wychodzi na dobre. Wielu nie wygrywa, bo nie zagrali, nigdy nie kupili żetonów w Monte Carlo czy Baden Baden. Zwiedzali je tylko, jakby to był Ermitage albo inna nudna galeria woskowych postaci. Nie wierzyli, że perły mogą być prawdziwe, wygrane na miarę skarbca, a kobiety boginiami. I taki był Zoom, złoty człowiek złota rączka, który dopalając fajkę, dopijając piwo i słuchając Simple E zapadał w sen, w którym wydarzały się fantastyczne rzeczy, ale cóż z tego skoro nie pamiętał ich po przebudzeniu, a nawet gdyby pamiętał, to nic pożytecznego.

Kiedy się obudził, w pokoju unosiły się opary melancholii. Spojrzawszy przez okno ujrzał same bezdroża. Zaparzył herbatę, usiadł przy stole, na którym zalegał jakiś ilustrowany tygodnik. Zaczął go bezmyślnie wertować. Równie dobrze mógł wertować program telewizyjny sprzed pięciu lat albo poradnik dla kobiet w ciąży. Już na początku nadział się na poradnik, jak przygotować pożywne śniadanie i po przepisie na sałatkę zdrowia składającą się z otrębów pszennych, potartego jabłka miodu, mleka i soku z cytryny zrobiło mu się trochę niedobrze i było prawie przesądzone, że dzisiaj śniadania nie będzie. Potem było coś ze świata kobiet. Sytuowało się między faszyzmem a feminizmem i nie robiło lepszego wrażenia niż przepis na sałatkę zdrowia i urody. Potem następowała ilustrowana strona poświęcona łupieżowi pokonanym w pięknym stylu. To jeszcze pogorszyło sytuację. W dalszej kolejności następował bełkot jakiegoś nieszczęsnego socjologa, który z całą bezwzględnością twierdził, że człowiek ma jedno życie i nie powinien się uwikłać w mechanizmy prowadzące go na barykadę, czyli coś między pacyfizmem a osobistą flegmą. Potem było trochę lepiej, bo rozważania mieszkanki Mediolanu czy w świecie, w którym dominuje makdonaldyzacja pomieszana z produkcją niskotłuszczowych hamburgerów możliwe jest uwiedzenie. Konkluzja była pozytywna, ale naciągana, zdanie, że projektanci odświeżają zmysłowość nie było sponsorowane, ale też czort wie, jakie top-biustery miała autorka na uwadze. Wszystkie zdjęcia pochodziły z kolekcji MIU MIU. Obowiązkowo pantofle z ozdobnym wykończeniem. I następne strony to wciąż targowisko próżności: litr perfum w złocie legendarnego Eau de Cologne Imperiale z 1853 roku, złote piwo produkowane od 365 lat, a może dni – nieistotne. W tym punkcie podróży przez papierową melancholię Zoom się zatrzymuje na dłużej, bowiem znajduje reprodukcję genialnego dzieła Diego Velazqueza Mulatka, obraz genialny starszy od piwa i perfum. Wydaje się zwykły, ale czarna posługaczka sprząta stół jakby chciała sprzątnąć wszechobecną u mistrzów flamandzkich martwą naturę, ale tyłu widać fragment ostatniej wieczerzy i obraz nabiera zupełnie innego sensu. Przez chwilę smakuje to niespodziewane znaczenie i rusza dalej przez jakiś felieton o niczym, wklejkę o patelniach teflonowych, chociaż u niego w kuchni tylko jedna patelnia lubiąca tłuszcz i znająca nie wiele więcej niż jajecznicę. Teraz następuje seks i kardiologia do wypadania włosów, chyba łonowych, włącznie. Piękno wychodzi ze skóry. Potem piękno błękitu, czyli lęk przed potencją, a może lek na potencję. Ojcostwa to chyba bał się Borges, mówiąc, że jak lustra powiela istnienie. Jest wreszcie prostata, bo prostata jest wszędzie, nawet sikając w miejskiej toalecie, odprawiając rytuał pisuaru wlepiasz gały w reklamówkę Prostenalu. Nie masz czasu na ból. Znajdują się również pieluchy totalne, które liżą , pochłaniają, robią sok marchewkowy, a zafarbowane w twój ulubiony kolor mogą służyć za bandanę, kiedy fruniesz bez wzwodu na Turks & Caicos. Nie, to jeszcze nie koniec. Festiwal trwa. Dwie tabletki i chudniesz w dwa miesiące. Tylko przeczytaj ulotkę, bo w uzupełnieniu preparatu należy stosować głodówki i wyczerpujące ćwiczenia siłowe. Ubezpieczenia, bez komentarza. Fragment powieści pisanej przez kobietę dla mężczyzn ale czytanej wyłącznie przez kobiety wyobrażające sobie, co myślą mężczyźni, kiedy to czytają. Coca Cola. Pogodne zdjęcia w żółtej tonacji. Przepis na jakąś kultową zupę. Coś o literaturze i książkach d’ Annunzia z jednym mądrym zdaniem w środku: „Tylko Rosjanie umieją wgryzać się ludzką duszę. Listy do redakcji i drobne ogłoszenia kończą wyprawę od deski do deski. Ale melancholia pozostaje, nie było w tym szmatławcu żadnego lekarstwa, nawet prozacu. Zoom zasłania okno i rozwala się na szezlongu. W ten sposób zawala dzień zdjęciowy, chociaż nieprawda, bo bez niego nie ma dnia zdjęciowego. Na planie wszyscy przeklinają i wieszają na nim psy. Zoom nie odbiera telefonów. Po dwóch godzinach wiadro pomyj jest pełne i wtedy Lina postanawia, że pojedzie do niego. Pyta, gdzie mieszka. Martwi się o niego bo bardzo bardzo go lubi. Wsiada w samochód i po dwóch kwadransach dociera pod szacowną kamienicę położoną na bulwarze przeciętym rzędem okazałych platanów. Nie bez trudności parkuje samochód wpychając go między dwie lśniące limuzyny. Jest godzina 11.26 i jest to ostatnia minuta życia uroczej Liny. Za dwanaście sekund, lekko podniecona, trochę rozkojarzona rzuci się w stronę wejścia, gzie przy odrobinie szczęścia powitałby ją jasny uśmiech konsjerża. Ginie pod kołami wycieczkowego autobusu. Pomimo, że okna apartamentu wychodzą na ulicę pisk opon nie wyrywa go z letargu. Nie ma pojęcia, że właśnie diabli wzięli jego najszczęśliwszą chwilę w życiu. Jeszcze wyleje wiele łez, kiedy w głowie będzie sobie pisał dziesiątki scenariuszy z happy endem.

Pogrzeb jak pogrzeb. Zoom zostaje przy Linie długie godziny. Teraz ma nadzieję, że istnieje inny świat, że pustka w którą wierzył nie jest pustką, że dwa metry pod ziemią zaczyna się królestwo oczekiwań, pasaże prowadzące do powtórki ze świata, obietnica szczęścia. Wśród kwiatów zostawi fajkę którą palił ona i on, jedyna bezludna wyspa ich intymności.

Kiedy fajka oparła się o łodygę lilii, stając się żałobnym kwiatem, tyle że zdolnym przetrwać jeszcze tysiące pogrzebów, wykonana z drzewa wiśni, która już nigdy nie zakwitnie, na innym kontynencie Keanu odbierał drugą przesyłkę od Alexa Dorna. Tym razem była to paczka.

Opakowanie było stylizowane na dużo starsze niż miało być w istocie, papier pakowy i sznurek z konopi. Adres pisany piórem. atrament lekko wyblakły, styl pisma szarmancki z zawijasami. Tym razem Keanu nie wytrzymał, usiadł w pobliskiej kafejce, zamówił herbatę i poprosił o nóż, którym rozciął sznurek. Naprędce rozdarł papier i szarpnął za kopertę kartonu, która ustąpiła bez trudności. W przesyłce znajdowało się kilkanaście czarnych krążków, płyt winylowych sprzed około pół wieku. Większość, nagrania operowe, parę kwartetów, naprawdę cacka, antykwaryczne cuda, wszystkie bez wyjątku w arcydzielnych wykonaniach. Najdziwniejsze, że wyglądały jakby ich nikt nigdy nie słuchał. Patrząc pod światło nie można było dostrzec ani jednej rysy. Również bibułki wydawały się nienaruszone, ani śladu palców. To było bardzo dziwne i Keanu zapragnął je odsłuchać, ale adapter na pewno nie był wyposażeniem hotelu. Jedyny gramofon, który sobie przypominał, zostawił w swoim mieszkaniu, za którego swobodę płacił sowite i bezsensowne rachunki. Jak w przyśpieszonym tempie przewinęły się w głowie wszystkie puszczone płyty na starym adapterze, wszystkie obrazy, sytuacje, uczucia. Zrobiło się gorzko, a gorączka, tak bardzo podobna do malarycznej, zrosiła mu czoło. Poprosił o szklankę czegoś mocniejszego, czegokolwiek, ale dzieciak, który go obsługiwał powiedział, że nie mają alkoholu. Wcisnął mu w dłoń pięciodolarowy banknot i nie minął kwadrans, kiedy w szklance miał sto gram kanadyjskiej whisky i zaraz następne. Płynął w stronę światła, które dawno już było zgaszone. Ryksza dowiozła go na czas, chociaż on już nie miał żadnego czasu. W obszernym pokoju hotelowym odbył podróż dookoła siebie bez zamiaru powrotu, ale świt był beznadziejny. Zadzwonił do przypadkowych linii lotniczych reklamujących się na świeżo wsuniętym pod drzwi tutejszym szmatławcu i zarezerwował bilet, na dzisiaj, najwcześniej 19.05 proszę pana. To był bilet powrotny. Składał się z pijaństwa i płyt gramofonowych z muzyką, o której myślał, że jej nie lubi. Może tak było. W paczce znalazł jeszcze reklamę wyciętą z gazety, również podrabianą na stare piśmidło. Obraz był malutki i poplamiony, ale napis najwidoczniej obwieszczał: „You, on your way to a fire, are we?”.

Mówi się, że grabarze są za pan brat ze śmiercią, że piją z nią wódkę i odliczają dni. Kiedy przychodzi nie są ani wystraszeni, ani zaskoczeni. Jeszcze mniej interesuje ich śmierć innych. Ale prawda jest taka, że grabarz grabarzowi nierówny. Ten, który zajmował się porządkowaniem grobu Liny faktycznie nie roztkliwiał się nad śmiercią, chyba że wiedział, iż świat zamyka się dla osoby młodej i pięknej. Śmierć jest dla zgredów i staruchów, mawiał, na świecie powinno być jak najwięcej piękna. Może dlatego zwykł był układać kwiaty bardzo starannie, bo wiedział, że kwiaty są dla żywych, a umarłymi zajmuje się robactwo i diabli, bo w boga nie wierzył, ale w demony i owszem. Nie raz pukały do jego chatki przytulonej do cmentarnego płotu. Czasem przycupnęły pod oknem i potrafiły szeleścić do świtu a to udając liście targane jesienną szarugą, choć puszysty śnieg przykrywał ziemię, a to udając celofan ze świeżo przyniesionych kwiatów. Słowem, demonologia była u niego na porządku nocnym.

Teraz, kiedy układa kwiaty na grobie Liny, myśli że wybierze się do kina na film, w którym grała, bo podobno ma być dokończony ad memoriam. W kinie był trzy razy w życiu i bardzo mu się podobało, ale to było dawno, kiedy jeszcze nie był grabarzem, bo osiadłszy tutaj nie bywał nigdzie. Owszem odwiedzano go w jego zawilgoconej chałupie, ale rzadko, bo ludziom się wydawało, że on to prawie kostucha.

Max, bo tak miał na imię, znalazł wśród kwiatów malutką fajkę. Skończywszy pracę, wrócił do siebie, nalał sobie pół szklanki bimbru, który przyrządzał samodzielnie i który był jego chlubnym choć rzadkim gościńcem. Rozkręcił fajkę i starannie ją czyścił płócienną szmatką obficie skrapianą samogonem. Niestety nie miał czym jej nabić, więc pomyślał, że następnego dnia wybierze się do miasta, aby kupić tytoniu. Bardzo był kontent, że wieczorami będzie zabijał czas pykaniem z fajki. Jak pomyślał, tak zrobił. Następnego dnia ogolił się, włożył czarny garnitur i białą wykrochmaloną koszulę i ruszył w stronę rynku. Była to wcale długa droga, bo cmentarz był dobrze za miastem. Max nie lubił chodzić do miasta, sprawunki robił w sklepie na peryferiach, ale tam nie było tytoniu fajkowego. Szedł więc majestatycznym krokiem przyglądając się pośpiesznemu życiu miasta trochę się dziwiąc, trochę nie dowierzając. Czuł się obco, wszędzie czuł się obco, poza cmentarnymi alejkami. Ot, dziwak i tyle. Wreszcie dotarł do sklepu kolonialnego, w którym było całe mnóstwo tytoni z całego świata o przeróżnych smakach i zapachach. Nie mógł się zdecydować, ale w końcu wybrał dwie paczuszki, jeden „Przedni Macedoński” stylizowany na przedwojenny i czerwoną Amphorę, dając się uwieść jej zapachowi. Korzystając z tej niezwykłej okazji kupił jeszcze słoik szwedzkich śledzi i pstrąga wędzonego z dodatkiem jałowca, frykasy które nie docierały na przedmieścia. Trzeba powiedzieć, że Max nie musiał skąpić grosza, bo przez lata odłożył nie lada sumkę wiodąc żywot skromny. I kiedy wieczorem jego pokój napełnił się dymem, który nie miał komu sprawić satysfakcji, pomyślał o dwóch rzeczach: po pierwsze, że fajka jest bardzo mała i trzeba ją często nabijać, ale to nic a nic mu nie przeszkadzało, a po drugie, że wiek coraz bardziej poważny i trzeba by grosz jakoś spożytkować, bo przecież do piachu go z sobą nie zabierze. I tak spędzał kolejne wieczory pykając fajkę, popijając księżycówkę i wyliczając marzenia, których było przerażająco mało. Aż w końcu przyszło samo. Kopiąc grób pomyślał, że przecież nigdy w życiu nie był na wakacjach, nigdzie nie wyjeżdżał, nic nie widział. Trochę się przestraszył na myśl, że to może być dziwniejsze od wyprawy na rynek, ale niech tam, raz kozie śmierć.

Walter, bo tak miał na imię użytkownik belgijskiego adapteru, pisał nie tylko nie wysłane listy, ale również wiersze i opowiadania. Wszystkie będą zalegały w tej samej szufladzie biurka o kolorze wiśni. Znowu płyną dźwięki Dark Side of the Moon i będą tak płynęły dopóki winyl nie zacznie trzeszczeć, a rysy staną się na tyle dotkliwe, że płyta będzie przeskakiwała i przeskakiwała, z początku regularnie, a potem w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Aż stanie się relikwią wtajemniczeń młodości. Póki co dźwięk jest czysty, wolna chata, światło świec i Walter skrobiący wiersz. Niewyraźne pismo i zielony atrament:

rafy w kolorze pestek wiśni
piaski podróżne i piaski wyczekujące
kapliczki gdzie tłoczą się zmarli

kruche lody o smaku mandarynki
ziemie porosłe mchem i wrzosami
głazy przyciskające robaki i inne głazy

wybrzeża mórz południowych przeklęte żarem
burze zaczynające się od echa w studni
wody spływające na świeżo zakopane dusze

to wszystko jeszcze jest
jak blanki zamku ponad wyobrażenie pazia
jak królewskie jabłko toczące się do mysiej dziury

to naprawdę zasługuje na uwagę
i pusty śmiech który jest czysty i może pachnie torfem
i łzy, całe tysiące łez mówiących do widzenia

a wśród zarzuconych na szyję lian
warkocz koralowych splotów
i wkrótce losy zawisają
i włos twarzy pochylonej nad ziemią spada

ale duchy króla i królowej skaczą przez pola
ostrogi bawią się skórą
może nawet drży ziemia

rozstępują się wskazówki najwyższego zegara
tam przedostajemy się na drugą i chłodniejszą stronę
i tak żal że biją dzwony

a serce milcząc wolniutko opada

Tak, tak. Walter jest nieszczęśliwie zakochany, zakochany pięknym nastoletnim uczuciem, bezwarunkowym. W rzeczy samej zgubę gotuje sobie sam, bo jego przedmiot uwielbienia nie ma cienia szansy, aby odczytać choć jeden znak uwielbienia. To nie jest przypadek zarezerwowany dla nastolatków. Są ludzie którzy przyciągają nieszczęście, ale są też tacy, którzy je wymyślają. Przy odrobinie przychylności losu, dobrym ułożeniu gwiazd, to może się odmienić. Księga świata nie jest definitywna. Albo jest.

Kiedy Walter pisze swój wiersz jego miłość siedzi przy stoliku w małej knajpce o nazwie Bambino. Jest ich siedem osób, piją tanie wino, bez wyjątku ćmią papierosy, bo jesteśmy w czasach, kiedy palenie, picie i tym podobne nie szkodzą ani zdrowiu, ani życiu. Rozmawiają o malarstwie. Potem o kinie. W międzyczasie o wakacjach. Ona nie jest najpiękniejszą dziewczyną w towarzystwie, ale z pewnością grzeszy niebanalną urodą bowiem pochodzi z bardzo odległego kraju, w którym spędziła zaledwie cztery lata. Wkrótce znowu zmieni miejsce zamieszkania. Ale teraz w ogniu dyskusji o tajemnicach świata znajduje się w centrum uwagi. Może ze względu na ekspresję a może dlatego, że jest bezkompromisowa, mówi o sobie, nie wymyśla siebie. chciałabym być wyjątkowa, dla kogoś, moje anioły mieszkają w mojej duszy, czasami świtem wychodzą na światło dzienne, ale coraz bardziej spontaniczne i rzadkie to wizyty, jakiż to rąbek innego świata, w którym przebywasz duchem bądź ciałem, lubię poznawać inne , obce mi światy, kto wie , może są mi bliskie; niewiele o sobie mogę powiedzieć, właściwie siebie nie znam, sama sobie bywam jestem obca, zadajcie pytanie, łatwiej będzie mi odpowiedzieć
- no dobrze, koniec alchemii, ulubiona muzyka, ulubiony obraz?
- Takie stare malowidło Altdorfera. Kiedy je zobaczyłam, pomyślałam, że jest w nim wszystko, moje sny, moja przyszłość, wszystkie inne obrazy świata, dotyk Boga, wszystko, wszystko

- a muzyka? Wiesz, to zależy, co piję, do porannej herbaty ”Black and blue” Rolling Stones, a do wieczornego wina Yes albo Pink Floyd

I tak sączyła się ta rozmowa aż dopłynęła do brzegu nocy. Była to pora, o której zwykle zamykano ten bar, ale właściciel przysłuchujący się z baru rozmowie nastolatków, co prawda zamknął drzwi, ale na stole postawił świecę, zgasił światło, rozlał wino i puścił „Dark Side of the Moon”. Wszystko bez słowa. I tak już zostało. Po policzku Liny spłynęła łza.

Jestem wykładowcą pewnego szacownego uniwersytetu. Przez ostatnie dwa lata prowadzę cykl wykładów monograficznych zatytułowany „Socjologiczno – kulturowe aspekty alienacji literatury”, pod którym to naukowo brzmiącym tytułem opowiadam godzinami o największych dziełach literatury światowej, których nikt nie czyta, a wszystkim są znane. Sztandarowe przykłady to „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta i „Ziemia Jałowa” Thomasa Stearnsa Eliotta, ale mamy tam i Homera, i Dantego, i Rilkego. Bardzo to dobra pożywka dla zajęć seminaryjnych, które często przekształcają się w burzliwe dyskusje i przenoszą się z uczelni do pubu. Na dodatek podcinam lekko gałąź, na której siedzę, bo moi studenci czytają to, co poznaliby tylko z opracowań i bryków wszelkiej maści. Któreś zajęcia przerodziły się w ucztę, gdzie królowało piwo i poglądy. Tym razem wichry nie dotyczyły bezpośrednio tematu wykładów, ale powiały w stronę wirtualności. Ktoś zafascynowany sieciową grą opowiadał, jak można urządzić sobie nieistniejący realnie dom, spotkać się z wyimaginowanymi znajomymi, iść na randkę. Wtedy, pamiętam, zapytałem: jak pachnie Twoja dziewczyna i już myślałem, że wprawię w kłopot fascynata, ale on odpowiedział bez zająknienia: Contradiction Calvina Kleina, a wieczorami najczęściej klasycznie 5th Avenue. Ktoś wtedy zapytał, stary, naprawdę to czułeś. No jasne. Wtedy z cienia zwróciła się do niego piegowata i ruda rudością doskonałą dziewczyna w skąpym zielonym sweterku, słuchaj nie szkoda Ci czasu na życie bez smaku, bez dotyku, bez bąbelków, bez orgazmu. A kto Ci powiedział, że bez orgazmu. Zdeklarowani przeciwnicy sieci i cyberprzestrzeni, spadkobiercy mojego pokolenia stawali się z każdą chwilą coraz bardziej bezradni i wściekli, bo intuicyjnie, zdroworozsądkowo świat składał się z piwa, chłodnego, twardego szkła, ran z których płynie krew, bólu, który boli. Rzeczywistość wyświetlana była erzatzem. Piegowatą dobił jeden z ostatnich argumentów, jakie padły w tej dyskusji, bo potem przekształciła się w dysput bardziej brukowy niż akademicki. Ruda, a po co Ty czytasz książki albo chodzisz do kina, co? Szkoda czasu, najaraj się i idź pobzykać.

W tej postawie było coś odrażającego i fascynującego. Mimo, że chętniej zaglądałem do barów teraz zdarzało mi się częściej żeglować po zaśmieconym nieistniejącym morzu, gdzie przeżywałem tandetne iliady i odyseje. Ale przyznaję, robiłem to coraz częściej. Postanowiłem nawet przeczytać „Samotność w sieci”, ale w końcu się rozmyśliłem, książkę wepchnąłem w miejsce znajdujące się na peryferiach mojej biblioteki, wziąłem strój kąpielowy, worek żeglarski i pojechałem na plażę. I tak to się zaczęło.

Keanu otwierał drzwi drżącą ręką. Wchodził do archiwum swojego życiorysu. Ale ręce drżały mu, to bardziej prawdopodobne, z powodu niezliczonej ilości drinków wypitych na lotnisku i w samolocie. Lubił lotniska, ich anonimową gościnność, przypadkowe znajomości, przelotne spojrzenia, nigdy nic zobowiązującego, coś na kształt wielkiego przyjęcia, gdzie nikt nie zna nikogo i toczą się zdawkowe rozmowy. Czuł sympatię do naziemnej i nadziemnej obsługi za zawodowe uśmiechy i obowiązkową wyuczoną życzliwość. Czasami myślał, że wszyscy ludzie powinni być szkoleni przez linie lotnicze, a wtedy istnieją poważne szanse, aby zbliżyć się do którejś ze świetlanych utopii społecznych

Tymczasem wszedł do swojego apartamentu, gdzie zastał nieskazitelny, wręcz kliniczny porządek. Nie pasował ani do jego ducha ani do jego ciała, więc porzucił bagaż na środku salonu i czym prędzej wszedł pod prysznic, który spełnił podwójna funkcję, purgatorium i dezynfekcji. Jeszcze mokry i nagi podążył do gramofonu, otworzył jego wyblakłą bordową pokrywę i położył pierwszy krążek wyciągnięty z paczki, którą otrzymał w Kalkucie. Z głośnika popłynęły aksamitne dźwięki kwartetu smyczkowego. Będąc ignorantem w dziedzinie muzyki klasycznej nie był w stanie odgadnąć ani kompozytora, ani wykonawcy. Podobnie było z drugą i trzecią płytą, których wysłuchał nakrywszy się pledem i popijając z butelki destylat ze szkockich torfowisk zakupiony w sklepie wolnocłowym. Tak też powitał go ciężki pijacki sen, a usiłował pożegnać szurający dźwięk igły odbijający się od wolnobieżki na płycie bowiem był to model tak stary, że nie znał funkcji automatycznego wyłączania. Dopiero kiedy igła zjechała na papierowy krążek, gdzie zwykle umieszczało się coś, co dzisiaj nazywamy listą płac, gramofon zaniechał daremnych wysiłków przypominania o sobie. Sen Keanu był ciężki, dudniący alkoholowymi echami myśli odbijających się od skroni do skroni. Biegł przez zadymione pasaże, które nie miały wyjścia, nie chciały się skończyć i gdy biegł wystarczająco długo, aby złapała go beznadziejność, zawracał i rzucał się w innym kierunku. Przebiegał obok kolorowych neonów butików i restauracji, ale wszystkie były zamknięte, aż ponawiając kolejną próbę zauważył otwarty sklep z reklamą „Armani Jeans”. Wszedł, ale sklep był pusty. Znalazł swój rozmiar 36/34 w nieskazitelnej barwie indygo, wszedł do przymierzalni, zdjął swoje zmitrężone sztruksy i przymierzył nowe. Pasowały, jak ulał. Nie bez zadowolenia dotknął swojego odbicia w lustrze, a wtedy uchyliły się drzwi, na których było naklejone lustro i za nimi rozpościerał się bezgraniczny step. Chwilę miarkował swoje położenie, aż zdecydował się postąpić jeden krok. Wtenczas stepowe trawy zmieniły się we wzburzone fale okrutnego morza i kiedy już brakowało mu oddechu, przyszedł niespodziewany ratunek. Przebudził się.

Była czwarta nad ranem. Jet lag i kac głodomór. Lodówka była perfekcyjnie pusta, w walizkach jeszcze trochę alkoholu i guma do żucia.. Łapczywie napił się wody z kranu, ubrał się w co popadnie i wyszedł na ulicę. Zapomniał, że w tej dzielnicy było trudno o otwarty bar o tej porze lub cokolwiek. Więc szedł tak długo aż doszedł do Central Parku, usiadł na ławce, gdzie nie tak dawno temu miała miejsce taka oto historia:

nie bacząc na przykrą mżawkę Yannick czytał felieton opublikowany, jak zwykle w piątkowym wydaniu Timesa. Jest tam coś o klasie średniej, wzorach demokracji, końcu historii i tym podobnych bzdetach, które zaprzątają głowy emerytowanych polityków, studentów wydziałów humanistycznych i paru obywateli statystycznie odpowiednio dobranych tak, żeby wątpić w istnienie średniactwa w stanie idealnym. Mija około pół godziny i felieton jest doszczętnie przemoczony i nie nadaje się do czytania. Yannick jest trochę rozżalony, bo miał nadzieję doczytać się konkluzji, po której, być może, stałby się odrobinę mądrzejszy, a na pewno mógłby go wykorzystać na zbliżającej się randce. To mogłoby być bardzo przydatne zważywszy, że niespełna za kwadrans ma spotkać bardzo inteligentną absolwentkę renomowanego uniwersytetu, który dał jej wszechstronne wykształcenie w zakresie politologii i socjologii. Poznał ją rok temu na jakimś zupełnie przypadkowym przyjęciu, nudnym i kiepsko zakrapianym. Z początku nie zwracali na siebie uwagi, choć trzeba powiedzieć, że Janna ma bardzo intrygujący typ urody, jeden z tych, które nie rzucają na kolana, ale ciekawią i dręczą wkrótce, gdy traci się ją z pola widzenia. Włosy proste, farbowane lub nie farbowane, może grafitowe, nie długie, lekko przykrywające kołnierzyk bawełnianej męskiej koszuli. Do tego staranny makijaż w kolorach szarobłękitnych i przenikliwe spojrzenie spod bardzo, ale to bardzo drogich okularów. Cholernie zgrabna. Pali niewiele, ale kiedy trzyma papierosa i wydmuchuje dym, wygląda trochę nierzeczywiście, jakby przybyła z innych czasów. Naprawdę jest bardzo nowoczesna.

Yannick nie jest nowoczesny. Może z wyjątkiem jednej cechy: nie lubi nowoczesności. Wolałby żyć gdzieś w przeszłości, niezbyt odległej, ale jednak przeszłości. Zupełnie nie interesuje go, jak będzie wyglądał świat, powiedzmy, za pięćset lat. Nigdy nie podróżował infostradą i w ogóle nic z tych rzeczy. Pracuje w niezłej firmie konsultingowej mając na pieczy archiwum, a i to z górą dwa lata, bo wcześniej pracował na stacji benzynowej, co było właściwe dla potomka rodziny emigrantów bez żadnego istotnego wykształcenia i odpowiednich koneksji. Potrafi jednak być nad wyraz miły, wręcz czarujący, miewa wyrastające ponad przeciętność pomysły, wie jak zagospodarować wolny czas, wreszcie nie dysponując żadną szczególną wiedzą, jest pojętny, szybko się uczy i ma to coś, co jest trudną do zdefiniowania inteligencją. Być może to tylko intuicja, ta tajemnicza dyspozycja umysłu służąca do wyprzedzania innych o pół kroku.

Przez pierwsze miesiące ich spotkania były inspirowane przez Yannicka. Czasami była to długa rozmowa o niczym przy butelce piwa w ciemnym barze, w zakazanej dzielnicy, czasem podróż na odległą i nieznaną stację metra, spacer po zamkniętym lunaparku, wstępna rozmowa w towarzystwie pojednawczym, spowiedź w pustym kościele, jazda na łyżwach po czterech butelkach szampana. I tak dalej, szczeniacko, filozoficznie, buntowniczo, radośnie, a czasem melancholijnie, jak na przykład, całkiem niedawno, w zaplutym barze tańczyli I’m a Melancholy Men sączące się z szafy grającej.

Po paru miesiącach, mogli się pobrać, zdradzić, rozejść. Mogli wszystko. Ale wybrali ostrożność. Bo bali się stracić to, co mieli. Oni, najpiękniejsi ludzie na świecie Yannick i Janna. I od jakiegoś dnia zaczęli się spotykać w kawiarniach i restauracjach, w porach lunchu i kolacji. Kanapka z mielonym mięsem wołowym polanym sosem majonezowym z dwoma krążkami cebuli i liściem sałaty, i plastrem mięsistego pomidora spożywana na schodach stacji metra, w godzinie szczytu już nie dawała tyle radości. Powoli dojrzewali. Wreszcie Janna przypomniała sobie o powołaniu, doświadczeniu, edukacji. Odkryła, że Yannick to Yannick, a nie absolwent Columbii, Harvardu, czy czegoś na tę miarę

I tak właśnie zastajemy Yannicka z przemokniętym dziennikiem na kolanach i z niedocieczoną konkluzją, która mogłaby coś naprawić, a najpewniej odwlec ostateczne rozwiązanie. Na wszelki wypadek, ustawia się w krótkiej kolejce do kiosku i prosi o dzisiejszego Timesa. Potem nie otwierając parasola zmierza pewnym krokiem do restauracji, gdzie umówił się z Janną na lunch.

Po pierwszym łyku wina jest mu odrobinę lepiej, choć zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z kalifornijskim cienkuszem, wypłakanym na Zachodnim Wybrzeżu za dobrą cenę około pół dolara za hektolitr. Papieros też jest lekko podejrzany i beznamiętnie powoduje raka. Na szczęście kelner zwraca mu uwagę, że w tym miejscu nie wolno palić i uśmiecha się tym tajemniczym sposobem zarezerwowanym dla nikogo. Na stronie felietonów nie ma nic. Restauracja nazywa się Far Away. Jest pora lunchu. Janna nie przychodzi. Cóż, zdarza się. Może się również zdarzyć, że już nigdy nie przyjdzie. Cały problem polega na tym, że od paru miesięcy Yannick czyta wszystkie felietony w tym wpływowym dzienniku. A tutaj nie ma felietonu, który był. I nie ma Janny, która była. Potrafi zdobyć się na racjonalne zachowanie. Zamawia bourbona. Podwójnego, bez lodu.

Janna spóźnia się dwie minuty. Prosi kelnera o kawę z amaretto. Wyjaśnia mu, sama nie wie dlaczego, że kiepsko spała tej nocy i musi się obudzić. Zdejmuje bardzo drogie okulary od Armaniego, oczy ma podkrążone, zmęczone. Yannick nie przychodzi. I to w czwartek, w porze lunchu, kiedy chciała mu powiedzieć, że to koniec. Czuje się poniżona i bardzo zawiedziona. W ręku mnie śnieżnobiałą serwetkę. Zaciska usta, ale to nic a nic nie zmienia jej sytuacji podrażnionej samicy.

Po głębszym namyśle Yannick postanawia wrócić do parku i zerknąć na odłożonego, z pewnością dobrze już namokłego Timesa. Pada coraz to bardziej ulewny deszcz. Grube krople rozpryskują się o bruk do żywego przypominając dziesiątki reklam, w których piękne długonogie dziewczyny i wysportowani faceci z trzydniowym zarostem chowają się w przytulnym pubie, aby wypić wyjątkowe piwo albo idą do domu, gdzie przedstawiciel płci przeciwnej czeka z wybielającym proszkiem do prania, czy też wchodzą do zaprzyjaźnionego stomatologa, który wyrywa im zęba polecając pięciosystemową pastę do podłóg szorującą zaniesione błotem kafle, a przy okazji nadającą się do czyszczenia zębów i polerowania lakieru nowego modelu Volvo wyposażonego w takie opony Michelina, które nic nie robią sobie z kałuży na drodze, w którą właśnie wpadają coraz to większe krople ulewnego deszczu. Życie jest okrutne. Ale na szczęście mamy wodoodporną gumę do żucia. Znajdziesz wyplutą i tańszą, oddamy ci pieniądze.

Times leży tam, gdzie leżał. Kiedy Yannick delikatnie próbuje go wydobyć spod brudnej tafli wody, skrzy się refleksami stylizowanej na gazową parkowej latarni. W ręku pozostaje mu strzęp równie imponujący, jak kawałek pieczeni z mielonego, do którego nie dodano jajka. Gdyby podejrzewał, że święci się coś złego, pewnie ślęczałby przy nim, aż do dnia, w którym życiodajne słońce da mu kruchą, zmumifikowaną postać wszak możliwą do odczytania daty. Jednak bourbon jest wątpliwą miarą rozsądku. Rozdzierany mokry całun dzisiejszej daty jest bardziej i bardziej niczym. Aż osiąga postać idealną.

Potem Yannick wraca do domu. Kopie w szafkę z płytami. Puszcza winyl z Tony Scottem. I jest mu bardzo źle. Gdyby mógł zasnąć, zasnąłby. Tymczasem siedzi na parapecie i uważnie obserwuje jak dzień zamienia się w zmierzch, a zmierzch w noc. Brooklyński most odbija się w wodzie tysiącem szpetnych żarówek. Yannick wykręca numer Janny. Raz, drugi i trzeci. Cały czas zajęte, beznadziejny krótki sygnał obwieszcza, że powinien mieć więcej cierpliwości, zająć się sobą, może przeczytać mądrą książkę, ułożyć pasjansa albo zmienić płytę. Ale on jest uparty, przyrządza sobie wyśmienitą kolację. Kanapka z serem, szynką i keczupem. Podgrzana w piekarniku mogłaby smakować wyśmienicie. Wyrzucona przez okno, spada szybko i nieefektownie. Tym bardziej, że spada niezauważona i jakoś tak nienaturalnie cicho.

Następnego dnia budzi się wcześniej niż zwykle. Jest sobota i bardzo miła perspektywa zaproszenia Janny na wieczorne przyjęcie organizowane przez jego szefa w Greenwich Village. Towarzystwo wziętych prawników, genialne krewetki z rożna, dobra muzyka, a to ni mniej, ni więcej sam Nick James z Bronxu, wszystko to dobrze rokuje. Wreszcie będzie mógł jej zaimponować nie wkładając prawie żadnego wysiłku bawiąc się przy tym pysznie. W zasadzie mógłby nawet pominąć zagubiony wątek końca historii, ale postanawia, że przyrządzi sobie filiżankę pysznej kawy, zadzwoni do Janny, a potem, jednak, pójdzie do biblioteki znaleźć ulotnego Timesa z ulotnym felietonem, który może się przydać w konwersacji z jakimś przemądrzałym typem.

Rozkoszując się prawdziwą wenecką kawą, jaką pija się na Placu Świętego Marka, jego rozanielony mózg, zapomniawszy czy też próbujący zapomnieć o wczorajszym dniu, bez uprzedzeń podsuwa mu dość frapujący cytat z Marcusego: W odniesieniu do realności codziennego życia wyższa kultura przeszłości oznaczała wiele rzeczy – przeciwstawienie się, upiększanie, krzyk i rezygnację. Chociaż to zdanie nie dawało możliwości wykorzystania go w towarzystwie i tak było o niebo lepsze od sekwencji z tego samego rozdziału, brzmiącej, że artystyczna alienacja jest sublimacją. Nawet nie śmiałby zaprzeczyć. A cóż dopiero przytaknąć.

Kładąc nogi na parapecie i patrząc w surowe niebo delektuje się kolejnym łykiem kawy, który to łyk nie ma najmniejszego prawa odesłać go do smaku schyłkowych malowideł Tiepola. Wykręca numer Janny. Janna nie odpowiada, ale on dobrze wie, że stale jest czymś zajęta. Albo jeszcze śpi. Yannick ubiera się, łapie w locie kanapkę i biegnie do pobliskiej biblioteki. Na szklanych drzwiach przyklejono kartkę papieru z wydrukowanym tekstem Dzisiaj biblioteka zamknięta. Nie zwraca uwagi na różowy odręczny dopisek Mane Tekel Fares. Wsiada w metro i jedzie do najbliższej biblioteki, której adres znalazł w cudem ocalałej książce telefonicznej w przedpotopowej budce. Jednak i ten przybytek wiedzy jest zamknięty. Tutaj nie znajduje żadnego wyjaśnienia, ale szczęśliwie portier informuje go, że w niedzielę zawsze jest zamknięte. 99,9999% bibliotek na całym świecie.

Yannick schodzi do stacji metra po nieruchomych ruchomych schodach. Jest sam jak palec, ale nie troszczy się o to. Dopiero po upływie godziny zauważa, że kolejka nie przyjeżdża, a tablice informacyjne o niczym nie informują. Po analizie mapy sieci komunikacyjnej zauważa, że pomylił drogę i znalazł się na stacji, która jest nieczynna od wielu wielu lat. To całkiem możliwe. Wszak nie zna tej dzielnicy. Bardzo rozumnie decyduje się na powrót do domu. Przemierzając opustoszałe korytarze stacji ogląda stare reklamy, w których odbija się bladożółte światło płynące z potłuczonych kandelabrów. Jeden z afiszy zachęca anielskim uśmiechem blond piękności do używania nieśmiertelnej przyprawy Maggi, inny rozpinając delikatnie rozporek dżinsów w kolorze indygo, wyblakłego czy wytartego, niespodziewanie budzi apetyt na wizytę w klubie Clash & Flash, jeszcze kolejny mierzy swoje usta karminową szminką Max Factora i jest, nad wyraz, powściągliwy. A kiedy rząd wymalowanych i przybitych do muru kusicieli kończy się proponując kolejny załom, Yannick wpada niespodziewanie na okutaną w różnego rodzaju odzienie postać. Lękliwie wyrzuca z siebie słowa przeprosin i ze szczerym zamiarem przejścia do codziennego porządku, wybiera się w dalszą drogę. Uczyniwszy parę kroków uświadamia sobie, że jego najprostszy algorytm rozwiązywania trudnych sytuacji uległ bardzo poważnemu zakłóceniu. Zawraca i tuż przy rozchylonych ustach oczekujących na lepszy odcień czerwieni, zatrzymuje postać odzianą jak cebula:
-Przepraszam, która teraz jest godzina?
Mija jakieś piętnaście sekund i słyszy odpowiedź powieloną echem pustych przestrzeni:
- Jest trzynasta trzynaście. Dokładnie trzynasta trzynaście – odpowiada nie patrząc na zegarek i w ogóle nie wiadomo na co patrząc, bo jej twarz przykrywa stary woal, szydełkowy szalik i coś na kształt czapki niby z Breughla – Ale ty, synu, nie o to chciałeś pytać, nieprawdaż?
- Tak, to prawda. No i pewnie jeszcze wiesz, o co chciałem zapytać?
- Pewnie wiem. – odpowiada zdawkowo – Ale odpowiem ci pod warunkiem, że zaprosisz mnie do siebie i kiedy ja będę brać prysznic, przygotujesz coś na kolację. Możesz po prostu kupić kanapki w bistro i zrobić dobrej herbaty. Do której dolejesz kapkę rumu. Zgoda?
- A jaką mam pewność, że odpowiesz na moje pytania?
- Nie masz żadnej pewności, bo pewność to rzecz najmniej pewna na świecie. Ale z rachunku prawdopodobieństwa mogłoby wyniknąć, że warto zaryzykować. Tak myślę.

Yannick rozważył wszystkie za i przeciw. Za tym ostatnim kryła się prezencja gościa, a za pierwszym dość niebywałe okoliczności tego spotkania i ostatnich zdarzeń. Ale wkrótce siedzieli w jego gościnnym domu, bowiem typ spod ciemnej gwiazdy, był nie lada przewodnikiem. I kiedy Yannick zabrał się do parzenia herbaty ze świeżych liści z Formosy, zgodnie z umową, jegomość pakował się do łazienki, a już zza domykających się drzwi dobiegł donośny głos: Na imię mam Jennifer. Rum z herbatą pijam pół na pół.

Ablucje Jennifer, która zachowała się niczym pensjonariusz, trwały dobre pół godziny. Ten czas wystarczył Yannickowi na zaparzenie aromatycznej herbaty, rozłożenie na talerzu apetycznych bagietek z indykiem i uświadomienie sobie, że wcale nie był pewny co do płci gościa. Zanim wyłożył wszystkie specjały nie pomijając butelki kubańskiego rumu, zdążył wyciągnąć się wygodnie w fotelu i zapalić papierosa. Dochodziła piąta i powoli liczył się z tym, że nie pójdzie na oczekiwane przyjęcie, a przede wszystkim nie spotka się dzisiaj z Janną. Wtedy do pokoju weszła Jennifer.

To, że była ubrana jedynie w szafirowy ręcznik nie było tak szokujące jak jej uroda. Długie, mokre włosy w kolorze ni to rudym, ni jakimś innym, pociągła twarz o wyrazistych rysach z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi, piwne oczy, stanowiły nie lada harmonię. Bez ceregieli zabrała się do bagietki, a uporawszy się z nią, bezczelnie szybko nalała sobie do dużej filiżanki herbaty i zaprawiła rumem w proporcjach prawie takich jak wspominała, może z pewną przewagą rumu. Osłodziwszy dymiący napój, opróżniła naczynie do jednej trzeciej nie dbając, że parzy usta. Wreszcie wyciągnęła się na kanapie i zagadnęła poważnie oszołomionego gospodarza: Zamieniam się w słuch. Zanim Yannick uporał się ze swoimi doznaniami i przywrócił umysł, tudzież inne zmysły do przyzwoitego stanu, minęło trochę czasu.

- Mam na imię Yannick.
- Jennifer. – powiedziała podając rękę nad stołem i posyłając czarujący uśmiech.
- Nie wiem od czego zacząć, ale ostatnio przytrafiają mi się dziwne rzeczy. Na przykład to, że spotkałem cię na zamkniętej stacji metra i że zupełnie nie przypominałaś siebie. I że znamy się ledwie od dwóch godzin, a ty siedzisz roznegliżowana na mojej kanapie, w moim domu, pijemy herbatę z rumem. To przesympatyczne, ale – tutaj zawahał się i to wystarczyło żeby dziewczyna nie pozwoliła mu dokończyć:
- No, tak. Masz absolutną rację. Wydawało mi się, że jestem trochę niestosownie ubrana. Takie przyjemne wnętrze, bardzo gustowne, muszę przyznać. Nie mam ze sobą nic do przebrania, stąd ten ręcznik. Przepraszam, ale jeżeli masz jakiś ciuch, to zaraz się przebiorę. – powiedziała to uroczo przepraszająco i poprawiła wstydliwe położenie ręcznika jakby nie wiedząc, jaki efekt powoduje syndrom krótkiej kołdry.
- Nie, nie. Wszystko jest w najlepszym porządku. To pewnie ze mną coś nie tak. Wybacz, ale stało się coś osobliwego i nie potrafię tego wytłumaczyć, a ty mówiłaś tam na stacji, że znasz odpowiedzi na niektóre pytania.
Jennifer usiadła na kolanach i przechyliła się w jego stronę:
- Wiesz, to pewnie nic strasznego. Jesteś przemęczony albo może masz kłopoty z panienką. To naprawdę nic wielkiego. Myślę sobie, że jest sobota i moglibyśmy się gdzieś wyrwać. Rzecz jasna, pod warunkiem, że pożyczysz mi jakieś ludzkie łachy. Moje dżinsy ujdą, ale przydałaby się koszula, może sweter. Mogą być twoje, pewnie za duże. Nie szkodzi. To ci dobrze zrobi. Nie filozofuj, tylko coś wymyślmy.
- Świetny pomysł. Szczególnie jeżeli jest sobota.
- Jasne, że jest sobota. Zamiast gadać zajrzyjmy do twojej szafy. Gdzie pójdziemy?

O tej porze Greenwich Village tonęło w deszczu i przyjęcie zdążyło ewakuować się z ogródka do wnętrza domu Jacka Forsytha, pryncypała Yannicka. Otworzyła im zalana w pestkę dziewczyna w różowej kreacji. Była brzydka i ujmująca. Lekko się zataczając zaprowadziła ich do salonu skąpanego w świetle świec. Mnóstwo jedzenia pośpiesznie zebranego przed ulewą, niezliczone trunki i wielu gości poupychanych w kątach, dyskutujących z różnym temperamentem i takim zainteresowaniem. Jakby nie było, przywitał ich sam Jack i jego bezbłędny uśmiech pretendujący do reklamy kalifornijskich rodzynek. Rozmowa była dość długa jak na rangę gości i w miarę przyzwoita jeśli wziąć pod uwagę jego atencję, którą poświęcał pięknej dziewczynie w dżinsach i czarnym, wyciągniętym swetrze, spod którego wystawały mankiety i kołnierzyk najpewniej również obszernej białej koszuli. Potem zostawił ich sobie samym i życzył dobrej zabawy. Nie wiele myśląc rzucili się na stos krewetek przepijając je półwytrawnym szampanem. Kiedy ktoś usiadł do fortepianu i zagrał słodko Brooklyn Boogie, zatańczyli. I tak stali się cichymi bohaterami nocy, bo, co prawda, nie zaprzestano rozmów, ale z zazdrością podglądano ciche szczęście, które nie potrzebowało nic mówić.

Yannick obudził się w południe. Po szybach bębnił ten sam nieprzerwany deszcz. Na stole rozłożone były bułeczki, marmolada, sok pomarańczowy. Z ekspresu dochodził zapach świeżo zaparzonej kawy. Jennifer nie było. Na kanapie pozostał starannie złożony sweter, później w koszu na pranie znalazł ręcznik i białą koszulę. Wtedy zadzwoniła Janna. Trochę się dąsała, trochę była zasadnicza, aż w końcu, całkiem normalnie, jak na kobietę, zapytała dlaczego nie przyszedł na umówione spotkanie w Far Away. Zapytała tak, jakby jej było przykro i nie miało to mieć nic wspólnego z urażoną ambicją i przewleczeniem końca ich słodkiego romansu. Yannick nie odpowiedział od razu, bo potrzebował chwileczkę na uporządkowanie własnej rachuby czasu i uczuć. Z jednej strony jego skołatanej osobowości, tej emocjonalnej była tylko Jennifer, a z drugiej, praktycznej i skrępowanej przyzwyczajeniem, Janna. Gdzieś po środku tkwiła dziwna zadra pomylonego czasu. Zważył to wszystko i odpowiedział tak, żeby wyszło naturalnie:
- Przepraszam cię Janno. Nie wypuścili mnie z biura. Nawet nie mogłem zadzwonić, a kiedy już dzwoniłem było cały czas zajęte. Wszystko ci wyjaśnię. Spotkajmy się.
- No, no. Nie ma sprawy, wspominałeś coś o przyjęciu u twojego szefa. To chyba dzisiaj?
- Jezu, to było wczoraj – pomyślał Yannick, ale powiedział: - W sobotę, kochanie.
- Właśnie. Będę czekała o ósmej. Weź taksówkę i podjedź po mnie. Cześć!
- Cześć. – odpowiedział co najmniej niepewnie ,a odłożywszy słuchawkę powiedział na głos: - Przecież to nie jest jakiś pieprzony Dzień Świstaka. To nie jest, kurwa, film, ale moje życie.

To nie był film. To było jego życie. Szczególnie przekonał się o tym wysiadając z taksówki i otwierając drzwi Jannie. Padał ulewny deszcz. Nie miał parasola i szybko przebiegli do drzwi willi Forsytha. Otworzyła brzydka i zawiana dziewczyna w różowej kreacji.

Było mnóstwo żarcia, goście przed którymi Yannick powinien błysnąć niedoczytaną konkluzją, Brooklyn Boogie i tak dalej. Przywitał ich Forsyth, usiedli w kącie, a Yannick nalał sobie potężną, nieprzyzwoitą porcję Chivasa. Janna była trochę usztywniona, trochę nadąsana, ale zanim zdążyli zabrać się do męsko-damskiej rozgrywki, została poproszona do tańca. Żadna nowoczesna dziewczyna nie odmówi przystojnemu adwokatowi, który ma swoją kancelarię w Downtown. W tym czasie Yannick upijał się systematycznie. Wszystkie jego myśli biegły do Jennifer i zataczały wokół niej coraz węższe kręgi. Aż w końcu ustały pogrążywszy się w otchłani jak tonący statek. Biedny Yannick nie znając ani pół linijki z poezji Rimbaud poszedł na dno.

Kiedy obudził go słynny ból głowy i pragnienie, jeszcze dobrze nie wiedział co się stałoi gdzie jest. Niemniej niezawodny instynkt powiódł go do lodówki, gdzie znalazł się, upragniony zdrój. Ale kac dopiero miał rozwinąć swoje skrzydła. Tymczasem był pijany, a dokładniej przebywał na peryferiach pijaństwa, gdzie nie ma już słodkiego lekarstwa na ból istnienia i podobne przypadłości. Rozgościł się na tym zgoła niegościnnym terenie i złożył -ciało na pastwę niewidzialnych harpii.

Na stację Przytomność dotarł w strasznych niewygodach dokładnie o północy. Tę tajemniczą porę obwieścił zegar emitowany przez stację komercyjną wybraną raczej z woli przypadku niż jakiejkolwiek innej woli. Pierwszą niestosowną rzeczą, jaką dostrzegł, był zachód słońca. Wtedy wróciła część pamięci. Niekoniecznie pożądana. Nie wiadomo czemu, przyszło mu do głowy opowiadanie Nathaniela Hawthorne’a o pewnym człowieku o niewątpliwych uzdolnieniach magicznych, który wysyła znajomych stetryczałych staruszków w świat ich młodości i w niespełna parę godzin, zmusza ich do powrotu do czasu im właściwego. Wstał i zupełnie bez związku nalał sobie kieliszek koniaku. Było pięć po dwunastej. Słońce zachodziło.

Trudno powiedzieć, jak należy się zachować, gdy umysł zasługuje, aby być podejrzanym o przekroczenie granicy, za którą rozciąga się niegościnna kraina szaleństwa, zachowując przy tym wszelkie zdolności analityczne i przesłanki logicznego myślenia. Chaos, który zakłócił dobrze znany porządek rzeczy wydaje się być zewnętrzny i jak najbardziej obiektywny. Chwilowe utraty pamięci mogłyby być wytłumaczeniem, ale zachodzące słońce na tej szerokości geograficznej około godziny dwunastej, wszystko jedno, czy o północy, czy w południe, jest faktem, którego nauki ścisłe nie wyjaśniają w żaden zasadny sposób. Jeśli pominąć katastrofy kosmiczne i tym podobne zdarzenia. Wtedy Yannick postanawia, niczym wytrawny adept nauk stoików, że cokolwiek jest lub nie jest, będzie próbował żyć w nowo ustanowionym porządku świata czy rozumu dopóki nie znajdzie się jakieś stosowne wyjaśnienie. Jeśli spojrzeć na to filozoficznie, w tak zwanym normalnym życiu, nic innego nie robimy.

Jak pomyślał, tak zrobił. Ubrał się i wyszedł na ulicę. Zapadł zmierzch, ale ruch uliczny nie zamierał i był podobny do powszedniego dnia. Nie przypominał ani święta ani katastrofy. Zapytał jakiegoś przechodnia o godzinę, ale ten nie miał zegarka, podobnie jak i następny. Przy odrobinie pecha takie rzeczy się zdarzają, więc nie było nic niezwykłego w tym, że Yannick postanowił zweryfikować rysującą się intrygę kosmosu. A było to dokładnie w momencie, kiedy przechodził obok baru La Luna zapraszającego do środka zimnym światłem neonu. Za wielką szklaną witryną migotały przyjazne światła baru i liczne towarzystwo mające za nic wszelakie nieszczęścia, roześmiane, powielone twarze w malutkich zwierciadłach wypełnionych dobroduszną treścią pierwszych drinków. Ogniki papierosów i przytłumiony dźwięk piosenki I’ m a Melancholy Men pokrzepił go i ośmielił. Gdy już miał przestąpić próg serdecznego lokalu, krzykliwa wywieszka na drzwiach, poruszająca się niczym lekki dzwoneczek, powiedziała mu: We accept cash. Only. Wycofał się w poszukiwaniu najbliższego bankomatu namacawszy uprzednio portfel w wewnętrznej kieszeni welwetowej marynarki. Jednocześnie uświadomił sobie, że sprawdzenie stanu konta będzie całkiem zdrowym zachowaniem, bo cóż pewniejszego na tym świecie. Nie musiał długo szukać. Po przeciwnej stronie ulicy jarzyła się przyjaznym światłem dziura w murze sygnowana imieniem Nordwest Banku. Wsunął kartę do szparki i powtórzył po raz n-ty stosowną procedurę, ale tym razem nie tylko zarządził wypłatę gotówki, lecz również potwierdzenie stanu konta z wydrukiem. Serce biło mu tak mocno, jakby nie stał przed wirtualnym urzędnikiem banku, ale jakby patrzył w oczy mitycznego potwora. Jednorożec zarzęził i po dramatycznej chwili milczenia wydał wyrok: twoja karta zostanie zatrzymana. Skontaktuj się z bankiem. Po czym światło automatu zgasło. Yannick stał i patrzył w ponure zagłębienie w murze. Z odrętwienia wyrwał go głos dochodzący zza pleców: jak skończyłeś, koleś, to suń się, bo życie nie czeka. Masz czas na sprzedaż, czy jak? Odwrócił się i zobaczył dwóch wyrostków w skórzanych kurtkach. Jeden właśnie zgniatał w ręku dopiero co opróżnioną puszkę piwa. A która godzina? – zapytał całkiem dobrotliwie, choć zasadniczo. Gość opuścił puszkę na ziemię i kopnął ją nogą. Potem spojrzał na zegarek, duży brzydki sportowy TAG. Przekrzywił głowę jakoś tak, jakby chciał rozważyć, co da się sczytać z cyferblatu, po czym zdzielił Yannicka w twarz przegubem uzbrojonym w tytanową klamrę zegarka.

Kiedy się ocknął, wszystko dobrze pamiętał. Palcami lewej ręki dotknął twarz i rozpoznawszy solidny skrzep, z łatwością skonstatował, że musiało minąć trochę czasu od niefortunnego spotkania. Początkowo nie czuł bólu, ale wkrótce odezwał się, jakby obruszony brakiem należnego respektu. Yannick podniósł się z trotuaru i zobaczył, jak widzi oko kamery wykonującej zbliżenie, chłodny neon La Luna. Bardzo potrzebował whisky. Przeprawił się przez pustoszejącą ulicę i w ogóle nie mając na względzie braku portfela, jak również wahadłowo bujającego się przypomnienia o gotówce, wszedł do baru i całkiem przytomnie doczłapał do stolika w najciemniejszym kącie, choć najchętniej zawisłby na ladzie, gdzie rozkwitało życie najzupełniej beztroskie. Boleśnie ukrył twarz w okładce menu i gdy przydryfowała beznamiętna kelnerka, którą obserwował od pół uda w dół, wyszeptał tak głośno, jak mógł: Podwójną whisky z lodem.

Zaklęcie było skuteczne jeszcze trzy razy. Lód przykładał skwapliwie do obolałej twarzy. Z początku było lepiej. Potem coraz gorzej. Aż bar zamarł tą najdziwniejszą porą, gdy ptaki zaczynają budzić dzień, a ludzie, niczym nocne motyle, odlatują do miejsc, gdzie przypadkowe skrzydła ochraniają oczy przed brzaskiem,. Kelnerka usiadła przy nim i powiedziała cicho: Musisz iść do domu. Zamykamy. Yannick spojrzał jej w oczy i powtórzył jak wiarołomne echo: Muszę iść do domu. Zamykacie. I dodał półprzytomny: A którą mamy godzinę? Spojrzała na niego wyrozumiale, choć sądząc po akcencie, nie była stąd, a biorąc pod uwagę zmęczenie i cienie pod oczami, i niewątpliwą urodę, i młodość, i całejejżycie, bardzo trzeźwo odpowiedziała: Późno albo – jak wolisz – wcześnie. Tak czy owak, nie masz szmalu. Wyglądasz żałośnie. Jakoś to załatwimy. Ja pójdę się przebrać, a jak już będę przy barze, podejdziesz, weźmiesz mnie pod rękę i pójdziemy. Tyle mogę i bierz się w garść

Miała na imię Jill. Mieszkała w wynajętej kawalerce z oknami wychodzącymi na niezbyt ruchliwą ulicę, na którą prowadziły przyklejone do fasady schody pożarowe. Było tam wszystko, co było potrzebne dla faceta wyglądającego jakby cudem uratował się z katastrofy. Zmusiła go, żeby wziął prysznic i niczym dobra niania położyła do łóżka. Wkrótce i ona wśliznęła się pod kołdrę, gdzie Yannick spał kamiennym snem śniąc jakiś koszmar, którego i tak nie będzie pamiętał po przebudzeniu.

Minęły dwa tygodnie od kiedy zamieszkali pod wspólnym dachem. Jill wstawała o dziesiątej, zjadali razem śniadanie, czyli rogaliki z dżemem przynoszone z pobliskiej piekarni. Kiedy Jill wracała z pracy, on już smacznie spał. Po śniadaniu chodzili na spacer do parku, gdzie wypijali kawę, a potem Yannick odprowadzał ją do La Luna. Sam wracał do domu, słuchał muzyki, wypijał piwo, czytał kryminał albo coś bardzo niezobowiązującego, zjadał kawałek pizzy, znowu słuchał muzyki, palił papierosa i zasypiał niezmąconym snem zostawiając na stoliku Jill karteczkę z paroma ciepłymi słowami lub jakąś improwizowaną niespodzianką w postaci, na przykład, zerwanego z klombu fiołka albo witaminek. Prawie nie rozmawiali. Było to dziwne i uspokajające. Żyli tak, jakby znali się od zawsze.

Pewnej pogodnej nocy nie mogąc zasnąć wpatrywał się w gwiazdy, z których nie umiał wyczytać ani przyszłości ani przeszłości. Nalał sobie kapeńkę rumu, która zalegała w prawie pustej butelce od niepamiętnych czasów. Był to mocny alkohol, najprawdopodobniej używany do celów spożywczych lub kurażu w sensie wzmocnienia herbaty w mroźne i nieprzyjazne dni. Ale miarka naparstka pobudziła pragnienie i wyobraźnię. Rozochocony wyszedł z domu i ruszył w kierunku La Luna mając pewność, że spotka tam Jill i wcale, ale to wcale jej nie przeszkadzając, dopełni pożądanej miary skrojonej na uśpiony, wszak skołatany umysł. Usiadł w najciemniejszym kącie, zamówił podwójną szkocką bez lodu i ćmiąc papierosa za papierosem rozglądał się po mrocznym ciepłym pomieszczeniu. Pijąc trzecią szklankę pomyślał, że dobrze byłoby spytać o Jill, ale nie zdążył zrealizować zamiaru bowiem dosiadł się do niego facet w idiotycznym bordowym garniturze, w czarnej koszuli z wzorzystym fularem wpuszczonym pod kamizelkę. Nie to, żeby nie było wolnych stolików. Po prostu dosiadł się bez pytania, zamówił podwójną szkocką bez lodu, ale trudno mówić w tym przypadku o jakimś nadzwyczajnym zbiegu okoliczności. Świat jest pełny tych, którzy zamawiają to samo i pewnie dlatego ekonomia nie jest w stanie anarchii, a świat utrzymuje się we względnym porządku.

Dwa kolejne szkła minęły w milczeniu, aż nieznajomy poprosił o papierosa. Yannick uprzejmie go poczęstował puszczając w niepamięć jego brak taktu. Nie dosłyszał, jak tamten się przedstawia, ale pojednawczo wyciągnął rękę i wydukał swoje imię.
- Nie powinieneś pić sam, stary. To nie prowadzi do niczego dobrego. – rozpoczął facet z fularem.
- Ty też pijesz sam.
- Normalnie w ogóle nie piję, ale teraz przysiadłem się, żebyś nie pił sam.
- Mogę zapytać skąd ta troska i poświęcenie.
- Normalna sprawa. Powinniśmy sobie pomagać.
- Wielkie dzięki.
- Nie ma sprawy. Ja stawiam. – Yannick chciał zachować się elegancko, ale powstrzymał się nie mając nigdzie na horyzoncie Jill. Nawet przez sekundę nie pomyślał, że może jej tu nie być, ale widzieć jej nie widział. – No to wal, jaki masz problem.
- Nie mam problemu. Po prostu nie mogłem spać i wpadłem tu na jednego.
- Masz problem. Nie możesz spać, a ten jest, jeżeli dobrze policzyć, co najmniej, dziesiąty. Wal prosto z mostu. Z niejednego pieca chleb jadłem. – Yannick na początku zjeżył się w sobie, a potem pomyślał, że powie cokolwiek, żeby nie komplikować sytuacji:
- W porządku. Od pewnego czasu jestem na utrzymaniu dziewczyny, z którą mieszkam. Dla faceta to mało komfortowe. No, ale tak wyszło. Cierpię od niedawna, chyba od niedawna, na coś w rodzaju zaburzeń pamięci. Głupia sprawa, ale wkrótce wszystko pewnie wróci do normy. Wtedy jej się na pewno odwdzięczę. Na pewno tak. – wyrzucił to wszystko z siebie i nie bez zdziwienia skonstatował, że to była prawda. Trochę się wściekł, że zaczął się ot tak zwierzać.
- Nie musisz się odwdzięczać. To zbędne.
- Co ty o tym możesz wiedzieć? To fantastyczna dziewczyna. Uratowała mi tyłek, rozumiesz?
- Jasna sprawa. Jill jest prawdziwym aniołem. – Yannick nie mógł ukryć zdziwienia, więc tylko opróżnił szkło i zapytał:
- A skąd ty o tym wiesz? Znacie się?
- Czy się znamy? Dobre pytanie. Jak to się mówi, od wieków. Ale wiesz jak to jest. Zawsze się zaskakujemy – tu kompan Yannicka zachichotał i dorzucił: - Ona nie lubi niespodzianek. Będzie wściekła kiedy się dowie, że cię upiłem.
- Nie jestem pijany. A w ogóle to gdzie ona jest?
- Oczywiście, że nie jesteś. Generalnie twardziel z ciebie. Gdyby nie te zaburzenia pamięci, jak to nazywasz, to byłbyś gość. No, ale są rzeczy, na które nie ma siły.
- Pytałem cię gdzie ona jest? – Yannick ścisnął zbyt mocno szklankę i szkło rozsypało się na stoliku. Jak spod ziemi, zjawił się kelner, uprzątnął blat i niebawem doniósł dwie podwójne.
- A skąd ja mam u diabła wiedzieć. Nie chodzę za nią. Napijmy się. Zaraz zamykają. Wkrótce świt.
- No dobra. Przepraszam – wyszeptał – Równy z ciebie facet. Myślałem, że skoro się znacie, to wiesz, że Jill pracuje tutaj.
- Och, nie wiedziałem. Jill? Tutaj? Zaskakujesz mnie, ale wiesz co, pójdę się teraz wysikać.

Najpierw Yannick pomyślał, że życie jest dziwne, potem, że gość długo sika. Wtedy przyszedł kelner i zapytał, czy jeszcze sobie czegoś życzy, że co prawda rachunek jest zapłacony, ale wyjątkowo może mu nalać strzemiennego w zamian za napiwek, za który z góry dziękuje. Poprosił jeszcze raz to samo.

Bolała go głowa Postanowił, że zanim wejdzie do ciasnego mieszkanka, przysiądzie na ławce w parku i zażyje świeżego powietrza, tak świeżego, jak to możliwe w wielkim mieście. Zamknął oczy, głowę podparł ręką dopóki nie opadła w głębokim pijackim śnie. Ocknął się, gdy na policzkach poczuł krople deszczu. Zanim przyszedł do siebie, kątem oka dostrzegł w tworzącej się kałuży nawilgłą gazetę i ani przez chwilę nie mógł mieć wątpliwości, że to jest ta gazeta.

Niewiele myśląc podniósł ją z ziemi, złożył starannie i umieścił w kieszeni marynarki. Po czym ruszył zdecydowanym krokiem do trafiki. Z nieba lały się strugi wody. Mijał nielicznych przechodniów kurczących się pod rozłożonymi parasolami. Wreszcie zupełnie przemoczony stanął pod małym zadaszeniem kiosku, z którego ściekały krople spadając mu za kołnierz marynarki. Sprzedawca, starszy pan w okularach, z uśmiechem dobrotliwego krasnoludka, zagadnął:
- Pewnie pan zakochany. Leje od tygodnia, a pan bez parasola.
- Mówi pan: od tygodnia. Cóż lubię deszcz. Poproszę paczkę Marlboro i tę gazetę – tu wyjął poskładany dziennik i podsunął sprzedawcy pod nos.
- No to dzisiejszy Times. Też solidnie przemoknięty.
Ale Keanu nie znał tej historii, a fakt, że usiadł na tej ławce był najzupełniej przypadkowy. Słuchał porannego śpiewu ptaków, który złowróżbnie dobijał się do jego głowy. Wreszcie ruszył w stronę Lincoln Center, w pobliżu którego kupił dużą gumową bułkę z jajkiem i boczkiem oraz duży kubek ze słabą kawą. Śniadanie było zbawieniem. Wrócił do domu i położył się na dywanie, który nie chcąc latać i tak przeniósł go do innej krainy, jego własnej, niedostępnej dla innych.

Wieczorem mógł już oddać się słuchaniu muzyki. Zapalił świece, rozsiadł się w fotelu i zagłębił się w lekturze pewnego opowiadania, które w wolnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak

//////

W tym czasie przesłuchał cztery płyty

///////

Jeśli dobrze przypatrzeć się kobiecie i mężczyźnie stojącym przy barze, to jest coś, co sprawia wrażenie, że pochodzą z innych światów. Ona ubrana w trykot Dolce & Gabbana, drobna, łobuzerska, on dużo starszy, ubrany w biały lniany garnitur z innej epoki, kiedy pewnie był en vogue. Piją portorykański rum z Colą i limonkami. On opowiada:

- Nie, nie bywam często na wyspach. To brak czasu, wie Pani, mam bardzo odpowiedzialny zawód, około tysiąca ludzi pod sobą. W zasadzie pracuję dzień i noc, nigdy nie znam dnia ani godziny, kiedy obowiązki mnie wzywają. Cena jaką płacę, to prawie absolutny brak czasu na życie towarzyskie, owszem czasami ktoś wpadnie na drinka pogada, ale nieczęsto, wręcz rzadko. Zarabiam bardzo duże pieniądze jeśli zważyć moje potrzeby. I w zasadzie nigdy nie jestem sam. To ma swoje dobre i złe strony. To jest taka inna postać samotności, samotność bez samotności. Teraz się wyrwałem, tak dopiero teraz po wielu latach. To bardzo miłe, absolutnie nieznane, choć moja praca, to również praca z nieznanym, nieprzewidywalnym. Być może większość tak spędza życie. Ludzie są bardzo różni, myślę, że tak bardzo jakby każdy żył w swoim własnym świecie, jakby wszyscy śnili i tylko spotykali się w jednym umówionym miejscu. Słyszałem jak, ktoś kiedyś powiedział, że życie podobne jest do krzewu winorośli rosnącej na zboczu wzgórza, które owiewają trzy wiatry i które dojrzewają, aby zamienić je w wino. Zwykle jest chronione od północnego wiatru, aby wreszcie nań się otworzyć i spocząć w omszałej butelce. Ładnie powiedziane
- Tak, bardzo ładnie, ale pana zawód, to chyba trochę metafizyczny.
- Trochę tak. Jestem grabarzem.

Maks i Barbara wracali do hotelu idąc po plaży, o tej porze pustej, skąpo oświetlonej światłem księżyca. Nie rozmawiali. Szli tak długo aż skończyła się cisza.

Był październikowy wieczór. Pierwszy chłód przechadzał się po ulicach miasta. Walter szedł od knajpy do knajpy. Taką podróż nazywał szlakiem hańby. Wszędzie pił, pił i pił. Aż w spelunie, gdzie grali Los Hombres Calientes przystąpił do niego szósty anioł nocy „(zob. Waite The Lemegeton)” I podyktował mu list, który niezgrabnym pismem zapisał na trzech serwetkach

Efendi,
Moje godziny są policzone, nie wiem kto je liczy i dlaczego, ale robi to z dużą skwapliwością. Twoich rad wysłuchałem, zabrałem w drogę bukłak wina i bukłak wody, pod siodło włożyłem mięso. W step ruszałem nocą, a we dnie, kiedy było cieplej, spałem i nie potrzebowałem derki. Tak spędziłem na pustkowiu siedemnaście dni i siedemnaście nocy. Przemierzyłem szmat drogi. Pod koniec brakowało wody, więc podróżowałem pijany opiwszy się winem. Mięsa było ledwo ledwo. Aż w końcu dotarłem do miejsca przeznaczenia. Małe sioło ze studnią, nie więcej niż sto głów. Przyjęli mnie godnie, dali mleka z tłuszczem, kąpiel w odstałej wodzie z deszczu, maści na pęcherze i wreszcie nakarmili do syta mięsem, które trzeba było długo żuć, aby przełknąć i plackami pieczonymi chyba z wiatru. Nie znałem ich języka. Ani oni mojego. Miałem na uwadze Twoje słowa, które mówiły dobitnie, że nie mogę szukać ich pomocy w poszukiwaniu skarbu, ani nie mogę odkryć intencji. Którejś nocy, kiedy zbrzydła mi ich gościnność, a im pewnie jej nadużywanie, czyli w czasie, o którym mnie pouczyłeś, wydobyłem z nogawki rysunek wykonany ręką Twojego sługi i ruszyłem wedle szkicu. Szybko znalazłem głaz, pod którymi spoczywał klejnot, którego szukałem. Próżno go było ruszać, nadto był ciężki i bez sposobu wysiłek szedł na nic. Wróciłem do osady, wziąłem muła i pasy wycięte ze skóry. Wiesz, Efendi, co zrobiłem, ale kamień nie chciał się poddać. Więc wróciłem do namiotu i obmyślałem sposób. Kiedy wstałem rano, nie napotkałem ani jednego przyjaznego spojrzenia. Postanowiłem, że wnet, po sutym posiłku udam, że ruszam w drogę. Tak zrobiłem. I poczułem ulgę u tych, którzy udzielali mi gościńca. Dali mi tyle mięsa i wody, ile zdołał koń unieść. Tak się kręciłem wokół osady, aby mój ślad zaginął. Moje zamiary się powiodły, wkrótce o mnie zapomniano, a ja krążyłem daleko od sioła starając się znaleźć jakieś rozwiązanie. Aż w końcu przyszło samo, Efendi, jak mówiłeś. Wróciłem do nich zadawszy sobie tyle ran, ile zdołałem, żeby przeżyć. O nic nie pytali, bo gardło miałem przepalone suszonymi ziołami goryczy, opatrzyli rany, położyli w namiocie. Co raz doglądali, aby zmienić opatrunki, zwilżyć usta wodą, zetrzeć pot z czoła. Tym sposobem byłem tam, gdzie być chciałem o nic nie pytany, doświadczając litości, co może, Panie, było największym upokorzeniem. Leżąc w spokoju, żując liście jakiegoś leczniczego krzewu obmyślałem plan. Był on misterny, utkany z intryg, których owocem miały być waśnie i spory w osadzie, knowania i podstępy, ferment, za pomocą którego miałem zdobyć popleczników. Ty, Efendi, jako znawca spraw tego świata i ludzi, wiesz, że należało od zasiania ziarna zazdrości, a później na podsycaniu wszelakich uczuć. Wszystko to czyniłem, bezinteresownie, złożony niemocą, unikając kalumni i własnych opinii, lecz starannie i z pozoru niechętnie przekazywałem słowa, które rzekomo słyszałem. Potem za pomocą opium, którym przezornie mnie obdarowałeś, pozyskałem grupę wiernych sług, zbuntowanych w głębi serca przeciw wodzowi i wspólnocie, rozumiejących, że klejnot to nie łza boga, ale wolność i bogactwo, juki pełne zielska, bukłaki z winem, solone ryby przywożone z odległego wybrzeża, sól i jedwabie. Mieliśmy to zrobić między tuż przed świtem, kiedy sen jest głęboki, a ciało ospałe. Jednak panowała tam tak wielka cisza, że używając zwierząt nijak nie dałoby się zwieść czujności straży, skąpej, rozleniwionej, ale zdolnej zrobić nie lada rumor. Rozkazałem więc wywołać pożar po stronie osady najbardziej odległej od głazu. Pochodnie sprawialiśmy używając moich opatrunków, starannie nasączaliśmy tłuszczem, aby ogień jak najszybciej strawił namioty i wzbudził panikę. I tak, Efendi, odebrałem od Ciebie kolejną naukę. Popełniłem błąd, o którym wiedziałeś, że musi być popełniony. Tak, przesłanką tego planu było przeświadczenie, że człowiek jest zły z natury. Teraz, kiedy stoję przywiązany do pala, a u stóp mam stos, który wkrótce zapłonie – czy to prawda, że pierwsze płoną paznokcie i włosy, powodując straszny ból – wiem, że się myliłem. Pozwolono mi napisać ten list, zelżono pęta, podano pergamin i pióro. Więc dla porządku tylko powiem, bo przecież wiesz, że żaden ze spiskowców nie zdradził nikogo poza mną. Zostałem poddany próbie. Ciekawe, co jest pod tym głazem. Teraz myślę, że nic.
Bądź pozdrowiony, Efendi.

Dokładnie w momencie, kiedy Walter postawił kropkę nad ostatnim i, na drugiej półkuli na łodzi zakotwiczonej parę metrów od wybrzeża Smile Island, co wyglądało tak

Niejaki Josh, w dżinsach od Armaniego, nienagannie wykrochmalonej białej koszuli od Joopa i ze świeżo zgaszonym petem Davidoffa w tle przekrawał na pół orzech kokosowy, ostrożnie zlewając mleko. Bardzo starannie wydrąża owoc, po czym rozdrabnia miąższ. Mleko kokosowe miesza Malibu, creme de bananes, Amaretto, słodką śmietanką i sokiem wiśniowym sprowadzonym z Afganistanu. Teraz przecedza do połówek kokosa i ozdabia porcje kawałkiem miąższu, plastrem czerwonego banana i podaje dwojgu zakochanym siedzącym na skale, którzy na przemian całują się i pluskają nogami w wodzie. Josh idzie do nich zanurzony po pas w wodzie, niepomny, że Armani nie toleruje soli, bo styl w jego fachu jest najważniejszy i przynosi bardzo wymierne efekty. Jednak para nie docenia jego smaku, bowiem właśnie jest na etapie pocałunków, a bezmyślne wpatrywanie się w odległy horyzont oceanu i pluskanie nogami dopiero co ustąpiło. Josh dyskretnie odczekuje. Kiedy mlaskanie przestanie zaburzać szum wiatru wreszcie serwuje swój specjał. Robi się naprawdę słodko, a nuda romansu i tropiku zaczyna delikatnie buzować. Ale to Josh jest protagonistą tej historii, tylko dzięki jego mistrzowskim zabiegom, często niedocenianym, może ona trwać. Dziesiątki par lądujących na wyspie to historie zdrady, kaprysy namiętności, które w oddaleniu od świata, bez wścibskich świadków, jaką się zakosztować lub wypróbować. Ale po trzech dniach seksualnego szaleństwa, szampana, ostryg, zasuniętych stor, pojawia się widmo znudzenia.. Wtedy pojawia się Josh ze swoimi wspaniałymi drinkami o mocy i słodyczy tak silnej, żeby zniekształcały obraz niewygodnej rzeczywistości. Romantyczne rejsy na okoliczne wyspy, zagubione plaże, które przestają być liryczne po dwóch kwadransach. Wtedy serwuje się ambrozję, nie mniej niż trzy razy, potem rozkłada się rożen i nad żarem dochodzą świeże krewetki i ośmiorniczki, na końcu homar nie obrany, żeby kochankowie mogli celebrować swoją ucztę. Dla tych trudniejszych w obejściu klientów serwuje się dodatkowo krewetki i kraby w pancerzach i prosi się o pomoc w otwieraniu ostryg, które serwuje się na surowo z cytryną, a nie tak jak w hotelu zapiekane z odrobiną bekonu. Zawsze udają, że to małmazja, afrodyzjak, kulinarne cudo i siorbią je z obrzydzeniem grając po mistrzowsku do ostatniego kęsa, a raczej siorbnięcia. Powrót w świetle księżyca, cichutko Bob Marley, butelka szampana. Jeśli ktoś nie został zniszczony skwarem, jedzeniem i trunkami, w programie pojawiają się lokalne tańce, pokazy połykaczy ognia lub dyskoteka według najlepszych europejskich wzorów. Wreszcie bohaterowie są zmęczeni, zachwyceni i lądują w swojej ekskluzywnej sypialni, gdzie słodko zasypiają. Na ogół chrapią, ale nie przeszkadzają sobie wzajemnie. Zdarza się, że zasypiają w ubraniu, co po przebudzeniu powoduje fantastyczne odczucie prawdziwego trapera, lekko osmalonego dymem z rożna, a to już takie inne od znanej piżamki lub atłasowej nocnej koszuli. Kaca leczy się śniadaniem na plaży, w cieniu parasola, śniadanie jest późne, najkorzystniej o dwunastej, bo to wystarcza, żeby zadośćuczynili zabiegom kosmetycznym, upiększającym. Dla bardziej nieugiętych serwuje się bardzo modny i nużący trening jogi, czasami złośliwie zahaczając o medytację transcendentalną. Bardzo ważna jest woda, którą podaje się do śniadania. Musi pochodzić z miejscowego źródła, którego oczywiście nie ma, a znakomita woda nalewana z kranu w Miami jest codziennie świeżo dostarczana, schładzana i podawana w lodzie obłożonym cytrusami. Konieczne jest zachwalenie jej walorów leczniczych, rewitalizujących i zachęcanie do obfitego spożywania, co ułatwia im przejście obok konsternacji w zalewaniu kaca. Po śniadaniu oferujemy albo naukę nurkowania, albo naukę pływania na desce, albo naukę latania na spadochronie nad wodą w zależności od tego, czego bardziej nie potrafią lub się boją. Bardzo skuteczne są narty wodne. A potem rejs na pobliską wyspę. Niestety aura rzadko zsyła wysoką falę. Ale i tak jest cudownie i po dwóch tygodniach bohaterowie są wykończeni, ale uratowani od złudzeń namiętności. I płacą za to bardzo dużo, ale warto płacić za złudzenia.

Tym razem jednak mężczyzna po pięciu dniach otrzymuje faks, który wzywa go do natychmiastowego powrotu z bardzo ważnych powodów. Wcześniej poprosił o to swoją sekretarkę i kiedy siedzi w samolocie zamyka oczy i czuje się wolny. Dziewczyna chciała wracać z nim, ale przekonał ją, że będzie bardzo zajęty i warto, żeby dalej kosztowała smaków egzotycznych wysp. Jej czułym opiekunem pozostaje suto opłacony Josh. Dziewczyna ma na imię Julia. Teraz Josh nie ma najmniejszej motywacji, żeby ją zamęczać, więc rozpoczyna wdzięcznie taniec godowy, który po trzech dniach delikatności kończy się ostrym seksem. Natura nie znosi próżni.

W końcu odwozi Julię na lotnisko. Na tej szerokości geograficznej porty lotnicze przypominają wschodnioeuropejskie dworce autobusowe. Na pewno nie znajdziemy tam kwiaciarni. Tandetne pamiątki, alkohol i papierosy. Josh składając ostatni pocałunek mówi, że zupełnie zapomniał o pożegnalnym podarunku, ale może jest. Co by chciała zabrać ze sobą. Julia myśli nie dłużej niż chwilę i wskazuje na jego dżinsy. Josh, bez wahania, zdejmuje spodnie, które mieszają się z ostatnim spojrzeniem. W salce przed odprawą paszportową rozlegają się śmiechy, ale są też wyrazy uznania. Obydwoje się nic a nic nie przejmują. Wygląda na miłość.

Keanu kładzie ostatni krążek na płycie gramofonu. Z początku szmer, ale wkrótce, zamiast oczekiwanej muzyki, odezwie się chrapliwy głos. Jest godzina ósma wieczorem. Keanu waży w ręku szklankę wypełnioną do jednej trzeciej lodem i whisky, wyśmienitej whisky, siedemnastoletniej Glenfeddich. Nuta torfu w powietrzu.

Dobry wieczór, bo chyba gaśnie słońce, jak przypuszczam, choć mogę się mylić. Nie jestem magiem. Nazywam się Alex Dorn i bardzo usilnie pracuję nad związkami zdarzeń. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że jesteś świadkiem odkrycia matematycznej matrycy świata, obrazu Boga w dniu stworzenia. Ale mogę się potężnie mylić. Też lubiłem whisky. Nigdy nie byłem wyznawcą żadnej religii, ale byłem przekonany, że istnieje jakiś plan, jakiś niewiarygodny zamysł. A jak Ty myślisz? Ty już teraz wiesz i możesz przyznać mi rację, albo śmiać się ze mnie jedząc poranny omlet z pomidorkami. Nalej sobie jeszcze jednego. I wypij za istnienie świata, o jakim obydwaj myślimy. Ja dzisiaj i Ty dzisiaj, choć daty oddziela jakieś pół wieku. Nie potrafię tego obliczyć z absolutną dokładnością. Teraz zostawiam Cię samego z nie lada bałaganem w głowie i mrowieniem na plecach.
Alex Dorn

Josh wpatrywał się w wyblakłe fale Morza Sargassowego, które o tej porze dnia - a było już dobrze po siódmej - mówiły nieco więcej niż zwykle i więcej niż było do powiedzenia. Kropelka potu płynęła po jego czole i kiedy wydawało się, że jej krótki żywot zgaśnie, zgasł. Wciąż było bardzo gorąco.

Od strony miasteczka, a dokładnie od ulicy, gdzie umieściły się sklepiki z biżuterią, z tymi wszystkimi łzami i gwiazdami zamierającymi w skorupkach złota i szlachetnych kamieni, dobiegał dźwięk hiszpańskiej gitary. Niósł ze sobą słodycz rozgryzionego winogrona i wszystkich tych błahych uczuć ożywiających serce przybysza z Północy. Bo czym jest Europa jeśli nie Północą. Oczywiście, jeśli traktować serio jej rozprawy i traktaty.

Dochodziła ósma, kiedy Josh wyciągnął z kieszeni niemądrze seledynowej marynarki bawełnianą chusteczkę. Zanim przetarł czoło, przyjrzał się wyhaftowanemu monogramowi i zdał sobie sprawę ze swojej tożsamości. O ile własność jest tożsamością. I o ile czcionka bazooka może o niej świadczyć.

Plaża opustoszała. W barze kostki lodu wydzwaniały ostatni kwadrans. Dwa ciemnobrązowe ciała pochylały się nad destylatem trzciny cukrowej zaprawionym cytryną. Czy też limonką? Z daleka trudno dojrzeć. Przesuwając wzrok o dziesięć stopni w kierunku północno-wschodnim, co zrobił Josh, można było dostrzec dziewczynę w dżinsach (Levisy 501; wiadomo, poszukiwacze złota, te rzeczy, ale naprawdę to chyba były inne dżinsy) i w skąpej koszulce. Długie włosy w ulubionym kolorze blond, nie ważne czy kolorowane. To nie ma nic do rzeczy. Właśnie sprzątała kramik z pocztówkami. Poza tym olejki do opalania, kremy, gumowe piłki. Jak wszędzie. Krzątała się z pasją nie do porównania. W oczach miała Ogrody Luksemburskie. Nie wiadomo jednak czy Josh ją dostrzegał.

Josh przestępował z nogi na nogę. To już taka pora. Lekki wiatr. Prawie nie można go zauważyć. Jego dłonie miętosiły chusteczkę, tę bawełnianą, z monogramem. I nie wyglądał najlepiej. Może jest zamyślony? Naprawdę, kto to wie.

Jeżeli jest zamyślony, to o czym myśli? O toskańskich wzgórzach i kamiennych domach? O przewinieniach, które prowadzą do zbawienia? O krewetkach świeżo wyciągniętych z morza i tequili? O falach, wzniosłych i spokojnych i ich następowaniu po sobie? O posiadłości, nie swojej, i jej kosztach utrzymania? O tym, że już najwyższy czas, ale w tym wypadku to takie tajemnicze? Albo o tym, że trzeba czymś wypełnić pustkę? Choćby takim zamyśleniem.

Wtem, jakby spod ziemi, ale nie spod ziemi, wyrósł przed nim Mulat, który zapytał:
- Seňor? Czy Pan ma gorączkę?
- Nie, ależ skąd. Tylko ten upał. Mniejsza o to. Jak poszło?
Zamiast odpowiedzi ujrzał ciemną, zaciśniętą piąstkę z kciukiem skierowanym ku niebu.
- Chwała Bogu - wyszeptał Moon i podał chłopcu zwój banknotów. Tamten gwizdnął z zadowoleniem i pokazał w uśmiechu dwa rzędy bialutkich zębów.
- Jakby jeszcze coś trzeba było, to Seňor wie gdzie mnie szukać.
- Nie będzie trzeba.
I tyle się widzieli.

Pół roku wcześniej Josh przybył na tę uroczą wyspę i wynajął dom w pobliżu miasteczka, któremu patronował jakiś święty. Miał najszczerszy zamiar spędzenia paru miesięcy z dala od wszystkiego, co składało się na jego życiorys, ze szczególnym uwzględnieniem dziesiątków znajomych, spotkań w mgławicowej atmosferze swobodnego intelektualizmu spod znaku Timesa, flirtów dających tyle przyjemności, ile daje urok zgrabnych napomknień w kronice towarzyskiej i wreszcie cenzurek , jakie pojawiają się zanim dzieło lub czyn zostaną ukończone. Dla kogoś, kto porusza się z kocią sprawnością na wernisażach, ale też po garderobach, korzenny zapach trunku wypijanego gdzieś, gdzie nadmorski bulwar nie przenosi zapachów kleju użytego do głupawego ambalażu lub perfum będących balsamem na rozkładającym się ciele żywych, wręcz energicznych mumii, jest nektarem dla śmiertelnych bogów. Innymi słowy jest to skrajne wyczerpanie idiotyzmem. Pojawia się tylko wtedy, gdy idiotyzm uznaje się za idiotyzm.

Pierwsze dni na wyspie pachniały angosturą i jezuickim proszkiem do suszenia atramentu. Mleko kokosowe, dostarczane każdego ranka przez małego Mulata, było nieznośne, ale już w drugim tygodniu Moon poczuł, że jego misja powiedzie się. To też ubrał coś stosownego, wypożyczył granatowego Jeepa Cherokee i wybrał się do portu, w którym parę opustoszałych kolonialnych pubów oferowało to, czego się od nich oczekuje. W każdym razie prawie żadnego towarzystwa. Powolna obsługa, dwie papugi w klatce i paru facetów w szortach dyskutujących o cenach kufla. Tak, jakby zestawiali kultury nie znając Margaret Maud.

Moon zamówił słynne piwo eukaliptusowe. Czas płynął. Po czwartym piwie czas stanął, a przy barze zawisła kobieta nie z tej ziemi. Być może z Paryża. Albo z Sankt Petersburga. Miała na sobie lnianą sukienkę i tęsknotę w oczach. Jakby Ogrody Luksemburskie zimową porą. Morze nie poruszało się, palmy więdły. Wszystko było możliwe. Dźwięk wyciskanej cytryny był znakomitym tłem. Tylko do czego?

- Taki tu spokój, prawda? – zapytał nagle siedzący obok facet w czarnej bawełniance.
- Taki tu spokój - powtórzył bezwiednie Moon, nie odrywając oczu od dziewczyny w lnianej sukience. I nie mając bynajmniej ochoty na jakąkolwiek konwersację.
I tak to się chyba zaczęło. W każdym razie obcy nie dał za wygraną. Zamówił szklankę tego samego piwa, co Moon i nie zdążywszy jeszcze pociągnąć pierwszego łyka, skonkludował:
- Pewnie dlatego wybrał pan to miejsce, bo jest to raj dla skołatanych dusz.
- Wybrałem to miejsce przez przypadek. Chyba w jakiejś ulotce pod wycieraczką napisano, że jest to raj.
- A więc jednak - pochlebił sobie nieznajomy.
- Jednak raj to nie to samo co raj dla skołatanych dusz, jeżeli pan może to pojąć.
- Owszem, owszem. Bardzo zgrabnie powiedziane. Doceniam to, doceniam. A przy okazji, nazywam się John Hunt. Albo po prostu John - świeżutko ochrzczony John podniósł szklankę w geście zmierzającym do bliższego zapoznania.
- Przy jakiej okazji? - zapytał Moon gapiąc się wciąż na zjawiskową kobietę, która dopiwszy swoją kawę, poprosiła o rachunek.
- Myślałem o naszym spotkaniu w raju. Naprawdę to przyjemność z panem rozmawiać - nie dawał za wygraną i szturchnął szklanicę Moona John - Więc jak do pana się zwracać?
- Moon. Tak będzie w porządku. - rzucił na odczepne i szukał w głowie fortelu, który zatrzymałby podrywającego się do lotu anioła. Ale w głowie miał smarkatą pustkę o przebrzydłym smaku eukaliptusowym, a w nogach dziwną miękkość charakterystyczną dla młodzieńców przed inicjacją. Obie rzeczy były niestosowne.
- Otóż, mój drogi przyjacielu Moon, mam zaszczyt zaprosić pana jutro, w samo południe, na małą przejażdżkę moim jachtem. Może pan sobie ostrzyć apetyt na krewetki w sosie Deja Vu i homara. Jeżeli chodzi o wino, to proszę dobrze posłuchać: Ametyst 1907. A na dodatek, tutaj proszę, wstrzymać oddech, moje kuzynki. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy. Piękne i wykształcone.




Moon z przerażeniem patrzył, jak widnokres zamyka się za czymś, co już było tęsknotą, a za co odstąpiłby Anglię za funta, honor za lepsze przeznaczenie, rozum za szaleństwo, a duszę za cokolwiek. Innymi słowy był gotów płacić nie więcej niż inni.
- O.K., John. Przyślij po mnie kogoś dziesięć po trzeciej. Wystarczą krakersy z marmoladą pomarańczową i kawa. - był wściekły. Gdy dojechał do domu, upił się do nieprzytomności.

Dziesięć po trzeciej usłyszał dzwonek. Był już prawie przytomny i właśnie kończył przeżuwać naleśnika z syropem klonowym, który przywodził mu na myśl zachód w Toronto, który przyszedł mu na myśl, gdy kiedyś spożywał bardzo podobmego naleśnika w Ogrodzie Luksmburskim. Powlókł się do furtki, przechodząc przez alejkę długą jak fraza Stephana Grapelli. Tam, po drugiej, trochę ciemniejszej stronie, czekał na niego minstrel. Odegrał glissando na flecie poprzecznym i uchylił zapraszająco drzwi limuzyny. Bardziej uważny obserwator dostrzegłby faceta w nienagannej liberii mówiącego płynnie karaibską angielszczyzną. Moon zastanawiał się chwilę. Ale w końcu dał sobie spokój. Wgramolił się na tylne siedzenie i wyszeptał prowadź wodzu. Miał na sobie krótki biały szlafrok i był bardzo źle usposobiony. Wyglądało na to, że jest mu wszystko jedno.

Przejeżdżając przez miasto do portu, Moon wpatrywał się w twarze ludzi ciągnących znużone ciała z plaży do hoteli. Nie zauważał w nich nic godnego uwagi. Może tylko pewną skłonność do zadowolenia, przywilej płynący znikąd do nikąd. Spoglądał na ich kolorowe kapturki wylansowane przez dyktatorów kolorowych kapturków, czoła przykryte olejkami, zalecanymi przez specjalistów od czół, oczy zasłonięte okularami, najczęściej ersatzami okularów en vogue, zakupionymi na stacjach benzynowych albo w trafikach.

W końcu znalazł się na jachcie, gdzie powitał go Hunt i jego dwie kuzynki.. Obyło się bez zbędnych ceregieli, to znaczy uściski rąk, zdawkowe uśmiechy (z drugiej strony chichoty) i jazda. Morze, jak morze, wiadomo, że ani okrutne ani kto tam wie jakie. Krewetki z gotowca, pikantny sos nieznanej marki, chlapanie wina i jakieś pogaduszki. Trochę seksu, ale, u diabła, o czym w ogóle gadać. Moon, jak przybył, tak wrócił. W szlafroku i obojętny na los tego świata. Może lekko pijany. W każdym razie na tyle, że odmówił podwiezienia limuzyną. Opierając się na skrzydłach dwóch przypadkowych aniołów szedł w stronę, o której było mu wiadomo, że ją zamieszkuje. Posyłano mu lekkie uśmieszki, a on odwzajemniał się głupimi minami, z których każda oznaczała to samo: a ja, proszę państwa, tak sobie tylko spaceruję, ale co wiem, to wiem. I rzeczywiście wiedział, co wiedział. Że powtarzanie cudzych myśli jest daremne, że zbliżanie się do siebie ludzi jest obojętne, że oddalanie się od siebie, czy to w miłości, czy to w przyjaźni, jest zwodnicze, że kłamstwa są bliższe prawdy niż prawdy by sobie tego życzyły, że prawdy nie jest nigdy tak wiele, żeby wystarczyła dla pokrycia zdawkowego uśmiechu, że poświęcenie jest trudne, ale może być interesowne, że poświęcenie jest trudne, ale może być zbawienne, że dotyk to dotyk i nie wiadomo czego dotyczy, że strojenie min w szlafroku to najlepsze rozwiązanie w trudnej sytuacji. A kiedy tak wiedział, co wiedział, prowadzony przez dwa niedoświadczone anioły, spostrzegł nagle, ni z stąd ni zowąd, kobietę nie z tej ziemi. Tę w lnianej sukience i z tęsknotą w oczach. Ależ?! Jaką tęsknotą? Patrzyła na idiotę w szlafroku, lekko podpitego, prowadzonego przez dwie podfruwajki. Właśnie jadła hamburgera. Nie, normalnie nie je hamburgerów. Prawdę powiedziawszy, nie lubi ich. Ale teraz, dla ułatwienia, stała na środku ulicy i przegryzała coś, co było jej nie w smak. Moon próbował się zatrzymać, spojrzeć na nią jak patrzy człowiek, który nie ma nic wspólnego z szlafrokiem, w który jest ubrany, a tym bardziej nic wspólnego z kobietami, które go prowadzą. Wyszło trochę nieporadnie. Zaparł się nogami i próbował spojrzeć jej w oczy. Ale spojrzenie ześliznęło się - powiedzmy jasno - pijacko, na nogi, a on został poderwany przez anioły. Kiedy przelatywali nad restauracją inną niż wszystkie, rzucił tajemnicze spojrzenie. Trafiło do kosza na śmieci. Kiedy się obudził, był w swoim łóżku. Obok leżały dwa upadłe anioły. Biorąc prysznic zmierzał do konkluzji. Będąc blisko wymamrotał: Zabiję go.

John Hunt siedział w wiklinowym fotelu na tarasie Nucił coś, co przypominało Pawanę Na Śmierć Infantki, ale de facto było jakimś fałszywym murmurandem przypominającym cos bardzo przedwiecznego, w każdym razie na tyle dawnego, że nie było mowy o muzyce w naszym dzisiejszym rozumieniu. Moon wychodząc spod prysznica był milczący i zaniepokojony. Marzył o tym żeby wyjść na taras, przeciągnąć się i zobaczyć na stoliczku jajecznicę z bekonem. Miał w nosie cały świat doczesny, drżały mu ręce i nie miał żadnych planów na przyszłość. Chociaż, tak naprawdę, wciąż widział przekrwionymi oczami dziewczynę w lnianej sukience albo w spodniach poszukiwaczy złota. I nic innego. Ani świata, ani jajecznicy, ani widoku z tarasu. Dopiero, gdy usłyszał ciemne pomrukiwanie, zrozumiał, że John Hunt siedzi w jego wiklinowym fotelu. Był to wymarzony moment, aby go zabić. Gdyby nie to, że Hunt wyszeptał tkliwym barytonem:
- Dzień dobry, przyjacielu. Co byś powiedział na jajecznicę z bekonem?
- Co ty, kurwa, tutaj robisz? - zagadnął Moon po przyjacielsku.
- Patrzę jak słońce wznosi się nad horyzontem i myślę, że wszystko jest po naszej myśli. - odpowiedział pogodnie, bez cienia ironii tak, jakby było już południe.
- Co to znaczy „po naszej myśli”?
- To nic nie znaczy. Tak się tylko mówi. - tu Hunt przechylił się w jego stronę podsuwając mu pod nos talerz z jajecznicą - Pomyślałem tylko, że masz ochotę na śniadanko. Jeżeli wolisz parówki albo omleta, to nie ma sprawy. Zaraz to naprawimy. A może wolisz coś na słodko? - niewczesny gość był opiekuńczy w sposób, którym brzydziłaby się nawet brukowa literatura.
- Czy to ma być jakaś dwuznaczność? - zapytał twardo Moon i nie czekając na odpowiedź, warknął: Mam straszną ochotę na pieprzoną samotność, rozumiesz?
- Jasne, że rozumiem. Zmywam się w tej sekundzie. - po czym zmył się, jak obiecywał. W głowie Moona dudnił straszny kac. Coś jak Benjamin Britten zamiast śniadania. W związku z tym - i to nie jakimś swobodnym związku, ale bardzo ścisłym - poszedł do lodówki, skąd wyciągnął butelkę Smirnoffa i pociągnął łyk tak długi, że może odrobinę za krótki. Wrócił do sypialni po zegarek. Kiedy sięgał po niego, jego policzek niepostrzeżenie znalazł się w pobliżu policzka jednego ze zmęczonych nocnych motyli, czy, jak wolicie, ptaków albo cokolwiek. No i ptak albo motyl przemówił zanim się rozbudził na dobre:
- Nie ogoliłeś się. Drapiesz. Nie szkodzi..

To prawda, nie ogolił się, drapał, a jeżeli nawet szkodziło, to i tak wszystko odbyło się zgodnie ze zwyczajem zachęcających filmów, w których kamera udaje roztargnienie w najbardziej banalnym momencie. Jakby nie było, Moon, po trzech kwadransach, podniósł się o własnych siłach i, po chwili, o własnych siłach, zwalił się na pysk. Tak przeleżał pewien czas. Kiedy podniósł swój złajdaczony tułów, łóżko było nienagannie posłane, na nocnym stoliczku majaczył talerzyk z wystygłymi naleśnikami. Zrobiło mu się słodko. Może nawet trochę za słodko. W każdym razie zwymiotował.

W końcu jednak pozbierał się, bo tak jest zawsze, i wyszedł na spacer. W portowym barze wypił rum z sokiem cytrynowym, zamówił homara, rozebrał go i nie mógł go wziąć do ust. Więc zapłacił i poszedł na jeszcze jeden spacer. Długi, beznamiętny i dający do myślenia. Ale, prawdę powiedziawszy, nie myślał o niczym. Tylko szedł i szedł. Aż dotarł do przystani, daleko za miastem, gdzie był mały bar, gadające papugi i ciemne postaci. Zaprzyjaźnili się. No kto? Wiadomo. On i bar. Bo bar był gadający, papugi pijane, a postaci były normalnymi dobrze wyglądającymi facetami. Gdyby w epilogu tej sytuacji nie pojawiła się dziewczyna w lnianej sukience, w ogóle nie byłoby sprawy. Ale pojawiła się. Zamówiła kawę. Najkrótszą na świecie kawę. I odeszła bóg wie gdzie. Moon wprawdzie tym razem podniósł się i chciał za nią pobiec, ale potknął się. I wpadł w czyjeś ramiona. To były ramiona Johna Hunta. Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

Następnego dnia John był naprawdę w porządku. Podał Moonowi jogurt wymieszany z wodą mineralną i cytryną, ułożył na skroniach zimny kompres i nie odezwał się ani słowem. Wyszedł bezszelestnie pozostawiając chorego w niesystematycznych rozmyślaniach, które głównie krążyły wokół jednej kwestii: czy to co myśli, że było to było czy też było coś, o czym nie myśli.Po dobrych czterech godzinach Moon odważył się wyjść na taras. Słońce chowało się za bure chmury i wiał coraz mocniejszy wiatr. Nie minął kwadrans kiedy nadeszła burza. Moon w dalszym ciągu tkwił nieruchomo na tarasie, nagi i niezbyt pewny swojej tożsamości. Burza odeszła tak niespodziewanie, jak się pojawiła. Znowu zaświeciło słońce, a on stał nieporuszony, daleki od jakiejkolwiek konkluzji.

Przez trzy dni nie wychodził z domu. Pisał listy, których nie ważyłby się nigdy wysłać, słuchał trzeszczących płyt z piosenkami Sinatry, parzył mocną herbatę, której - w końcu - nie wypijał. Kiedy pomyślał, że trwa to już chyba ze dwieście lat, był prawie pewien, że dwieście lat to nic. I wreszcie, jak gdyby nic się nie wydarzyło, w każdym razie nic takiego, co mogłoby skłaniać do tezy o pomieszaniu zmysłów, wyciągnął z szafy biały garnitur, starannie wyczyścił mokasyny i skropił skronie wodą toaletową, a po pokoju rozszedł się zapach, który sprawiał, że chciało się być.

O tej porze John Hunt zwykł był wypijać filiżankę kawy z likierem pomarańczowym w kolonialnym barze położonym tuż nad Mango Bay. I tym razem nie było inaczej. John nie ukrywał zadowolenia zobaczywszy Moona w dobrej formie, z manierą elegancji i nutką nostalgii w oczach. Od razu też zadbał, aby podano mu szklankę imbirowego piwa. Siedzieli patrząc na zatokę, delektując się jej spokojem i słonawą bryzą. Prawie się nie odzywali. Wydawało się, że będzie to trwać w nieskończoność, kiedy nagle Moon przechylił się w stronę Hunta i syknął:
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz?

Hunt odruchowo odchylił się do tyłu i zastygł zaskoczony. Jego twarz przybrała barwy minestrone z kiepskiej restauracji na przedmieściach Neapolu. Trwało to wszystko jakiś czas, po czym Hunt zebrał się w sobie i przełykając ślinę próbował powiedzieć coś składnego. Mniej więcej wyszło z tego to:
- Ależ, przyjacielu, no ja nic, ja tylko sobie tu siedzę. A jeśli myślisz, że ja jestem nie tego, to przecież nie tak, bo że z kuzynkami niby? Myślałem, że my, Europejczycy, możemy się tu zabawić, ale jeśli ty nie, to ja naprawdę, naprawdę nigdy nie miałbym śmiałości. Trochę się nudziłem, a ty i twoje wykształcenie, ogłada, no rozumiesz... To nie podobało ci się? Jezus Maria! - w tym miejscu Huntowi zabrakło argumentów, a nie wystarczyło wzburzenia. Wobec czego przedstawiał widok żałosny. Jak gacie ściągnięte do połowy.

Tymczasem Moon położył mu rękę na ramieniu i choć zacisnął ją pewnie zbyt mocno, na jego ustach rozkwitł uśmiech najniewinniejszy, sztubacki, operetkowy.
- Hunt, do cholery, co się z tobą dzieje. Żartowałem.

Wieczór spędzili w domku zamieszkiwanym przez kuzynki Hunta. Dla porządku Timi i Dorothy, szampan, ostrygi i pojednanie. Wydawało się, że Dorothy jest kompromisem zawartym przez naturę ze zrezygnowanym rozumem. A jednak, gdzieś około trzeciej nad ranem, kompromis spojrzał swoimi niebieskimi oczami w szare oczy Moona i przemówił nie tak, jak można się było po nim spodziewać:
- Bądź jutro o dziesiątej w przystani. Chcę ci coś pokazać. A teraz idź już. Będę zachwycona jeżeli będziesz przytomny.
- A co chcesz mi pokazać? - zapytał Moon w konwencji rozprawy o naiwności.
- To, co chcę - odparła dziewczyna nie dbając o konwencję. Widocznie miała na uwadze kaprys. Moon właśnie zdobywał się na koncept, gdy zobaczył zamykające się za nią drzwi. I nie było już nic. Aż wybiła godzina dziesiąta następnego dnia.

Dorothy wyglądała inaczej niż poprzednio. Miała na sobie lekki pastelowy kostiumik Dolce & Gabbana, a przede wszystkim fotochromatyczne okulary tej samej marki. Prezentowała się rewelacyjnie, a z rozchichotanego podlotka nie pozostał nawet ślad. Cóż, kobiety znacznie częściej korzystają z dobrodziejstw lub przekleństw kameleonowych rekwizytów nowoczesności. Albo ponowoczesności, jak kto woli.

Przespacerowali się po porcie wymieniając grzeczności w stylu jak najbardziej europejskim. Po czym zamówili w barze najbardziej standardowe espresso, wodę mineralną bez gazu i krakersy.
- John mówił, że jesteś dziennikarzem...
- Owszem, ale chwilowo staram się o tym zapomnieć.
- Udaje się?
- Udaje się, ale nie tak, jak chciałem. Zupełnie inaczej niż chciałem. A ty, Dorothy, czym się zajmujesz, kiedy nie jesteś kuzynką Johna.
- Ja? Ja jestem kuzynką Johna Hunta. - roześmiała się Dorothy, ale po chwili dodała:
- Naprawdę jestem jego żoną...
Moon niemal zakrztusił się krakersem.. A kiedy jego oczy wróciły na swoje miejsce, Dorothy zaczęła mówić dalej:
- To nasza podróż poślubna. Poznałam Johna na przyjęciu dwa miesiące temu. Przyjaciółka powiedziała, że prowadzi bardzo ekskluzywną kancelarię adwokacką, jest interesujący i nadzwyczajnie nadziany. Właśnie skończyłam studia, antropologię, i pomyślałam, że taki ustawiony facet mógłby mi pomóc w kontynuowaniu moich prac. Przez ostatnie dwa lata zajmowałam się teatralnymi wizerunkami śmierci w społeczeństwach androgynicznych. Trochę się koło niego zakręciłam, zaprosił mnie na kolację, raz i drugi i wkrótce zaproponował mi małżeństwo. Nie było mowy o uczuciu, nawet z nim nie spałam. Po prostu powiedział, że jest mu to potrzebne, że zapłaci mi dwieście tysięcy dolarów, a po roku załatwi sprawnie i szybko rozwód. Byłam zszokowana, ale te pieniądze były mi potrzebne, więc spytałam czego ode mnie oczekuje. Powiedział, że nie chce wiele, że mam zostać jego żoną, ale wyjedziemy w podróż z moją przyjaciółką Timi, że będzie nas przedstawiał jako swoje kuzynki i trochę się zabawimy. Byłam podejrzliwa, ale on podpisał dokumenty rozwodowe i wręczył mi je wraz z czekiem na połowę sumy. Prosił, żebym o nic więcej nie pytała i wyjaśnił, że jeśli mi się nie spodoba, w każdym momencie mogę dokumenty przedstawić sądowi. Jeżeli małżeństwo nie potrwa pełnego roku, nie dostanę drugiej połowy pieniędzy. To wszystko, panie Moon. Dziwna sprawa, nieprawdaż?
- Z pewnością dziwna, ale dlaczego mi to wszystko opowiadasz?
- Czy wiesz dlaczego James Bond jest taki męski?
- Na pewno dlatego, że daje w pysk wtedy kiedy należy dać w pysk i uśmiecha się do kobiet wtedy, kiedy trudno o uśmiech. Ale to raczej nie ma nic do rzeczy...
- Ma. Bonda stworzyły kobiety. Bez ich zachwytu byłby lalusiem z kiepską techniką karate.
- Błędne koło, moja pani. Czy nie mam racji?
- Miałbyś. Gdyby kobietami rządziła logika.
- A nie rządzi?
- Rozczarowujesz mnie. - kokieteryjnie skonstatowała mrużąc oczy. - Kelner! Wódka z Martini dla pana. Wstrząsany, nie mieszany.

I gdy słynny drink stanął na swoim miejscu, a słońce zbliżyło się do zenitu nie mając pojęcia o aromacie toskańskich ziół i destylacji dzięki której świat, a nawet kosmos jest do wytrzymania, Moon spojrzał na mały artykulik wycięty z gazety. Dorothy położyła go na szklance z napojem.








ŚMIERĆ MA NA IMIĘ ANGEL

Greenwich Village. Sobota. Godzina przed północą. Party w klubie Americans. Wszystko to, czego się spodziewacie. Artyści pijący odrobinę za dużo niż bardzo dużo, trzeźwe uśmiechy gejów, wysokie obcasy i rozcięcia w sukniach biegnące od zmierzchu w stronę nieubłaganego świtu, rozmowy napięte pomiędzy pustką a Mahlerem, płyta Moody Blues. Siedzę głęboko wciśnięty w klubowy fotel i myślę to, co wy. Więc to, że malarze uprawiający sztukę spod znaku ogona zamyślonego osła, zarabiają zbyt dużo, że pisarze zniekształcający fabułę do bólu, cytujący własne przemyślenia na temat wywodów, które spływają po czytelnikach jak wywody dotyczące odchodów, mają zbyt wysokie mniemanie o sobie, że marszandzi i wydawcy mają w dupie wrażliwość, ale są w dobrej komitywie z gustami pism dla kobiet czytanymi głównie przez zniewieściałych mężczyzn opuszczonych przez kobiety, najzupełniej z istotnych powodów. I myślę to sobie wszystko popijając najbardziej darmową trzcinówkę i przysłuchuję się temu, co słyszę bo za każdym banałem może tkwić jakaś niespodziewana historyjka, z której ja żyję dlatego, że wy się jej nie spodziewacie, bo jest bombą, intrygą albo sfaulowaną kaczką dryfującą po basenie opasłego dobroczyńcy. Tymczasem nic z tego. Zwyczajny farsz i uśmiechy przyprawiające o zmarszczki. I nagle spod tego nic nie znaczącego szeptu, wydobywa się dialog, dzięki któremu żyję ja, a wy nie wysłuchujecie kolejnej relacji o niczym. Posłuchajcie:
- Musi być sam. Musi być północ. Musi być pogodna noc...
- Nie uważa pan, że to przesada? To nie jest poemat.
- Oczywiście, że to jest poemat. Ja go piszę. I płacę żeby był w takim kształcie.
- To będzie dużo kosztowało.
- Niech kosztuje dużo. Więc do rzeczy. Muzyka. Dam ci płytę z nagraniem Tony Scotta „Love in Davos”.
- A jeśli nie ma adapteru?
- Ma. Stary dobry adapter. On jest konserwatystą. Lubi szmer czarnych płyt. Ktoś, kto to zrobi powinien wyszeptać:
„Odeszła i przez wiele dni, z jesienną niepogodą,
Nad wyobraźnią panowały moją,
Przez wiele dni, całymi godzinami:
Jej włosy przez ramiona, jej ramiona z kwiatami.
To nie do zrozumienia jak żyć mogli z sobą.
Gdybym się wyzbył jednej pozy złudnej.
Te rozmyślania ciągle jeszcze niepokoją
Skłóconą północ i senne południe.”
- Pan jest szalony.
- Jeżeli jest coś takiego jak szaleństwo... W każdym razie ona musi wbić mu sztylet prosto w serce. Wcześniej niech pocałuje go w usta. Długo i namiętnie.
- Ona?
- Tak. To ma być piękna kobieta. Prawdziwy, najprawdziwszy anioł.
Wydaje mi się, że pamiętam twarze obydwu mężczyzn. Ale nie wiem, czy bym ich rozpoznał. Jednak mniejsza o nich. Wystrzegajcie się Greenwich Village i aniołów. Dobrze wam radzę.
M.

Moon spojrzał na Dorothy, której spojrzenie przeplatało się z refleksami słońca.
- To mój felieton. Taka sobie impresja. Napisałem takich dziesiątki.
- Ale historia jest autentyczna.
- Jest. Co to ma do rzeczy?
- Spójrz na to - Dorothy położyła przed nim kolejny wycinek.

ZBRODNIA DOSKONAŁA

Wczoraj o północy, w swojej willi na St. Veit został zamordowany ekscentryczny marszand Jerry Dont, znany jako Tutu. Śmierć nastąpiła po zadaniu ciosu nożem w serce. Policja nie znalazła żadnych śladów. Nic nie wskazuje na obecność obcej osoby w willi Tutu. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że żona Tutu była w domu w momencie popełnienia morderstwa. W chwili jego dokonania przebywała w pokoju na piętrze i udzielała na żywo wywiadu stacji radiowej Colour Sounds w nocnym programie Midnight Talks. Jej alibi nie podlega dyskusji. Śledztwo jest w toku.

- Ja naprawdę nie pamiętam twarzy tych facetów. - wycedził Moon.
- Wiem. Jedna z nich należy do Hunta. Rozumiesz?
- Boże! - jęknął Moon. - On mnie sprzątnie. I to nie normalnie, po cichu, ale jak zboczony francuski markiz. Pewnie od dawna drepcze mi po piętach.
- To jest skomplikowana natura.
- Nie przesadzaj. Ale dlaczego ty się narażasz? - zapytał tak, jakby to był właściwy moment na zaspokojenie męskiej próżności. No cóż, może miał rację?
- Bo moja natura nie jest skomplikowana.

W porze, kiedy ludzie rzucali najkrótsze cienie John Hunt siedział na zapleczu sklepu z koralami popijając cienką herbatę. Za jego plecami stała słodka Timi i zajmowała się tym, co robią takie kobiety, kiedy nie zajmują się nimi mężczyźni. Nudziła się i dąsała. Równocześnie. John czekał na właściciela sklepu i to czekanie zaprzątało całą jego uwagę. A kiedy się skończyło, po upływie niespełna dwóch kwadransów, był nawet trochę rozczarowany. Wyciągnął z kieszeni białej płóciennej koszuli zwitek banknotów i położył je na zmęczonym stoliku epoki przedkolonialnej. W zamian otrzymał granatowe pudełeczko, którego nie powstydziłby się żaden sklep na zmierzłej Banhoferstrasse. Kiedy, parę godzin później, otworzył je, zobaczył to, czego oczekiwał: srebrno złoty splot z maleńkim oczkiem. Oczko mrugało wieloznacznie i uwodzicielsko. Ktoś kiedyś dał mu na imię Babilon. Hunt uśmiechnął się do niego, zamknął pudełko, schował do kieszeni i wyszedł pozostawiając Timi pod prysznicem. Była pora sjesty. Powietrze stało w miejscu.

Dziewczyna siedziała w swoim kramiku z pocztówkami. Z radia sączyła się Europa Santany, a ona bawiła się kosmykiem swoich jasnych włosów. Może czekała, a może nie czekała. Kiedy nagle zjawił się Hunt spojrzała na niego z roztargnieniem, jakby nie wierząc, że właśnie teraz ktoś może zechcieć kupić cokolwiek. On jednak wybrał parę pocztówek, które zapakowała w firmową kopertę. Gdy odebrał resztę z dziesięciu dolarów, podał jej granatowe pudełko. Po czym zniknął tak niespodzianie, jak się pojawił. Zrobił to tak, jak każdy, kto chce zrobić wrażenie.

Dziewczyna uchyliła wieczko i zaraz je zamknęła. Z przenośnej lodówki wyjęła pudełko z truskawkami. Była smutna. Trochę jak Paryż w styczniu. Paryż w styczniu jest bezlitosny.

Tego samego dnia wieczorem Moon siedział w barze w marinie. Swój strach popijał rumem, a czym bardziej go popijał, tym bardziej robił się odważny. Ale strach powracał. Co raz rozciągał w jego
brzuchu swoją czarną pelerynę, gestem teatralnie zamaszystym. Jeszcze minie parę dni i parę nocy, zanim Moon nauczy się go witać gwizdem lub oklaskami. W końcu poznają się na tyle dobrze, że będą wiedzieli o sobie może nie wszystko, ale wystarczająco dużo, żeby patrzeć sobie uważnie w oczy. I nigdy, ale to nigdy, nie wierzyć oczom.

Moon ma to, czego pragnął. Samotność. Timi i Dorothy nigdy już nie spotka w swoim życiu. Spędza czas wpatrując się w Morze Sargassowe, które uczy go cierpliwości. Ale jednak, pewnej nocy, na plaży, spotyka Hunta. Stoją w niewielkim oddaleniu. Nie więcej niż dziesięć metrów. Po kwadransie milczenia Hunt proponuje wspólnego drinka. Moon nie mówi nic. Więc idą wprost do najbliższego baru. Tam spędzają razem trzy godziny pijąc tequillę i nie zamieniają ani jednego słowa. Około drugiej nad ranem dosiada się do nich znana już dziewczyna w lnianej sukience. Jest nie tylko doskonale piękna, ale na jej szyi migocze najpiękniejszy kamień tej strony świata. Hunt przedstawia ją Moonowi:
- To jest Angel.
- Cześć Angel. Nazywam się Moon.
- Cześć - odpowiada dziewczyna, ale patrzy tak, jakby nic nie widziała. Moon jest przekonany, że w jej oczach błyszczą łzy.
- Jestem tutaj prawie pół roku, ale nigdy nie widziałem tak pięknej kobiety - komplementuje Moon - Wiesz, John, wynająłem nie najgorszą łajbę. Jest zacumowana na zachodnim wybrzeżu. Spotkajmy się jutro o piątej. Coś sobie wyjaśnimy, a potem zobaczycie, że nauczyłem się tutaj świetnie przyrządzać langustę. Przecież mam wobec ciebie dług
Hunt przegryza wargę. Ale w końcu zgadza się:
- O.K. Ale nie próbuj jutro opuścić wyspy. W ogóle nie próbuj niczego. Angel, będziemy jutro o piątej, prawda?
- Tak. - odpowiada dziewczyna, a łza spływa jej po policzku. - To z niewyspania - dodaje.

Poranek nie był wyjątkowy. Być może Moon zamienił parę słów więcej z Mulatem przynoszącym mleko kokosowe.

- Seňor? Czy Pan ma gorączkę?
- Nie, ależ skąd. Tylko ten upał. Mniejsza o to. Jak poszło?
Zamiast odpowiedzi ujrzał ciemną, zaciśniętą piąstkę z kciukiem skierowanym ku niebu.
- Chwała Bogu - wyszeptał Moon i podał chłopcu zwój banknotów. Tamten gwizdnął z zadowoleniem i pokazał w uśmiechu dwa rzędy bialutkich zębów.
- Jakby jeszcze coś trzeba było, to Seňor wie gdzie mnie szukać.
- Nie będzie trzeba.

Moon wraca do Europy. Zanim znajdzie się na lotnisku, postanawia wysłać jedną pocztówkę stąd. Do kogokolwiek. Każe taksówkarzowi zawieźć się do kramiku na plaży. Gruba murzynka wydaje się, że odgaduje jego życzenie. Podaje mu pocztówkę: Morze Sargassowe widoczne stąd o tej porze, czyli to, co widzi. Jest zaadresowana.
- Przepraszam, czy pani wie jak można odnaleźć dziewczynę, która pracowała tu przed panią?
- Julia? Przecież właśnie pan do niej chciał napisać, stąd ten adres. Dużo o panu opowiadała. A co do tego Hunta, dobrze pan zrobił. To był śmieć.


Pada gęsty śnieg. Skrzą się chodniki, ludzie szczelnie opatuleni walczą z wiatrem i kiedy dają za wygraną giną w kuluarach oświetlonych okien wystawowych lub raczą się grzanym winem przy drewnianych budkach, gdzie ustawiono koksiaki lub lampy promieniujące ciepłem. Jest wigilia Bożego Narodzenia.. Barbara i Max przekładają kubki z ręki do ręki próbując je ogrzać. Właśnie skończyli sprawunki i torby z wiktuałami na kolację spoczywają w kopnym śniegu. Nie, to nie jest miłość, ale Barbara postanowiła spędzić te święta w licznym gronie, choć cichym, dającym skąpe sygnały potwierdzające istnienie. Teraz mówi do mrukliwego metafizyka, który będzie wkrótce gospodarzem: Max, wiem, że jesteś zmęczony całym tym przedświątecznym szaleństwem, ale chciałabym jeszcze znaleźć jakiś stosowny prezent dla mojego, hmm, przyjaciela, chyba tak. Spróbujemy? Max przytakuje, bo niby dlaczego nie. I odwiedzają jeszcze dziesiątki sklepów i Barbara nie znajduje nic stosownego. Wreszcie on radzi, żeby wstąpić do sklepu z antykami. Malutki magazyn po drodze na cmentarz. Kiedy wchodzą, okazuję się, że jest to biedny lamus z tysiącem zmarniałych bibelotów. Oglądają zegary, które biją nie w porę, porcelanowe laleczki, dziurawe parasole, syfony bez gazu, tępe bagnety, poczerniałe srebrne papierośnice. Wszystko wskazuje na dawne życie. Max może czuć się jak u siebie, ale Barbara nie znajduje niczego stosownego. Postanawiają zapytać subiekta, który siedzi w głębi sklepu i ani myśli zachwalać lub doradzać. Całkowicie pochłania go pisanie. Kiedy stają przed nim, rzuca oschle pięć minut i skończę, proszę usiąść. Zajmują miejsca na starym szezlongu. Milczenie nie jest kłopotliwe, wypełnia go bez reszty skrzypienie stalówki. I nagle błysk o oku Barbary mówi, że już dokonała wyboru, Więc kiedy sprzedawca odkłada pióro, ona mówi;
- Wesołych świąt. Chciałabym kupić ten staroć, na którym pan pisze raport kasowy.
- Nie piszę raportu kasowego, proszę pani, ponieważ nic nie sprzedałem, a jeśli ma pani na myśli to biurko, to nie jest na sprzedaż. To moje biurko.
- Ile ono jest warte, proszę powiedzieć.
- Nie wiem, proszę pani, tylko przy nim piszę.
- Puste raporty kasowe?
- Nie. Takie sobie opowieści.
- Dam panu pięć tysięcy.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale też bez najmniejszej zachęty do dalszej rozmowy. Tym razem zapadła kłopotliwa cisza, którą niespodziewanie przerwał Max:
- Co pan robi dzisiaj wieczorem?
- Nie rozumiem
- Co pan robi dzisiaj wieczorem
- Nie wiem, a jakie to ma znaczenie?
- Bo jeśli pan nie ma żadnych szczególnych planów, to jest u mnie stół, przy którym mogą zasiąść trzy osoby i tam dokończymy rozmowę, bo wydaje się nie mieć końca, choć chcielibyśmy, żeby miała. Niech pan zamknie tę budę i idzie z nami.
- To jakoś nie tak
- No już, bez ceregieli, mamy trochę pracy

Po godzinie przygotowań, którymi dyrygowała Barbara, stół wyglądał okazale. Szczególnie błękitny pstrąg, przyprawiony jałowcem, podlany holenderskim sosem, marsylska zupa rybna, łazanki zapiekane z makiem, oblane śmietaną i ciasteczka z migdałami. Do tego wszystkiego butelka białego wytrawnego Porto i księżycówka Maxa. Trzy różne światy spotkały się przy tym stole i nadzwyczajnie się zharmonizowały. Noc płynęła anegdotami i opowiastkami, iskrzyła się śmiechem i życzeniami. Nie zabrakło też rozmowy o biurku. Subiekt wysłuchawszy historii Keanu postanowił Barbarze dać biurko w prezencie i już trzy dni później ładowano przesyłkę do samochodu, a później na statek, bowiem miało do przebycia nie lada drogę. Już dobrze po północy Barbara zapytała subiekta co to są „takie sobie opowieści”.
- Takie sobie opowieści to takie sobie opowieści. Skracam sobie czas spędzany w antykwariacie wymyślaniem różnych historii.
- A co pisał Pan dzisiaj, kiedy zawitaliśmy w lamusie?
- Taką sobie bajeczkę. Nawet nie wiem, jak ją nazwać.
- Proszę przeczytać. Może wspólnie znajdziemy tytuł.
- Nie chciałbym zanudzać...
- Proszę natychmiast czytać.

Subiekt wyjął z kieszeni płaszcza niestarannie poskładane papiery, założył okulary, przeprosił, że lektura nie będzie płynna, bowiem sam ma trudności z odczytywaniem własnych kulfonów. I zaczął czytać swoim chrapliwym głosem:

Był sobie chłopak imieniem Karol, miał szesnaście lat i żył w miasteczku, którego nazwy nikt już sobie nie przypomina, bowiem miasteczko nie zostało dotknięte ani baśnią, ani historią. Co nie znaczy, że było zwykłym miastem. O nie.

Karol od siódmego roku życia był sierotą. Jego rodzice, ich dusze i ciała, opuścili niegościnną ziemię bez własnej woli i bez wyraźnych chęci, z rozkazu losu w czasach epidemii nieznanej choroby, o której medycy mówili, że pojawia się bez najmniejszego uzasadnienia i takoż znika. Rzecz jasna, mówili tak, bo nie mieli nic innego do powiedzenia. A jeszcze mniej do zaradzenia. Dość, że za rację mieli rację ostateczną. Ta jednak nie mogła obchodzić Karolka, bowiem w jego wieku często miewa się przekonanie, że życie trwa wiecznie. Choć nie trwa. Wiedziała o tym jego babka, która opiekowała się nim przez następne siedem lat, póki nie zasnęła na czas bliżej nieokreślony, może wieczny, pozostawiwszy mu w spadku piszczącą aż do bólu biedę i bogactwo w postaci jednopokojowego mieszkanka na drugim piętrze czynszowej kamienicy, zardzewiałego imbryka, dwóch puszek angielskiej, naprawdę niezłej herbaty i pełnej półki słoików poziomkowej konfitury będącej pociechą, a czasami ozdobą kromki żytniego chleba.

Od dwóch lat był więc Karol osobą samodzielną, w pewnym sensie, dorosłą. Jak tysiące sierot, nie mógł chodzić do szkoły, czego zazdrościli mu rówieśnicy pakujący co dzień swoje tornistry. Zamiast starannej edukacji, odbierał lekcje w sklepie kolonialnym, gdzie od świtu do wieczora przenosił wielkie paczki, które po rozpakowaniu pachniały cynamonem, wanilią i kakao. Praca ta nie przynosiła ani chluby, ani skromnych choćby oszczędności. Był to trud tragarza pozbawiony nadziei na lepszą przyszłość w postaci posady subiekta, a to ze względu na młody wiek Karola i jego surową powierzchowność, którą nie zjednywał sobie sympatii pryncypała. Pędził więc żywot monotonny, pogrążony w młodzieńczej melancholii nie dopuszczającej porywów serca i do porywów serca tęskniącej.

Tamtego dnia, a była to Wigilia Bożego Narodzenia, zakończył pracę później niż zwykle. Układał na półkach opróżnione do reszty skrzynie, gdzie na dnie mieszał się słodki i korzenny zapach dalekich krajów z rześkim powabem morskiej soli, która osiadała na okuciach i przypominała o dystansie dzielącym ten świat od bajecznych krain widniejących na kolorowych rycinach zdobiących witrynę sklepu. Gdy wreszcie targał ostatnie pudło na najwyższy regał zauważył, że do ścianki przykleił się soczysty daktyl. Skwapliwość subiekta rzadko zwykła była pozostawiać tego typu prezenty. Tym razem, pomyślał, tropikalny owoc będzie stanowił ozdobę wigilijnej wieczerzy, którą -jak łatwo się domyślić - spożyje sam.

Gdy wracał do domu, ulice były puste, a rozpalone okna kusiły ciepłem i dodatkiem mnóstwa wszystkiego. Wystawione lampki i świeczki zapraszały zagubionych wędrowców, których nikt się nie spodziewał. A jeszcze mniej chciał widzieć u siebie. Przyklejone do szyb twarze dzieciaków wypatrywały świętego Mikołaja. Ten, co prawda, nie zwykł się pokazywać, ale nocą zostawiał pod magicznymi drzewkami paczki z zabawkami i łakociami. Karol ani myślał, aby uwierzyć w świętego Mikołaja, choć koło północy zwykł gasić światło w swoim maleńkim mieszkanku i z filiżanką chłodnej herbaty zasiadał na parapecie i wpatrywał się w puste niebo, gdzie nieodmiennie nie zjawiał się pojazd zaprzężony w renifery i nie grała dzwoneczkami orkiestra skrzatów. Skrzypiały tylko nienaoliwione wrota sfer niebieskich i zasypywały iskrami gwiazd wygwizdów ojca niebieskiego. Gdy budził się rano, był zmarznięty, a mróz zdążył wypisać na szybie świąteczne pozdrowienie. Ubierał wtedy szarą kominiarkę i dziurawy szalik i szedł przed siebie przygrywając do taktu szemraniem świeżego śniegu. Odwiedzał najwierniejszych przyjaciół, rozbudzone zimowe ptaki i uśpione niewidzialne motyle. Zjadali razem uroczyste śniadanie, szron i parę haustów siarczystego powietrza. I razem się weselili, ile tylko mogli.

Karol rozpalił w piecu, postawił imbryk z wodą, a do dzbanuszka wsypał szczyptę maczanych w bergamocie liści herbaty. Czekając na wrzątek, odkroił ze świeżego chleba dwie grube pajdy, wyciągnął słoiczek z konfiturą, a ze starannie zwiniętej chusteczki wyciągnął zachęcającego daktyla. Po kwadransie zasiadł do wieczerzy. Nie życzył sobie wiele i starannie podzielił się opłatkiem. W końcu sięgnął po egzotyczny owoc, gdy do drzwi rozległo się ciche, lecz stanowcze pukanie. Karol nie tylko nie spodziewał się nikogo, ale spodziewać się nie mógł. Przez chwilę zastygł w oczekiwaniu i wydawało mu się że to rodzice wracają z rynku taszcząc w koszu pachnące kołacze, bakalie i malowane zabawki na świeżutką jedlinę. Wiedział przecież, że zmarli są powściągliwi w składaniu wizyt, jak gwiazdy i komety, które rzadko przemierzają widoczną dla ludzkiego oka drogę i zanim zdąży się pomyśleć życzenie, znikają pozostawiając ciemny szlak, gdzie nawet po omacku nie sposób się poruszać. Jakkolwiek pukanie się powtórzyło. Tym razem szybsze i bardziej natarczywe. Więc już niewiele myśląc, podbiegł do drzwi i otworzył. W progu stał słusznej postury jegomość w zszarganym ciężkim płaszczu, może nie tyle czerwonym, co brunatnym. Włosy miał siwe, długie i potargane, brodę rzadką, srebrną, choć z pewnością nie przyklejoną. Policzki wydatne, jak szklane bombki, zsiniałe od mrozu. W ręce trzymał wór, który choć pusty, zdawał się mu ciążyć. Jednym słowem przypominał wiadomo kogo. Na domiar wszystkiego, jego głos brzmiał tubalnie i nierzeczywiście:
- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że mnie poznajesz. Wstąpiłem tylko na chwilę. – zagaił gość, ale Karolek stanął jak wryty i wydawało się, że nie wydobędzie z siebie głosu, więc tamten kontynuował – Nie chciałbym tak stać w progu. O ile się nie mylę, masz na imię Karol, więc Karolu, chciałbym się ogrzać. Na dworze zimno i zadymka. Może byłbyś tak miły?
- Zimno, to prawda. Ale śnieg dzisiaj nie pada, a i wiatru nie ma.
- Bzdura. Zawsze, kiedy przychodzę jest zadymka – żachnął się okrągły jegomość, a Karol instynktownie odwrócił się w stronę okna i ze zdziwieniem spostrzegł w świetle latarni szalejącą za oknem zawieruchę. Zaraz też wpuścił gościa i nie omieszkał zapytać:
- Czy napije się pan herbaty?
- Z przyjemnością. A czy masz, Karolku, coś do herbaty?
- Cóż, prawdę powiedziawszy mam tylko konfitury no i... – tu spojrzał, nie bez żalu, na daktyla.
- Och, świetnie, daktyl – rozrzewnił się nieznajomy, po czym wsadził owoc do bochenkowatej gęby i powoli przeżuwał, a kiedy skończył, skonstatował: - W zasadzie myślałem o czymś mocniejszym. Ale skoro nie, to znajdę coś u siebie.
Tu wyjął zza pazuchy całkiem pokaźną butelkę portorykańskiego rumu i zanim Karol zdążył nalać herbaty, pociągnął łyk i rozsiadł się w twardym niewygodnym krześle.

- Miło tu u ciebie. Czy i tobie mogę dolać parę kropel do herbaty? – nie czekając na odpowiedź odmierzył łyżeczkę aromatycznego płynu. Do swojej filiżanki dodał wielokroć więcej – Więc pijmy, póki gorąca. Onieśmielony i podejrzliwy gospodarz przyglądał się w milczeniu, a korzenna herbata rozgrzewała ciało i duszę. Postanowił, że zagada do gościa, ale zbyt długo zbierał się na koncept, gdy tamten niespodziewanie znalazł się przy oknie i oznajmił:
- Niestety, obawiam się, że nie będę mógł dłużej korzystać z twojej gościnności. Muszę się rychło zbierać. Jeżeli pozwolisz, jeszcze cię kiedyś odwiedzę. Tymczasem znikam. Wesołych świąt, Karolu.

Gdy Karol odwzajemnił pozdrowienie, jegomościa już nie było. Zniknął szybciej niż się pojawił. Z ulicy dobiegł hałas, pośpieszne kroki, zdławione pokrzykiwania i coś jakby dźwięk pozytywki. Karol zdmuchnął świece i przysunął nos do szyby, ale dostrzegł tylko znikające za rogiem wydłużone cienie. Usiadł i dopił herbatę. Coś sobie próbował wytłumaczyć.

Kiedy się obudził, zegar wybijał godzinę jedenastą. Drzemał dobrze ponad godzinę. Nie miał jednak najmniejszej ochoty położyć się do łóżka. Wszak była to wigilijna noc, która rozpoczęła się niezwyczajnie i nie wiadomo, jak się zakończy. W piecu dogasał ogień, z zewnątrz dochodził wesoły śpiew. Karol pomyślał, że dobrym pomysłem byłby spacer ulicami świętującego miasta. Włożył zmitrężone palto, dopił ostatni łyk wigilijnej herbaty niespodziewanie zaprawionej nieznanym trunkiem i wybiegł przed kamienicę. Świeży, głęboki śnieg pstrzył się srebrzysto-granatowymi gwiazdeczkami. Na chwilę przymknął oczy i już zamierzał ruszyć w miasto, gdy dojrzał w śniegu lśnienie bardziej migotliwe od innych, świecące innym blaskiem, złocistym. Sięgnął ręką i podniósł ze śniegu monetę, która wcale a wcale nie była mirażem, lecz solidnym pieniądzem, bitym ze szlachetnego kruszcu. Jej wartość była niebagatelna i imponowałaby nawet subiektowi. Tym bardziej ochoczo ruszył przed siebie i pomyślał, że tej nocy wszystko jest nowe. Co przecież jest istotą tej nocy.

Wypogodziło się na dobre. Księżyc i gwiazdy odbywały magiczną wędrówkę. Karol raźno maszerował z wysoko uniesioną głową i spoglądając co raz w niebo przypominał sobie, jak babka opowiadała, że w wigilijną noc gwiazdy pieką ciasto makowe dla księżyca. Jeśli mu dogodzą, a jest podobno wybredny, jak mało kto, pozwala im świecić całą noc, a nierzadko nawet po nadejściu Słońca, jego brata, gdyż ma w zwyczaju częstować go smakowitym ciastem. Ludziom to nie przeszkadza, bowiem tego dnia śpią dłużej i jest im obojętne, co się dzieje świtem na niebie. Jeśli jednak ciasto okaże się zakalcem, lub też nocne kucharki poskąpią mu migdałów lub rodzynek, wtedy Księżyc kruszy makowiec i karmi ptaki. Czasami nocą można usłyszeć, jak resztki maku dzwonią o parapety. W końcu zakrywa niebo pierzastymi chmurami i zasypia. Podobno też niektórzy żeglarze, którym los kazał spędzić wigilijną noc w morzu, nie chcą zdać się na kulinarne talenty gwiazd, sami pieką wyborne ciasto i jego połowę zanoszą na bocianie gniazdo. W ten sposób zapewniają sobie dobrą pogodę i błogi czas na ucztowanie. Kiedy Karol wpatrywał się w niebiańską kuchnię, pozazdrościł Księżycowi. Dawno nie jadł makowego kołacza. Właśnie przechodził mimo gospody, prawie ją minął, gdy przypomniał sobie o szczęśliwej monecie. Tak, tym razem nie musi obejść się smakiem. Zawrócił i pchnął ciężkie drewniane drzwi.

Gospoda Pod Niebieskim Piernikiem nie była najbardziej przyzwoitym szynkiem w mieście, a ale z pewnością najstarszym i – mimo gości różnego autoramentu – nie wzbudzała oburzenia. Kiedy zamknęły się podwoje, Karola ogarnęło ciepło pulsujące żarem z kominka, nasycone zapachem grzanego wina z korzeniami i fantastycznych potraw płynących na wzniesionych rękach madonny, jaką jest dla opilców i obżartuchów gospodyni tego wątpliwego raju. Wnet przekonał się, że pełno tu ludzi wolnych familijnych związków lub związki te mających za nic. Próżno jednak było szukać melancholii, zgryzoty czy przygnębienia. Obok zdumiewającego, zdobionego ametystami kominka, zasiedli dwaj muzykanci, skrzypek i cytrzysta. Przygrywali skocznie i melodyjnie wprowadzając nieco porządku do panującego tam tumultu i rozgardiaszu. A było pod tym gościnnym dachem prawie wszystko, co natura stworzyła na podobieństwo rodzaju ludzkiego, a to – dla przykładu – dwie łachudry zasiadające przy stole tak obłożonym półmiskami, iż zdawało się, że to kulinarna wieża Babel, bo nie dość, że wspinała się wysoko, to prócz sandacza w winie, był tam i rosyjski kulebiak z łososiem, i czeskie gołąbki, a nawet czekolada po francusku. Nikt Panu Bogu w okno nie zaglądał, bo był w tym głównie wzniosły zamiar spasienia duszy, a by nigdzie nie mogła ulecieć. Pod oknem siedziało całkiem wytworne panisko trzymając w ręku kufel korzennego, gorącego dymu, wywracało oczami szukając po izbie dziewuchy, która mogłaby dotrzymać mu towarzystwa. Albo szukał ten jegomość czegoś zgoła innego, bo przecież nigdy nie wiadomo, co w człowieku siedzi. Czterech papuzio odzianych młodzieńców grało w karty, ale można przysiąc, że żaden nie wiedział, co to za rozdanie i jaka stawka. Dość im było, że karty dorzucali z przytupem i takoż podnosili kielichy napełnione winnym miodem. Wieczny żart siedział pod ich stołem. W najciemniejszym kącie siedziało dwóch dżentelmenów w czarnych surdutach. Zachowywali się nadzwyczaj powściągliwie, może dlatego, że cali pogrążyli się w cichej dyspucie. Nie umknęło uwadze Karola parę ślicznych dziewcząt, choć już od progu było widać, że nie każdej mierzyć się z cnotą.

Onieśmielony Karol wybrał miejsce w okolicy najmroczniejszego kąta, gdzie światło świec z trudem przedzierało się przez zgęstniałe od dymu powietrze. Zasiadłszy do stołu poczuł się pewniej i zaraz też podniósł rękę do góry dając znak gospodyni o swoim pragnieniu i głodzie, a niechby i o łakomstwie. Wylewna madonna ledwie rzuciła na niego okiem, a już wysłała hurysę w popielatym fartuszku, aby przyjęła zamówienie. Sprawnie przedostając się z drogiego końca sali, dobrnęła na miejsce i nachyliwszy się tuż nad Karolem, bez cienia zakłopotania, zagadnęła wesoło:
- Kawaler sobie życzy?
- Tak. Chciałbym kawałek kołacza makowego.
- O! Dzisiaj jest wyborny. A do tego, ma się rozumieć, kufel grzańca?
- Ma się rozumieć – odparł po pewnym wahaniu, bo nie rozumiał, dlaczego kufel grzańca miałby podążać za makownikiem.

Kiedy czekał na świąteczną ucztę, mimo woli podsłuchał nieco z dysputy odzianych w czerń dżentelmenów. Najwyraźniej naradzali się nad niezbyt czystą sprawą, bowiem co raz padały takie słowa jak ucieczka, pobicie, szamotanina, zasadzka i tym podobne. Co pewien czas zdarzało się i siarczyste przekleństwo. Wreszcie dziewczę podało bajeczny kawał ciasta z makiem i kufel, który nie tylko grzał ręce, ale ogrzewał najchłodniejsze serca. Wnet też Karol zabrał się do ucztowania tymczasem zapominając o niecnych knowaniach sąsiadów.

Wtedy do gospody wsunęła się wdzięczna postać w zbyt lekkiej, jak na tę porę roku, granatowej pelerynce. Nie zwracając niczyjej uwagi dobrnęła do kontuaru i poprosiła o kieliszek grogu. Gdy odgarnęła kaptur, po ramionach rozsypały się kruczo-srebrzyste włosy. Lekko wspierając się o blat, zamoczyła usta w rubinowym napoju i zwróciła spojrzenie w ten kąt sali, gdzie siedział od dobrego czasu samotny chłopak racząc się niebiańskimi wprost smakołykami. Teraz i on ją zauważył i znieruchomiał. Nigdy nie widział tak pięknej istoty. Nie minęła najkrótsza chwila, a jedynym jego pragnieniem było zaprosić ją do stołu, poczęstować czym by nie zechciała i odejść z nią na koniec świata. Nie było to ani łatwe, ani prawdopodobne.

Jej oczy, błędne ogniki, zwróciły się w stronę dwóch typów, którzy ani na chwilę nie myśleli przerwać szeptania, które po kolejnym kielichu, było coraz to głośniejsze i głośniejsze. Karol spostrzegłszy jej zainteresowanie sąsiadami, zaczął wyławiać ich słowa z większą starannością mając zupełnie iluzoryczną nadzieję, że to przybliży go do dziewczyny, która stała za najbardziej odległym końcem niemożliwości, w świecie absolutnej abstrakcji, dalsza od lądów, skąd przywożono cynamon i wanilię, nierzeczywista jak wigilijna gwiazda. Cóż, pierwsze uczucie jest najtrudniejszą wyprawą w porze najmniej dogodnej dla podróży.

- Myślę, że najwyższa pora, abyśmy zdecydowali. – było ich słychać zupełnie dobrze.
- Tak, do cholery, był w mieście w czasie największej zadymki. Musi coś przeczuwać. Zaprzęg zostawił w Lasku Północnym. Zgubiłem go tuż przy Rynku. Potem zobaczyłem go w oknie kamienicy przy ulicy Krętej. – Karol wzdrygnął się, bowiem sam mieszkał przy tej ulicy – Już go miałem dopaść, ale zwiał przez sąsiednie podwórze. Teraz się wypogodziło, ale znając go doczeka się swojej śnieżycy i znowu nam umknie.
- Musimy go załatwić. Wyjdziemy stąd za dwa kwadranse i pójdziemy drogą w stronę Lasku Północnego. Tam powalimy drzewo na trakcie. Jego zaprzęg w zadymce niechybnie się rozbije. Coś, co zawsze mu sprzyja, teraz go zgubi – w tym miejscu podlec zarechotał zacierając ręce – Ja załaduję worki do naszego powozu, a ty zwiążesz grubasa i dalej wiesz, co robić, Będę czekał za miastem.
- Pysznie, sprawa załatwiona na wieki. Kolej rzeczy zmieni się nieubłaganie.
- W samej rzeczy. Parę lat i ludzie zapomną, a i nasz pryncypał się odczepi.

Karol kazał sobie raz jeszcze napełnić kufel, bowiem – pomimo wszystkich niedorzeczności – wydawało mu się, że wie, co się święci. Trunek uderzył mu do głowy, osłabił nieco ciało, ale wzmocnił wolę. Właśnie się zdarzało coś, co nie mogło się zdarzyć. Nie wiedząc dokładnie, co powinien robić, zrazu przywołał hurysę i oznajmił, że chciałby zapłacić. Czarne oczy spojrzały nań filuternie i został poproszony do kontuaru. Ledwie doszedł tam na miękkich nogach i stanął tuż obok dziewczyny w pelerynie. Był prawie nieprzytomny. Myśli wirowały tak, że najprostszej nie dało się uchwycić.

Tymczasem w innym zakątku wszechświata miało miejsce zupełnie inne zdarzenie. Nie wiadomo, kto brał w nim udział. W każdym razie, starzec w błękitnym płaszczu i kobieta w sukni bielszej niż śnieg. Siedzieli przy pustym stole i nie zaprzątali sobie głowy smakołykami:
- Sądzisz więc, że na to zasługują?
- Owszem. Mam na to liczne dowody. Życzysz sobie, abym je przedstawiła?
- Może byłyby warte rozważenia, ale nie mamy dość czasu. Musimy coś postanowić. Co proponujesz?
- Proponuję nie robić nic. Tym razem zdajmy się na przypadek.
- Przypadek? A to dopiero koncept! Nie znam się na przypadkach. Wolę porządek rzeczy
- Dobrze. Będzie po twojemu. Daj im wolną wolę.
- Bardzo dzisiaj ironizujesz, a to znaczy, że chcesz się tam znaleźć i załatwić sprawę.
- Nic nie chcę. Możemy nie robić nic. Decyduj, proszę.
- Jeśli nic nie zrobimy, popularności nam to nie przysporzy.
- Dbasz o to?
- Od pewnego czasu muszę. Więc do rzeczy, czy masz tam kogoś, kto może zadbać o nasze sprawy?
- Jest ktoś taki. Musiałabym troszeczkę dopomóc. Co myślisz?
- Idź w diabły, za przeproszeniem. Wierzę w twoją szczęśliwą rękę. Tylko nie zabaw tam długo.
- Pół nocy wystarczy.
- No to doszliśmy do porozumienia. Czy teraz możemy napić się wina?
- Znowu w nim gustujesz?
- Tylko w starych rocznikach – już nic nie odpowiedziała, odgarnęła z czoła kosmyk kruczych włosów i napełniła puchary.

Mając przed sobą madonnę od opilstwa i obżarstwa, Karol wziął się w garść i rzucił na ladę swoją monetę. Tańczyła na blacie dłużej niż powinna, jakby chciała wzmocnić wrażenie, dźwięczało jakby sanna przejechała przez gospodę. Spojrzano na Karola z respektem, a on sam zyskał ponadto parę chwil niezbędnych do wydania reszty. Już chciał spojrzeć na dziewczynę w pelerynie, gdy na ramieniu zawisła mu rudowłosa dziewka zwabiona dźwiękiem nie byle jakiej monety. A że urody i powabu jej nie brakowało i w sztuce uwodzenia była biegła, Karol o mały włos nie udał się w daleką wyprawę najkrótszą drogą. Zatrzymało go pełne smutku spojrzenie dziewczyny w pelerynie. Wydawało mu się, że w jej oczach zakręciła się srebrna łza. I przypomniało mu się, że powinien coś dla niej zrobić, coś co wydaje mu się nie cierpiące zwłoki. Natychmiast uwolnił się ze słodkiego ucisku i zabierając solidny mieszek monet składających się na resztę, ruszył do wyjścia. Co raz oglądał się za siebie i zdawało mu się, że na ustach pięknej nieznajomej pojawił się serdeczny uśmiech. Teraz już wiedział, co ma robić.

Wpadł do domu i niewiele się namyślając porwał z łóżka czerwoną narzutę, po czym wybiegł nie zamknąwszy mieszkania. Biegł, ile sił w nogach, do sklepu kolonialnego, w którym pracował. Grzązł w zaspach, potykał się o koleiny, co raz upadał. Obijał się o mury, gnał jak duch, któremu skradziono ciało, sapał niczym dzikie zwierze, ale rwał przed siebie nie zważając na przeciwności, których przecież nie było aż tak wiele, choć zdawało mu się, że pokonuje mile, chaszcze pełne smoków, nieskończone korytarze. Aż w końcu dopadł drzwi magazynku. Złapał oddech, nieco oprzytomniał, sięgnął do kieszeni palta po klucz, po czym rychło uświadomił sobie, że klucz zostawił w domu. Nie myślał długo. Owinął pięść w narożnik tkaniny porwanej z łóżka i z całej siły uderzył w szybę witryny. Stamtąd porwał trochę waty imitującej śnieg i puścił się ciemnym korytarzem do magazynu. Tam znalazł worki i skrzynie, które z trudem wytaszczył na ulicę, bo choć były puste, były słusznych gabarytów i w znacznej ilości. Zgromadziwszy te wątpliwe dobra, ruszył w te pędy w stronę sąsiedniego podwórza. Sforsował zamkniętą furtę wspinając się na wysokość trzykroć przewyższającą jego samego, drąc pantalony na tyłku o wystające pręty. Gorączkowo zakołatał do drzwi gospodarstwa, w którym mieszkał stary Matwiej, lichwiarz, subiekt i dysponent koni, powozów, sań i zaprzęgów. Karol odczekał dłużej niż by sobie życzył, ale za to w drzwiach stanął sam Matwiej. W nocnej koszuli i szlafmycy przypominał wielkiego krasnoluda.
- Dobry wieczór, panie Matwieju. Wesołych świąt. Potrzebuję sań i koni.
- A to dobre. O tej porze! Czy twój pryncypał zwariował?
- Właśnie, wielka bied. Musi, co zwariował, ale dobrze zapłaci.
- No to niechybnie zwariował. Pół trzosa za czwórkę koni zważywszy na okoliczności.
- Mam tu cały trzos, ale trzeba mi szóstki koni, wielce szanowny Panie Matwieju.
- Świat się przewrócił do góry nogami. Cały trzos, mówisz?
- Cały. Ale jeszcze pan doda swoją szlafmycę, dobra?
- A ty, Karolku zdrowy aby jesteś?- ale Karol już go nie słuchał, wcisnął mu trzos do ręki, zerwał z głowy szlafmycę, otworzył skobel wrót stajni, kopnął w tyłek świątecznie pijanego stajennego, oporządził konie, przypasował zaprzęg. I tyle go było widać. Matwiej podrapał się po łysinie, z uznaniem popatrzył na trzos, poprawił stajennemu i rzekł na odchodne:
- A widzisz, jak rychło można pracować. Abyś sczezł. Wesołych świąt.

Tymczasem Karol zatrzymał już zaprzęg przed sklepem , załadował puste skrzynie i wypchane papierami wory, dodał do tego jeszcze mnóstwo dzwoneczków z rozbitej witryny przypinając je do uprzęży. Napchał siana pod koszulę, a by nabrać słusznej postury, opatulił się czerwoną narzutą, na głowę wciągnął szlafmycę, wreszcie watę przykleił do brody. Wskoczył na kozła, zaciął batem ruszył w noc. Zdążył zauważyć, że gwiazdy na północnym niebie zasłaniają się chmurami.

Gdzie indziej, dokładnie gdzie nie wiadomo, ktoś w srebrnej todze, spojrzał oblizując się na okrąglutkie ciasto makowe. Odłamał kawałek i zjadł ze smakiem. Wnet odłamywał jeden za drugim. Było tam wszystko, co lubił: rodzynki, figi, odrobina marmolady jabłkowej, lukier ponczowy. Rozpływając się, mówił do siebie:
- Pewnej nocy pęknę. A wtedy stanie się rzecz straszna. Bo jak mogę pęknąć, skoro nie mogę pęknąć? Bo co wtedy poczną sowy? Czy zgłupieją? Jeśli tak, to kto nocą będzie przemądrzały? Króliki? Osły? To nie do pomyślenia. A co z westchnieniami? Zamienią się we wrzaski? Nie wydaje mi się to stosowne. A wreszcie, gdy nie zajdę, kiedy wzejdzie słońce? Najpewniej nie wzejdzie lub pomyli drogę. Więc póki nie pękam, może reszty nie zjem, po prostu, odmówię sobie. Tylko, że jakoś nie mogę. Co tu zrobić? Może poskarżę się na skórkę pomarańczową. Nie przepadam w nadmiarze. Zwykle wydłubuję, Tak, teraz włożę ją do ostatniego kawałka i odmówię. Przykryję się pierzynką i zasnę. Nie jestem głupi. To jasne, jak Słońce.

Gdy Karol dojeżdżał do Lasku Północnego zaczął sypać śnieg. Uniósł lejce i pośpieszył konie. Dzwonki wystukiwały nieznany rytm. Zacisnął usta i podkleił brodę. Szlafmyca dobrze siedziała na głowie. Zerwał się szalony wiatr, a ziemia zaprosiła śnieg do białego walca. Już byli tuż tuż. Karol pokrzykując na konie dodawał sobie animuszu. Wtem na polanie na skraju lasu dostrzegł migoczące światełka, jeszcze chwila i przed oczami wyrósł mu zaprzęg wcale nie przedniejszy niż jego własny. Krzątał się wokół niego okrągły jegomość w nie dość oczywistej mycy, niezbyt czerwonym płaszczu, z brodą, której daleko było do gęstości tudzież bieli waty. Karol ściągnął lejce, wspiął się na koźle i krzyknął, ile sił w płucach: - Niech pan wjedzie od strony południowej! Jestem z panem!

Staruszek zrazu uśmiechnął się okrągło i szczerze i zaraz zasępił. Nie miał jednak czasu na wątpliwości, więc żeby je najszybciej rozwiać, wyciągnął zza pazuchy buteleczkę rumu i wysączył ostatnią kropelkę. Już był w swoim żywiole. Pozostało mu objechać miasto i wjechać od przeciwnej strony.

Kto nie wyszedł z Gospody Pod Niebieskim Piernikiem, ten zasnął przy stole, pod stołem, jakkolwiek. Dogasał ogień, hurysa oparta o madonnę zasnęła z łżą w oku. Świt skradał się w podksiężycowej mgle. Matwiej spał z gołą głową, stajenny z kulawym psem. Całe miasto spało. Pod magicznymi drzewkami czekały podarki.

Karola obudził ciepły dotyk dłoni na policzku. Zakrzepła krew zamarzła na skroni, a gdy otworzył oczy ból przeszył całe ciało. Ktoś delikatnie podparł mu głowę. Mroźny poranek zaświecił w oczy czerwonym słońcem, a w jego blasku roziskrzyły się krucze włosy wysrebrzone soplami. Z czułością odkleiła watę przymarzniętą do jego brody i podała łyk gorącego płynu, który nie tylko nie był herbatą, ale nie wiadomo, czym był. Uśmiechała się
- Udało się? – zapytał.
- Tak. A teraz idź do domu. Nigdy cię nie zapomnę – wyszeptała. Półprzytomny ruszył w kierunku miasta, ale zrobiwszy trzy kroki, odwrócił się i zapytał:
- Czy jeszcze się spotkamy?
- Nie wiem. Idź już.
- Powiedz chociaż, jak masz na imię.
- Wracaj, proszę, do domu. Mam na imię Nicole. Bywaj, Karolu.
- Bywaj, Nicole.


- Panie Sylwestrze, myślę, że mogę Panu podpowiedzieć tytuł. „Bardzo znana historia”
- Znakomicie. Zapisuję z dedykacją dla was.
Była czwarta rano i postanowili zakończyć noc na świeżym powietrzu. Max otworzył okno, wystawił głośnik i położył igłę na płycie z nagraniem Niemieckiego Requiem Brahmsa. Na cmentarzu dogasały znicze, światło odbijało się w śniegu. Zmarli już spali. Requiem nikogo nie obudziło.


Starszy mężczyzna w nienagannie wyprasowanych spodniach, wykrochmalonej koszuli, dwurzędowej marynarce ze srebrnymi guzikami, z parasolem w ręku i w kapeluszu a la Bogart, wchodzi do reprezentacyjnej kamienicy w Zurychu przez duże oszklone drzwi w oprawie, której wartość odpowiada rocznej pensji urzędnika w tym kraju. Stukot jego trzewików powtarza marmurowa podłoga. Nie podoba mu się ten efekt. W jego mniemaniu jest nazbyt damski, coś jak wysokie obcasy. Teraz jednak nie zaprząta sobie tym głowy. Musi teraz wyłuszczyć swoją sprawę tak, aby trafić do odpowiedniego kancelisty, a nie jest to łatwe, gdyż jego sprawa jest bardzo nietypowa. Niemniej po konsultacjach, szeptem prowadzonych między biuralistami, zostaje zaprowadzony do windy, która unosi go na pierwsze piętro, gdzie znajduje się stosowny gabinet. Cisza tych miejsc jest nieznośna i nienaturalna, nawet ściany są pokryte wzorzystym suknem. Parę minut siedzi sam, smakując mocną kawę, którą zaserwowała mu koścista sekretarka w rogowych okularach i mocno niegustownej garsonce. Na domiar była blada i uprzejma tą uprzejmością, od której robi się niedobrze, na tyle niedobrze, że chociaż normalnie lubi kawę słodzoną i białą, teraz poprosił o czarną i gorzką. Zawsze uważał, że świat wymaga względnej równowagi, której nie jest w stanie sam sobie zapewnić, więc ktoś musi o nią dbać. Można powiedzieć, że miał poczucie misji. Ot, co tu daleko szukać. Kiedy o poranku, czytając Heral Tribune, jak zwykle przy śniadaniu, natknął się na artykuł zatytułowany „Another French revolution”, zadzwonił do redakcji i w rozmowie z szefem działu felietonów, poinformował, że Francuzi nie są zdolni do żadnej nowej rewolucji, może z wyjątkiem technologii produkcji szampana bowiem jako naród stracili charakter i nie tylko nie są salonem Europy, ale sami sobie zgilotynowali pewien narząd, który służy robieniu dzieci, które potem pożera rewolucja. Ton, w jakim przemawiał do nadzorcy pismaków, był taki, że tamten zamienił się w protokół przeprosin godny innych czasów. Jak by tego było mało, redaktor miał na imię Ludwik.

W końcu do sterylnego gabinetu wchodzi kompetentny dyrektor. Mężczyzna przedstawia mu się jako Alex Dorn i od razu wyłuszcza powód swojej wizyty.
- Szanowny Panie chciałbym zlecić waszemu Towarzystwu nietypową przesyłkę. Otóż ma to być przesyłka progresywna, wysłana w paru częściach. Mogę dokładnie określić daty, ale ponieważ termin jest dosyć odległy, bo za ponad trzydzieści lat, choć znam adresata z imienia i nazwiska, to nie mam pewności, gdzie będzie wtedy przebywał, a rzecz w tym ,że przesyłki muszą być dostarczane dokładnie w dniach, które zaplanowałem. Gdyby adresat zmarł do tego czasu, proszę się nie fatygować – tutaj Alex Dorn wyciągnął pudełeczko z cygarami marki Rittmeister, poczęstował urzędnika. Starannie przycięli cygara i napełnili pomieszczenie szlachetnym dymem.
- Panie Dorn, oczywiście możemy przyjąć Pana zlecenie. Proszę o podanie dokładnych dat i jak największej liczby danych o adresacie. – Dorn wyjął z kieszeni sepiową kopertę, która zawierała wszystkie dane. Widać było, że w każdym calu jest perfekcjonistą.
- Dziękuję. Widzę, że jest pan starannie przygotowany, ale my będziemy potrzebowali parę dni na przygotowanie stosownego kontraktu, gdyż rzeczywiście odbiega on od naszych rutynowych usług.
- Rzeczywiście jest to usługa niezupełnie standardowa, ale też nie różni się specjalnie od przesyłek, które mają być dostarczone w konkretny dzień. Wszak zgadzam się, że czas i brak adresu grają tutaj istotną rolę. Proszę również, żeby w kontrakcie znalazł się paragraf mówiący o odszkodowaniu, gdybyście Państwo nie wykonali usługi w sposób należyty. Kwota odszkodowania jest bardzo wysoka ze względu na szacowaną przeze mnie wartość przesyłki. Znajdzie pan ją w moim liście. Z całą pewnością przekracza ona ewentualne straty materialne, więc proponuję, żeby Towarzystwo wykupiło polisę ubezpieczeniową, a ja pokryję jej koszty. W ten sposób obaj unikniemy przykrych konsekwencji braku motywacji z powodu braku podpisanych pod rzeczonym kontraktem, bowiem mało prawdopodobne, żebyśmy pozostawali wśród żywych. U pana znajduję jeszcze minimalną szansę, choć z pewnością będzie to wiek emerytalny, czego gorąco życzę jeśli pan sobie tego życzy. W tej materii różne są poglądy. W każdym razie, chciałbym uniknąć konsekwencji anonimowości instytucji i braku świadomości adresata, co do ewentualności niezrealizowania usługi. Beneficjentem polisy będzie wskazana przez mnie instytucja charytatywna, a ubezpieczyciel dołoży wszelkich starań, aby zmotywować państwa do wypełnienia kontraktu. Przypuszczam, że dojdziemy do porozumienia, bowiem jestem gotów ponieść wysokie koszty realizacji kontraktu, oczywiście zdeponowane na wydzielonym koncie, co pewnie pan sobie wyobraża. Jestem też gotów na zapłacenie zaliczki. Mam jedynie wątpliwości co do ułożenia się z waszym towarzystwem w kwestii klauzuli siły wyższej. Według moich przekonań takowa nie powinna być elementem kontraktu, ale zdaję sobie sprawę, że będę musiał iść na kompromis, o czym jeszcze będziemy rozmawiali.

Po tygodniu dżentelmeni dobili targu i przesyłka została zdeponowana w sejfie, gdzie miała przed sobą długie lata oczekiwania

Długie stoły przykryte ceratami, ciemno szare powietrze, chwilę przed wschodem słońca, zimny wiatr. Jeszcze chwila i kutry powrócą z nocnego połowu, rybacy zarzucą stoły całym bogactwem oceanu. Kobiety będą patroszyły ryby raniąc palce. Smrodliwe powietrze będzie dojrzewało wraz z ogrzewającymi je promieniami słońca. Mężczyźni wypiją poranne piwo i pójdą spać. W domach zastaną garnek pożywnej zupy, którą nie wszyscy przygrzeją, pajdy chleba, świeże masło i wędzoną rybę. Wkrótce zasną, a zamknięte okiennice odgrodzą ich od kolorów poranka. Nikt z nich nawet nie pomyśli o kąpieli.

Ale wysoki mężczyzna o blond włosach, którego nazywają tu Yanem, zostaje z kobietami, pracuje z nimi, pomaga otwierać stragany, oprawia największe ryby. Kobiety przynoszą mu zawsze upieczone nocą ciasto. To lubi najbardziej. I pachnącą lasem nalewkę. Kiedy Yan wychyla pierwszy łyk, targ rybny rozpoczyna swoje życie. A za nim ciągnie się smuga dymu, która wisi nad nim jak aureola świętego. W tym dymie zawisa cała jego rozpacz, wszystkie doświadczenia, przeciwności losu, a Yan wież w przeznaczenie, choć nie wierzy w żadnego boga. Czasami myśli o tym, że życie ludzkie zależy od gwiazd, a gwiazdy są przypadkiem rozpalającym się i gasnącym, prowokującym katastrofy i przypadkowe stworzenia. Próbuje o tym zapomnieć, więc pali, pije, pracuje, pracuje na okrągło bez wytchnienia, żeby nie myśleć o trajektorii ciał niebieskich, o ich wspólnej zależności. Obawia się snów, bowiem w nich odkrywają mu się prawdy wątpliwe niewątpliwe, krzyczy w nocy, ale nie ma nikogo, kto by go uspokoił. Podczas sztormu też nigdy nie wkłada kamizelki ratunkowej, nie patrzy w lewą stronę, kiedy przechodzi przez ulicę dając sobie połowę szans, na to czy pozna tajemnicę losu wcześnie, czy później i czy w ogóle można ją poznać. W czasie nocnych połowów nie patrzy w ciemną taflę morza, obojętne czy wzburzone, czy spokojne. Przeważnie patrzy w gwiazdy, jakby starał się odczytać w nich to, co dzieje się tuż pod dnem kutra. Ktoś kiedyś powiedział mu, że powinien zaopatrzyć się w teleskop. Wtedy Yan odpowiedział:

- Czy myślisz, że soczewki mogą być rozwiązaniem tajemnicy? Wiesz jak bardzo różnią się te z 1919 roku używane u zachodnich wybrzeży Afryki, kiedy prawa fizyki, skorygowano o czterdzieści i trzy sekundy, od tych które dzisiaj patrzą w niebo z wysokości płaskowyżu w Chile? I możesz sobie przedstawić, jak ten obraz będzie się różnił od teleskopu, który zostanie gdzieś tam umiejscowiony w roku 2089? Jeśli jest, jak mówisz nigdy nie dogonimy samych siebie, a ja myślę, że mamy okazję widzieć to dzień w dzień, noc w noc, ale dobieramy złe instrumenty. Bo nie powinniśmy ich odbierać w ogóle. Ale to nie wyjaśnia istoty rzeczy. Pływałem po morzach północnych i południowych. To musi być bardzo prosty mechanizm, bo skomplikowany nie działałby w tak prosty sposób. Nawet u was jest taka przypowieść, ale wolę ją w formie czegoś, co nazywacie apokryfem. Chcesz posłuchać?
- Jeśli nie zanudzisz, dlaczego nie, ale pozwól jeszcze po szklaneczce.

Pozwolił:



Ta historia zdarzyła się naprawdę, choć było to bardzo bardzo dawno temu i nie wiadomo dlaczego nikt jej wcześniej nie opowiedział. Być może było to zrządzenie losu, który układa się według położenia gwiazd, a nie ma nic wspólnego z bogami, o których dość powiedzieć, że są, ale nie mieszają się do spraw ludzkich. Prawdopodobne również, że nikt nie chciał paprać się w historii, która była tyleż wstydliwa, co niepokojąca i mogła położyć się cieniem na paru autorytetach nie wykluczając tych najbardziej szacownych.. Tak czy owak, to była moja historia i jeszcze dwóch facetów, którzy jeżeli milczą, to tylko dlatego, że milczenie dobrze zamienia się w złoto, a złoto w święty spokój. Więc kiedy już dowiecie się, jak było naprawdę, nie bądźcie namolni i pozwólcie im żyć, jak żyją. Dla świętego spokoju właśnie. Co do mnie, możecie pozwolić sobie na wszystko. Od lat siedzę na końcu świata i patrzę w ocean, który nie jest ani martwy ani żywy. Jest jaki jest.

Zacznijmy od tego, że żaden z nas nie był królem. Jedynie K. mógł był za niego uchodzić, gdyż był pierworodnym odpowiedniego rodu, ale kiedy zmarł jego ojciec, a K. był wtedy człowiekiem dojrzałym, zrezygnował z sukcesji i zajął się kartografią. Był zamożny, kochał podróże, a jego namiętnością było kreślenie map. To jemu zawdzięczamy, że mogliśmy wyruszyć w podróż tak długą i niebezpieczną. Miał wszystko, co potrzeba, więc statki, wielbłądy, ludzi, no i złoto, rzecz jasna. To prawda, że był szalony, ale nie tak jak miarkuje się szaleństwo. Miał rozum, nad który przedkładał wolną wolę, miał trzeźwy ogląd sytuacji, ale kierował się porywami serca, wreszcie znał umiar i z wiedzy tej nigdy nie korzystał. Był jak bóg. Kochał być.

M. był magiem. Znał przyszłość, którą wyczytywał z gwiazd. Gdyby nie on, nigdy by nam nie przyszło do głowy, aby wlec się w tak odległe strony. Miał słabość do kobiet. No dobrze, jak prawda to prawda, prawie nie wychodził z burdelu. Nie śmierdział groszem bo czasy dla wróżbitów były takie sobie, ale on uwodził kurtyzany i wcale nie zdradzał im, co mówią gwiazdy. Po prostu łgał, jak najprawdziwszy, choć późniejszy Romeo. Piękny był kiedy kłamał, bo uskrzydlał to, co poniżone i łamał to, co w sprzedajności nieugięte. Równie chętnie dawał się oszukiwać. Żył jak we mgle. Nie dość trzeźwy, aby widzieć, co jest; nie dość pijany, aby nie przewidzieć tego, co będzie.

Ja byłem nikim. Hodowałem rośliny, które sprzedawałem na targu w królewskim mieście. Nie lubiłem swojej pracy, ale przynosiła mi dochód, który pozwalał mi robić to, co lubiłem. Nic specjalnego. Gustowałem w księgach traktujących o algebrze. Urzekała mnie magia liczb, ich niezwykła prawidłowość w zachowaniu i jedna tajemnica, którą kryły, czyli liczby urojone. Tak. Chciałem je opisać i nic bardziej mnie nie zaprzątało Chciałem zostać autorem traktatu i chciałem być zaliczony do szeregu tych niezwykłych dziwaków, którzy mierzą rzeczy nieskończone. Nienawidziłem pielenia grządek i czasu korzystnego dla sadzonek. Jednakowoż hodowałem wianki weselne i wieńce nagrobne. Ściągałem żywice z drzew balsamowych. Byłem znany z osobliwego gatunku goryczki, która zaprawiała szczególne destylaty powodujące lepsze widzenie świata. Który to świat nie był normalnie najlepiej widziany.

Pewnego dnia, a był to dzień targowy, los zetknął nas trzech w Oberży Pod Niebem, w mieście królewskim, w czasie ani dobrym, ani złym. W jakimś tam czasie. Przy jednym stole, w zatłoczonej piwnicy, gdzie nieba ani rusz, piliśmy wino i zjadali udziec barani z imbirem, bo i tak wyboru nie było, chyba że chrzęszczące pod zębami skrzydełka z ptaszków maleńkich jak myszy. K. właśnie zakończył budowę nowej łajby i pod wpływem mocnego wina rozprawiał o podróży do lądów, których jeszcze nie wyrysował na mapach, a miały być to wyspy szczęśliwe z racji, o której nie mógł się wypowiedzieć bo język mu się plątał. M. właśnie wrócił ze stołecznego burdelu i opłakiwał stan swego przyrodzenia, co podobno nadwątlone i tak przywodziło na myśl korzeń mandragory. Spoczywał on na moim kolanie w gatkach atłasowych i nie pozwolił się koncentrować na czymkolwiek urojonym. Tego dnia sprzedałem cały wóz mirry i świętowałem talent w dziedzinie nie ulubionej, fenickiej i miałem dobrze w czubie. Wybiła północ. Byliśmy dobrze nawiani i oberżysta wyrzucił nas pod prawdziwe niebo.

Noc była pogodna. Mandragora zwisała jak nać pietruszki. K opłakiwał wyspy dziewicze. Zachowywał się jak na obrzydliwym kacu, choć od kaca dzieliły go całe mile mórz. Ja byłem B. Tyle wiedziałem.

I wtedy zamroczony M. dostrzegł gwiazdę, której nigdy wcześniej nie widział. Powiedział, że ona nas poprowadzi. Wyruszyliśmy natychmiast. Jak bele puszczone na spław. Jak psy spuszczone ze smyczy migocącej komety. Jak królowie decydujący co, gdzie i jak. Tyle, że ta gwiazda naprawdę świeciła. Była prawdziwsza niż burdel i grządki. Nie było jej na żadnej mapie żadnego nieba. Była nasza. Jak droga, którą mieliśmy przebyć i jak prawda, która była nam obojętna.

Wkrótce stanęliśmy na pokładzie. Zanim słońce pojawiło się w zenicie zakończyliśmy werbunek załogi, co zawdzięczaliśmy hojności K, który najbardziej palił się do podróży, choć i nas nie trzeba było poganiać. Do wieczora czuwaliśmy nad załadunkiem, aby pod dostatkiem było słodkiej wody, solonego mięsa i wina. Ludzie pracowali z ochotą, więc pokrzykiwaliśmy na nich raczej z radosnej gorączki niż dla dyscypliny. W porze wieczerzy zwinęliśmy trap i poluzowali cumy. Wtedy to z nabrzeża dobiegł nas błagalny krzyk, abyśmy jeszcze nie odpływali. Był to młody chłopak w ciężkim, jak na tę porę roku, płaszczu z kapturem nasuniętym na czoło. Jego drobna postura nie przekonywała nas, aby ponownie rozwinąć trap. A jednak, kiedy powiedział, że jest zręcznym krawcem i zszył już nie jeden porwany żagiel, zmieniliśmy zamiar. Tanaron, bo tak miał na imię, popłynął z nami.

Jeszcze w zatoce zjedliśmy posiłek obfitujący w owoce, placki, pieczone mięso i jaja pomni, że te smakołyki nie prędko znajdą się na naszym stole. Przez długi czas zastąpią je owoce morza przyrządzane ręką jakiegoś zbira bowiem nasza załoga składała się z samych typów spod ciemnej gwiazdy, ludzi którzy niepewnie stąpali po lądzie i za nic mieli stanowione na nim prawo. A prawo nigdy nie patrzyło im w oczy jako, że wytrzymywali spojrzenia dłuższe od wyroków, których unikali i dłuższe od pocałunków europejskich kochanic, które jak wieść głosi, nie muszą oddychać, aby żyć. Muszą natomiast coś innego. Tego też długo nie skosztujemy.

Wnet na nieboskłonie pojawiła się nasza gwiazda. Świeciła uwodzicielskim blaskiem, jaśniej niż wszystko, co do tej pory widziałem. Postawiono wszystkie żagle, a wiatr który złapaliśmy, uniósł nas tak szybko, że przeganialiśmy czas, a nad nami wciąż świeciło rozgwieżdżone niebo. Przez długie tygodnie nie mieliśmy widzieć wschodów słońca. Zanurzeni w srebrzysto-granatowej toni płynęliśmy nie napotykając lądów, omijaliśmy burze, które złotymi grotami wbijały się w nudny horyzont. Piliśmy cierpkie wino, a przeznaczenie uderzało nam do głowy. Tak było przez trzy tygodnie. K. nie kreślił map i godzinami, których nie mógł zliczyć, ostrzył swój królewski sztylet. M. stał na dziobie i wskazywał kurs sternikowi, choć ten obszedłby się bez wszelkich wskazówek. Kierunek był aż nadto czytelny. Ja przesiadywałem na zwoju liny z dzbanem wina i obserwowałem ludzi. Widziałem, jak Tanaron przymyka oczy ledwo co błyskające spod nasuniętego kaptura. Prawie nie schodził z pokładu, choć nie miał zajęcia. Jego wiotka postać z trudem opierała się podmuchom wiatru. Mimo to rzadko schodził do kajuty, którą dzielił z barczystym majtkiem. Raz poczęstowałem go mocniejszym winem, które nie przysługiwało załodze. Nie rozwiązało mu języka. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale pewnie jakieś licho, gdyż pożyczyłem od K. sztylet i rozciąłem solidnie foka. Tanaron słaniając się po pokładzie wspiął się nader sprawnie na wysokość żagla i mimo wiatru zszył go silną dratwą prawie niewidzialnym ściegiem. Pomyślałem, że każdy potrafi tutaj, co potrafi, a moja podejrzliwość jest z innego świata.

A jednak po pewnym czasie, usłyszałem poszepty wśród załogi. Z początku wystarczyły dodatkowe bukłaki wina, potem złoto rozdawane hojną ręką K. Jednak i tego nie było dość. Podsłuchiwałem ich rozmowy i wiedziałem, że dopóki nie zbudzi ich wschód słońca, umysły będą się burzyły a języki rozpowiadały plotki o czarach i mocach, które nieznajome. Znając czas i ludzi, wiedziałem lepiej od M. kiedy rozpocznie się bunt. Zresztą M. nie miał baczenia na przyszłość od kiedy zastąpił sternika, któremu rozum się poplątał i dostał rozwolnienia. Tak, sternik siedział na kiblu i plótł bzdury, jak targowy wróżbita. Jego sraka była groźna. Jak ostatnia kolejka przed burdą w oberży, którą zbyt wcześnie zamykają. Ze sraką nie da się dyskutować. Podobnie nie należy dyskutować przy strzemiennym.

Ostrzegałem K. i M. Pierwszy z moich druhów miał większe doświadczenie. W lot pojął, czym grozi ten niepokój. Nie sięgnął po złoto. Kazał zwinąć żagle i rozdał dodatkowe racje mocnego wina, do którego nasypał środek sprowadzający sen, środek, który sam wyprodukowałem według receptury Egipcjan, których nie znałem i którzy nie chcieli, aby znał ich ktokolwiek. Potem nastąpiły rzeczy straszne. Zarzynaliśmy ich i wrzucali do morza. Ocalał jedynie Tanaron. To ja go rzuciłem śpiącego do luku z solonym mięsem. Nie wiem dlaczego to zrobiłem. Nie ważne. Morze było czerwone. Wiatr gwizdał na gołych masztach. M. zaryczał, że widzi ląd. Wkrótce przybiliśmy do brzegu. Byliśmy uratowani. Rzygaliśmy. Tak, rzygaliśmy, a nasza gwiazda lśniła nad pasmem pobliskich gór. Czy myślicie, że nie poszliśmy w jej kierunku?

Było cicho. Dość płytko. Po pas zanurzeni w wodzie wydostaliśmy się na brzeg. Dźwigaliśmy resztki zapasów i krew na rękach. K. zaczął się śmiać. Histerycznie. Wniebogłosy. Śmiałby się pewnie aż do świtu, gdyby ten nadszedł.

Stanęliśmy na gołej ziemi. Nie czuliśmy ani zmęczenia, ani chłodu. Kąśliwy wiatr, pewnie wam znany, wiał prosto w twarz. Nie czuliśmy nic. Byliśmy inni niż ci trzej, których wiodła niewiadoma pasja, ale w surowych twarzach nie pojawił się cień zwątpienia, jakiego można by oczekiwać. W pobliskim obozowisku nomadów wynajęliśmy wielbłądy i ruszyliśmy dalej. Powietrze pachniało słodyczą i to było nasze pożywienie. Nie odzywaliśmy się do siebie. Kiedy mijaliśmy biedne wioski, musieliśmy wyglądać jak królowie i jak mędrcy. Spokojni i wyniośli. Stąd nieporozumienie.

Aż w końcu, znużeni, rozbiliśmy obozowisko. Wstyd powiedzieć, ale w pobliżu pasterzy, którzy podążali w tę samą stronę. My nie mieliśmy nic, oni mieli ogień. Jeden z nich, stary człowiek o twarzy jasnej, jak przyszłość, powiedział nam gdzie i po co idą. Wtenczas K. wyłuskał z kieszeni ostatnią szkatułę złota, ja znalazłem w torbie podróżnej garść mirry, a nieszczęśliwy M., który znał kiedyś przyszłość miał przy sobie tylko to, czym okadzał przybrzeżne wody, abyśmy przeszli przez swoje szaleństwo. Byliśmy bogaci. Mieliśmy wielbłądy i dary. Oni nie mieli nic. Ruszyli przed nami zostawiając ogień.

Zbudził nas dotkliwy ziąb. Szron pokrywał zarost. Ognisko dawno zgasło. Dygotaliśmy jak dzieci, oparci o siebie patrzyliśmy w gwiazdę, która według opowieści pasterza miała być Narodzeniem, a wyglądała jak Śmierć. Byliśmy gotowi na wszystko, ale przejmował nas strach. Pewnie byśmy zasnęli, a chłód otoczyłby nas wieczną opieką. Ale przy wygasłym popiele siedział Tanaron, szewczyk, który zszywał rozerwane żagle. Patrzył na nas spode łba czy z politowaniem aż dmuchnął w pogorzelisko i jasne płomienie wyskoczyły do góry. Trawiły nieistniejące szczapy i mrugały wesoło, dawały więcej ciepła niż powinny. Tanaron, bez słowa, rzucił nam bukłak z winem i torbę z solonym mięsem. Kiedy opuszczał statek, musiał być bardziej zapobiegliwy i bardziej praktyczny. Jak dotarł tutaj bez wielbłąda nie rozważaliśmy. Żuliśmy twarde mięsiwo i popijali wino. Nie wiele trzeba człowiekowi, aby odzyskał nadzieję.

Wtedy zasnęliśmy ponownie. Jak dzieci. Nie jak podróżnicy. K. miał sen. Śniło mu się, że żyje w królestwie zimy, gdzie szyldy kupców są korzennym ciastem, gdzie śnieg skrzypi pod stopami, co raz grając inną melodię, gdzie śmiech unosi się leciutko i nie jest zbyt mądry. A on siedzi nad mapą świata i przygląda się losom opowiadanym przez M. Śmieją się, a kolorowe światełka przychylności rozpalają się na niebie. Za chwilę wyjdą na ulicę i będą śpiewać. To bardzo piękna piosenka. Może ją znacie. Zaczyna się chyba tak: „na końcu świata jest stara bajka”. W kącie, pod derką ktoś śpi. Jego sen nie jest dobry. Krzyczy, a z kącika ust spływa strużka krwi. Budzą go potrząsając solidnie, aż wreszcie okładają pięściami. To jestem ja.

Kiedy się przebudziłem, wszyscy spali. K. śnił swój sen, w którym ja spałem. M. oddychał głęboko, jakby westchnieniami chciał odwrócić los. Tanaron, najpewniej znużony, drzemał zawinięty w płaszcz bardzo odpowiedni dla tej części podróży. Najdłuższa noc świata z namaszczeniem przesuwała nad nami swoje gwiazdy. Wtem głęboką ciszę rozdarł krzyk. To jeden z nomadów poganiał wielbłąda o spienionym pysku. Jego czarna sylweta rozpłynęła się wraz z jego szaleństwem i niedocieczoną pasją. Moi przebudzeni towarzysze patrzyli w jasną noc szerokimi oczami i widzieli jak podróżne sumienie opuszcza obozowisko. Ale nie za sumieniem mieliśmy wyruszyć, tylko według najjaśniejszej gwiazdy. Tymczasem siedzieliśmy wokół ogniska i nikt się nie poruszał. Kiedy wycie nomada i tętent kopyt wyrwały ze snu szewczyka, kaptur zsunął mu się na plecy, i wszyscy ujrzeliśmy, że Tanaron jest kobietą. Krucze włosy przetykane srebrnymi nitkami rozsypały się z powiewem wiatru. Jej oczy błyszczały nieznanym blaskiem. Gwiaździsta noc zbladła przy urodzie tej kobiety. Od tej chwili nie miałem już zaznać spokoju.

Gdzieś na środku pustyni, nad iskrzącym żarem milczało trzech morderców podążających do Niewinności i niezwykła kobieta, delikatna jak ofiara. Nie wiem czy minęło sto lat, czy z klepsydry zdążyły przesypać się trzy ziarnka piasku, kiedy Tanaron powiedziała: -
Nie okłamałam was. Nazywam się Tanaron i znam się na krawiectwie. To wszystko. Tymczasem powinniście wyruszyć. Jeśli nie będziecie się ociągali, zdążycie na czas. Bądźcie odważni i przegońcie sumienie. - wstała i oddaliła się. Miałem wrażenie, że po policzku spływa jej łza.

Wkrótce ruszyliśmy. Nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. A o czym mielibyśmy rozmawiać? O tym, że miało być inaczej? Tak. Miało być inaczej.

Pędziliśmy, jak można było. Aż dotarliśmy do mieściny, w której nie palił się żaden ogień, a ludzie, nieprzychylni obcym, zatrzaskiwali przed nami drzwi. Tam rozdzieliliśmy się, niby przypadkowo. Przypuszczam, że zarówno K., jak i M. błąkali się trochę po pustych zaułkach. Ja od razu wyruszyłem z powrotem. Nie ujechałem daleko, gdy moje zwierzę padło i zaraz rozpoczął się świt. W promieniach dawno nie widzianego wschodzącego słońca, szedłem aż do krańca pustyni, gdzie, wydawało mi się, oddaliła się Tanaron. Nie czułem głodu. Z rozerwanych sandałów płynęła krew. Zdjąłem je i maszerowałem boso. Nie wiem kiedy zemdlałem. Ludzie sułtana, w pałacu którego się ocknąłem, mówili, że w środku miasta.

Dzisiaj wiem, co zrobili K i M. Pierwszy zapukał do drzwi, które mu otworzono. Tam spędził noc. Ożenił się z córką gospodarza, którą uwiódł jeszcze zanim echo doniosło stukanie jego pierścienia o drewnianą furtę do niewidzialnych bram pustyni. Zostało mu otworzone, zanim zdążył pomyśleć, że chce. Sądzę, że nie chciał.

M. powlókł się w kierunku, o którym dobrze wiecie. To on był wierny Tanaron, jeżeli możemy mówić o wierności. Zobaczył to, o czym my tylko słyszeliśmy i czytali. Piękny i szczęśliwy padł na piasek nieopodal miejsca przeznaczenia. Widział wszystko. Jego nie widział nikt. Do dzisiaj sprzedaje pamiątki i karty do tarota. Zbił na tym niemałą fortunę. Mówią, że jego umysł jest pomieszany.

Na dworze sułtana spędziłem rok z okładem. Z początku zamknięto mnie w celi i traktowano jak szpiega. W końcu dałem się poznać jako zielarz i dzięki umiejętności przyrządzania mikstur sprowadzających sen wkradłem się w łaski samego władcy. Jego niespokojna głowa znalazła się w moich rękach. Koiłem ból, którego nie mogłem ukoić w sobie. Byłem po dwakroć niewolnikiem. Ale kto, jak nie niewolnik będący zaufanym Pana wkrada się do serca jego córki? Zawsze tak jest. I tyle jest w tym mojej zasługi co naiwności księżniczki Alte. Miała szesnaście lat i była ciekawa świata. Znałem świat. Dałem go jej w tysiącu i jeden kolorach. Zmyślałem, chociaż świat miał tysiąc i jeden kolorów. W zamian otrzymałem gorący pocałunek i wolność. Pewnego razu, kiedy bawiliśmy się w ogrodzie, powiedziała: Idź. Bądź wolny. Jeżeli świat jest taki, jak mówisz, usłyszę o tobie.

Siedem lat błąkałem się rozpytując o kobietę, której imię jest Tanaron. Przeżyłem wszystko i wszystko miałem za nic. Jej ostatni ślad znalazłem nad brzegiem oceanu, który jest nieskończony. Tutaj siedzę i wpatruję się w bezkres. Sądzę, że siedzi na przeciwległym brzegu i płacze tak jak ja. Jeżeli jest inaczej, uradowałaby mnie inna śmierć. Tak było naprawdę.



- Przecież to było zupełnie inaczej, człowieku – zaoponował słuchacz Yana
- Różnie mówią, ale weźmy się za ryby.

Po chwili Yan pokazuje jakiemuś wczesnemu klientowi rybie skrzela, oznakę jakości i świeżości okazu, przybliża rybę do nosa, aby pokazać , że nie ma w tym najmniejszego oszustwa. Ale frymuśny klient mówi, że i tak ryba nie dorównuje smakiem tuńczykowi i próżno mu mówić, że degustibus... I tak zaraz pójdzie do sąsiedniej hali, gdzie na hakach wiszą jagnięce i kozie udźce. A przecież mógł ją przyrządzić w cytrynowym sosie z masłem, może z odrobiną czosnku, ale facet był beznadziejny. Yan pomyślał przez chwilę, że może niedawno dostał list od losu.. Od tego momentu sprzedał jeszcze 2068 ryb, ile złowił, trudno powiedzieć. Umarł we śnie. Bez specjalnej przyczyny. Po prostu, umarł.

Kiedy Mariah umarła, najbardziej denerwował ją brak światła i ciasnota trumny. Również nie były jej miłe te wszystkie odgłosy na górze, a szczególnie spadające grudki ziemi, z początku grudki, potem większe porcje. Dość szybko zorientowała się, że nie żyje, ale nie od razu. Z początku sądziła, że to zły sen albo złe przebudzenie. To jednak nie trwało długo. Symptomy były jednoznaczne. Trudno było mieć wątpliwości