viernes, 13 de octubre de 2006

SWIATECZNA GOSPODA

„Ktoś, kto stworzył dobro i zło, musiał mieć odrobinę dobrej woli”
(Tezjusz w liście do Sekstusa Empiryka)

Kiedy tak szłam i szłam, mijając opustoszałe bramy, wąskie uliczki prowadzące donikąd, mury z zapisanymi pamiątkami lub wezwaniami, dogasające latarnie, świat mnie nie widział. Może myślicie, że płakałam? Otóż nie. Byłam trochę blada, z pewnością niewypoczęta. Kiedy zmrok był już za pan brat z ulicami i murami, postanowiłam się pozbierać. Nie po to, żeby dobrze wyglądać, choć przygładziłam włosy i usta umoczyłam w karminie. Chciałam pozbierać myśli, odzyskać zdolność do wypowiadania, jeśli nie rozróżniania, powiedzmy, tego i tego. Czy to znaczy, że nie miałam do kogo mówić? To rzecz mniejszej wagi. Albo większej. Ktoś inny o tym rozstrzyga. Chciałam, po prostu, doprowadzić się do równowagi.

Lekko zmrożony śnieg na bruku, chmury co raz napływające na odległe niebo, przykry, nasilający się wiatr różowiejący fałszywie policzki. Wreszcie miasto, rozżarzone blaskiem pochodni wystawianych w gospodach, lepsze od powinszowań, łagodniejsze niż zwykle, gdy chromi wystukują kołysanki, a umierający pozostawiają żałosne cząstki. Zapragnęłam się ogrzać i po raz pierwszy pomyślałam o najprawdziwszym ogniu buchającym z kominka, trzaskaniu suchych szczap i iskrach, przed którymi zakrywa się oczy. Więc w końcu stanęłam przed drzwiami gospody. Szyld skrzypiał mi nad głową, serce waliło nad wyraz nieprawdopodobnie. Rękę położyłam na żelaznej klamce i może nawet poczułam, jak parzy zmrożone żelazo. Stałam tak osłabiona przez chwilę, której nie umiem oddać w czasie. Wsparłszy ciało o drzwi, wpuściłam je do środka. Odurzył mnie zrazu zapach dziczyzny z ognia, potu i gorzały. Przez wpół uchylone drzwi wdzierał się do środka osiwiały z przymrozku mrok i coś jeszcze bardziej ulotnego, czego nikt nie zauważył. Biesiada sapała z wysiłku i ożywała okrzykami. Ogryzione kości, brzegi szklanic otłuszczone łakomymi wargami, okopcone ściany, jazgot przekleństw, charczenie przyśpiewek. Nikt na mnie nie spojrzał. Z wysiłkiem zamknęłam drzwi i przemknęłam do paleniska, gdzie na rusztach dopiekały się, na wyrost, prosięta. Usiadłam na ławie, w towarzystwie o tyle, o ile. Jeden z nich, wysoki i zarośnięty, jednak trzymał się prosto. Stał przed nim puchar wina, mocnego i pachnącego, zdaje się zamorskimi lądami, a on sam, choć wzrok miał mętny, zdawał się być przytomny i nie do końca obżarty.

Nie mogłam wołać oberżysty. I tak byłam nadto speszona. Ogrzałam ręce przy ogniu, trochę się porozglądałam. Zmęczona, może zawiedziona, zwiesiłam głowę. Ogień żwawo skakał po nadpalonych szczapach, gęste powietrze jeszcze gęstniało od oddechów, a te były cięższe i cięższe. I wiedziałam, nie wiem skąd, że za jakiś czas, przecież nie tak długi, wszystko się zmieni, przewietrzy. Przebudzone oczy spojrzą w przyszłość, ktoś westchnie. A wszystko nadaremnie, o ile dobrze pojmuję powikłania losu. Właśnie, o ile?

Ktoś wziął skrzypce. I zagrał. Z początku nie słuchałam. Granie było mdłe i na szarą nutę. To jednak mnie ośmieliło. Zdjęłam z rusztu kawał mięsa i spróbowałam. Całkiem, całkiem. Więc jeszcze jedne kawałek. Pieprzne, przyprawione ziołami. Rozejrzałam się za czymś do popicia. Wszędzie gorzała i gorzała. Ale w jednym kuflu dogasało wino. Musiałam przeciskać się między zawianą tłuszczą, a gdy dobrnęłam do brzegu, okazało się, że to młode wino. Jeden łyk, potem drugi i jeszcze trochę. Bujanie. I wszystko, co się stało, od nowa. Twarz schowałam w dłonie. Tak mi wstyd.

Wigilijna noc to wigilijna noc. Świeży śnieg skrzypi pod stopami. Zmarznięte poły płaszcza. Mógłbym zostać w domu, patrzeć przez szybę, jaki ktoś umiera, ktoś się rodzi. Zawsze tak jest i zawsze takie samo staranie. Bo dobrze chcieć, to prawie być. Och! Boże! Dajmy pokój. Przecież zabrałem się i idę do gospody. Uwielbiam te spacery! W końcu są pieprzone wieprze, toasty, sprośności, dysputy o niczym, po drodze mróz i świeczki dla zbłąkanych wędrowców. Szyld wisi, gdzie wisiał. W ten wieczór w jodłowej otoczce.

Dosiadam się do sześciu opojów, którzy najpewniej wkrótce stoczą się pod ławę i odnajdą zapomnienie, a zapomnienie jest im najbardziej potrzebne, bowiem nie są dość głupi, aby nie wiedzieć, kim są i jak żyją. Zamawiam mocne wino. W rzeczy samej jest to rubinowe porto, stare i gęste, dające więcej słodyczy niż kobieta. Piję szybko, nierozważnie. Jedną ręką zawijam tytoń w bibułkę. Od czasu do czasu opowiadam żartem na zaczepki nieznajomych. Tyle tylko, żeby nie poczuli, że stronię od kompanii. Skwapliwie przyłączam się do toastów, obojętnych mi pokrzykiwań pod adresem losu. Czas płynie i już wiadomo, że gdyby nawet przechodzili tu królowie idący za gwiazdą, nikt się do nich nie przyłączy. I pójdą sami, dumni i wierzący w szlachetność planów tego świata. Ja też nie będę im towarzyszył w podróży. Nie to, żebym się obawiał trudów lub zasłaniał sceptycznymi sentencjami. Moje grzechy są ciężkie, serce stwardniałe, a umysł mroczny. Jeśli byłaby potrzeba, pójdę sam, inną drogą i bez słodkiej przewodniczki.

Już nie słyszę krzyków i śpiewów. Przygryzam wargi i nie ocierając strużki krwi, pozwalam jej spłynąć do kielicha. I właśnie wtedy zamiast bólu odczuwam jakąś niezwyczajną słodycz, powiew chłodnego powietrza, który gładzi mi skronie. Rozglądam się wokół siebie, ale nie znajduję niczego szczególnego.

Od trzech lat, gdy w pewną zimową noc spełniła się wola zapisana w księdze świata, moja głowa była rozpalona, przeszyta piekącym bólem. Toteż z wdzięcznością przyjąłem ten niespodziewany chłód. Odsunąłem kielich i próbowałem się uśmiechnąć, choć twarz na dobre już mi stężała, a w jej rysach można było wyczytać wszystkie moje podłości, wszystkie grzechy, za które zostałem ukarany, jakby sąd ostateczny miał być jakąś prostą formalnością, przybiciem pieczęci potwierdzającej tylko, że tak będzie wiecznie. Korzystając z tej niewytłumaczalnej łaski, kiwnąłem na karczmarza, aby przyniósł mi kawałek piernika. Zaraz też podano to czarodziejskie ciasto, ciasto szczenięcej naiwności, z bakaliami i miodem. I każdy jego kęs był uśmiechem, raz papierowego księżyca, raz porcelanowej tancereczki, a raz kominiarczyka dyndającego na największej bombce choinkowej. Właśnie tego, któremu światło świec dawało błysk w oczach, gdy mówił: dobranoc, zaraz do ciebie przyjdziemy, wszyscy, będzie nawet przemądrzała sowa i ten maluch w czerwonym kubraczku, który zna wszystkie opowieści świata, a jeszcze będzie z nami tancerka, która nie chce mi dać całusa, bo tylko tańczy i tańczy; więc idź już, ale wcześniej nie zapomnij wziąć dla nas paru okruchów lukrowanego piernika, och! proszę, nie zapomnij; tak bardzo go lubi ten biedny anioł z utłuczonym skrzydłem, wszyscy, wszyscy go lubimy.

Było mi słabo. Przysunęłam się do mężczyzny najmniej pijanego, może nawet w ogóle nie pijanego, a bardzo nieszczęśliwego. Tak, jakbym chciała oprzeć się o jego ramię. Kiedy tak się chodzi za kimś i chodzi, nie spuszcza się go z oka i drży w każdym momencie, gdy ma podjąć decyzję, to wiele rzeczy, po latach, można przewidzieć z góry. Nie mówię o obojętności, bo nie tak został ułożony świat, żebym mogła ją znać, ale rzeczywiście podejrzewam, że wiem, jak można ją odczuwać. Nie zmniejsza to jednak uwagi i staranności, a nadto jest jeszcze przywiązanie i – jeśli wolno zażartować – zawodowa ambicja. No i gdy tylko zauważam pewnego jegomościa, najczęściej w czarnym surducie, z laseczką, z tą swoją zawsze starannie ułożoną fryzurą, choć bynajmniej nie dla próżności, to wiem, czego mogę się spodziewać po kimś, którego on nagabuje, a który – było nie było – jest moim podopiecznym. I kiedy staram się go przekonać (podopiecznego, oczywiście) albo w stosownym momencie podszepnąć mu, jak należałoby postąpić, już wcześniej wiem, jaki będzie wynik mojego starania. Czasami tylko udaje mi się ubłagać go w ostatniej chwili, zaprzeczyć swoim rachubom, ale nienawidzę tego, bo wiem, że robi to z litości.

Mój przeciwnik ma prostsze zadanie. Pojawia się nie dość często, niezwykle taktownie i zawsze tak, jakby przyszedł z pierwszą wizytą. Nie muszę chyba mówić, że to czyni go nad wyraz atrakcyjnym, och, o wiele bardziej, niż sprawia to mój powab. Ponadto ma jeszcze dwie rzeczy, o których ja nawet marzyć nie mogę i które winnam pominąć milczeniem i to znaczącym, pełnym wzgardy. A zatem ma on pieniądze, wszystko jedno z jakiego kruszcu bite, ale z wyglądu solidne, nie budzące wątpliwości, no i ma materię, a innymi słowy – kształt. Czasami, przyznaję, jest diablo przystojny. Zwykle mnie nie zauważa, nawet nie prawi złośliwości, po prostu traktuje jak powietrze. Może raz tylko było inaczej. Przyszedł nocą, wyjątkowo późno. Na dworze było mglisto, paskudnie. Zdjął pelerynę, strzepnął z wilgoci i rzucił na podłogę. Zauważyłam, że nie ma tej zwykłej dla niego elegancji, charme, że ta powiem. Usiadł przy łóżku i chciał budzić mojego podopiecznego. Podeszłam do okna i patrzyłam na pustą, zabłoconą ulicę, trochę udawałam obrażoną, no dobrze, powiem do końca, użyłam kokieterii podpatrzonej u kobiet, którym nigdy się nie odmawia. Minęła dłuższa chwila i nic się działo. Aż w końcu usłyszałam ciche mruknięcie i chrapliwy szept: No dobra, nie ma się o co obrażać. Ja tylko tak... Kiedy się odwróciłam, lekko, zdaje się, ukłonił i tyle go widziałam.

Mogłoby się zdawać, że jestem nieszczęśliwa, ale to zaprzeczałoby istocie rzeczy. Przecież było tyle pięknych chwil, gestów pełnych znaczenia, zamyśleń i tak zwanych dobrych uczynków. Ale jeśli je zważyć, to nie cenię ich znaczenia. Powiem szczerze, kryteria nie są dla mnie dosyć jasne. Mam wrażenie, że oboje chcieliśmy jak najlepiej. A teraz kręci mi się w głowie i myślę, że był bardzo odważny. Czy to nie mogłoby być najważniejsze?

Nie wiem, dlaczego takiemu draniowi jak ja może być tak słodko. To pewnie taka noc. Pamiętam historię, którą opowiadała mi moja babka. Siedziałem na zapiecku, a ona klejąc pierogi czarowała świat. Tak bardzo chciałem, żeby był. A brzmiało to mniej więcej tak:
Było to dawno, dawno temu, świat naokoło był zły i małej wiary, domy krzywe, a wieże podparte. W ciemnym Lesie Północnym żyła czarownica. Przychodzili do niej wieśniacy, kupcy i książęta. Dawała im zielska. Przeróżne. Na potencję. Na karierę. Na cokolwiek. Płacili jej, jak mogli. Złotem, chlebem, a czasem pięknym za nadobne. Tak było, gdy miała moc, Gdy jej nie miała, trudniła się nierządem. A to dla wprawy, a to dla strawy. Jako że jej moc pochodziła od diabła.. A ten był niesłowny i zdarzało się, że i przez dwa lata nie przychodził. A bo to raz zamykała się w dziupli i wzywała beznadziejnie jego imię. A bo to raz podciągała kiecę. A gdy przychodził, latali na miotle. Wysoko ponad światem. Nie było wtedy świateł. Z rzadka tylko rozpalone pochodnie i ogniska zziębniętych wędrowców. Diabeł zwykł siadać z tyłu wiechcia i obłapiać ją za piersi. Wiotkie i niewiele warte. Wtedy szeptał jej do ucha zaklęcia, których uczyła się na pamięć. Ale raz przybył dziwnie roztargniony. Nawet usiadł przed nią i plótł coś od rzeczy. Że ma wszystko: władzę, pieniądze, powodzenie. Jednak czasem tak mu źle i nie ma przekonania. Wylądowali na łące. Noc była pogodna i księżycowe cienie pląsały na skraju lasu. Zapytała, czy dobrze się czuje. I tak, i nie. Więc czego mu brakuje? Powiedział, że w zasadzie niczego. Kiedy jednak patrzy na młodzieńców skaczących przez ogień i roziskrzone spojrzenia dziewcząt, to wydaje mu się, że czegoś jeszcze nie zna. Spytała, czy boi się skakać przez ogień. To chyba żart. W ogniu czuje się jak ryba w wodzie. Więc chciałby mieć kobiety? Posiadł niejedną. Czyżby chodziło o uczucie? Być może. Jeśli chce, ma takie zioła, ale wie, że działają na ludzi. Prosta receptura. On na to, że da jej wszystkie zaklęcia, jakie zna, za mieszek takich ziół. Dobrze, da mu te zioła. Może ich użyć tylko raz. Czy zdaje sobie sprawę, że tylko raz na całą wieczność? Raz na całą wieczność, powtarza. To niesprawiedliwe, konstatuje. Ona nie zna się na sprawiedliwości, nie jest szafarzem losów i rozdziela przypadki. Wysypane z rękawa, wyplute ze śliną, wywróżone z fusów. A przypadki, jak to przypadki. Nie można z nich zrobić reguły. Gdyby można było, wszystko urządziłaby inaczej. Według niej, lepiej. Czy chce, czy nie? Chce, ale jeśli użyje ich po raz wtóry, sam ulegnie pokusie i straci swoją naturę. Z pewnością umrze. A najpewniej wtedy trafi do piekła. Tu się roześmiała, a jej śmiech potoczył się przez lasy, bagniska i góry. I echo opowiedziało go wszystkim, którzy byli zdolni słuchać. Naonczas było tego wiele. Mnogość duchów, strzyg i czarodziejów. Dzisiaj tego nie ma. Choć trudno to sobie przedstawić, jeszcze mniej jest wiary. Choć domy się wyprostowały, a wieże przemieniły w zabytki. Koniec końców, usiedli na polanie. Znalazła się butelka piołunówki. Siedzieli w milczeniu i popijali. Nie wznosili toastów. Stukali się kielichami, a zamiast brzdęku szkła, słychać było spadające gwiazdy. Jedna za drugą. I wreszcie deszcz gwiazd. Nad ranem posnęli. Opartych o siebie znalazł ich młynarczyk, który poszedł przed wschodem słońca nazbierać kwiatów dla swojej narzeczonej. Obudził ich wesołych śpiewaniem. Nie mieli wyjścia. Zamienili go w dąb i powiedzieli, dlaczego. Dzisiaj stoi na skraju sosnowego lasu. Jest stary i niewiele widział. Na takim odludziu! Ale tę historię pamięta i opowiedział mi, gdy zbierałam dla ciebie żołędzie.

Pomyślałam, że czas na mnie. Zgubiłam czyjąś duszę, więc jaki ze mnie stróż. W głowie sonata z trylem i niespodziewane ognie. A przecież nikt nie pozwolił mi na roztargnienie. Jeszcze jeden łyk i pójdę sobie. No i zbieram się. Słodki czar tanich uciech dla mnie. Przesuwam się do drzwi bez żadnej ostrożności. Wydaje mi się, że niektóre z pijanych oczu patrzą na mnie i dostrzegają moją niezgrabność. To oczywiście niemożliwe, ale – mimo woli – prostuję się i staram się robić dobre wrażenie. Nawet lekko się uśmiecham. Tak przepraszająco. Na wszelki wypadek, jakby rzeczywiście mnie zauważyli. I wtedy ktoś do mnie zagaduje:
- A panienka dokąd? Nie lepiej z nami zostać, pośpiewać, wypić za zbłąkane dusze czy za cokolwiek wreszcie?
Odwracam się i widzę mężczyznę, obok którego siedziałam. Uśmiecha się do mnie, a ja cała drżę. Jak mógł mnie zauważyć, jak to możliwe? Boże! Co za dziwny dzień! Wszystko zaczęło się tuż po wschodzie słońca. Mój podopieczny wstał wcześnie, ubrał watowane palto i ruszył przed siebie, aż zatrzymał się za rogatkami miasta. Dokładnie, stanął na mostku przerzuconym nad strumykiem. Oparł się o balustradę i patrzył w nurt. Znam go od dziecka i wiem, że czasami dopada go dziwna melancholia. Mruży wtedy oczy i siedząc na murku ze skrzyżowanymi nogami, patrzy gdzie bądź, czy to w stronę księżyca, czy na przechodniów, a czasem na spadające liście, gdy jesień niespodziewanie zastępuje rozgorączkowane lato. Nic mi wtedy do niego. Wiem, że po jakimś czasie otrząśnie się, może wypije piwo, może odwiedzi przyjaciela. Ja w tym czasie oddalam się i myślę o swoich sprawach. Czasami, ale to naprawdę czasami, udziela mi się jego nastrój. Nie powinno tak być, ale jednak bywa. Tym razem trwało to bardzo długo, więc znudzona oddaliłam się i usiadłam na brzegu beczki. Tak, zamyśliłam się i trochę o nim zapomniałam. Kiedy, w końcu, podniosłam wzrok w stronę balustrady, jego tam nie było. Nie zaniepokoiłam się, bo nie powinien był daleko odejść. Znam jego przyzwyczajenia, więc wiem, co zrobi. Pobiegłam w stronę miasta, ale nigdzie nie go nie znalazłam. Nie było go w domu, nie było u przyjaciół i wreszcie nie było nigdzie, gdzie mógł być. Latałam jak szalona. Cały dzień, cały Boży dzień. Ale nie znalazłam.

Potem wstyd i rozpacz, która nie przystoi. Jak to możliwe, żeby tak po prostu zniknął. To wbrew wszystkiemu i nie mogę tego pojąć. Więc, w końcu, ta gospoda, niespodziewany posiłek i wino. A teraz ten mężczyzna... Dlaczego mnie widzi przemawia do mnie jak do jakiejś zwykłej kobiety? Cóż! Jest, jak jest i muszę coś odpowiedzieć:
- Pan wybaczy, ale nic po mnie w tym towarzystwie. Ani ja do kielicha, ani do przyśpiewek – odpowiadam tak, jak wiem, że można odpowiedzieć. Coś jakby na odczepnego. I zbieram się do wyjścia.
- Co panienka może o tym wiedzieć? Ale skoro taka wola, to nie zatrzymuję.
A jak chciałbyś zatrzymać, myślę, ale nic nie odpowiadam, tylko wychodzę, uznając że widocznie ma dobrze w czubie i jakieś przedziwnie trafione rojenia. Na dworze mróz, jak rzadko. Nie wiem, co mam zrobić. Idę parę kroków, wchodzę w arkady i opieram się o kolumnę. Pomyślałabym, że śnię, gdybym kiedykolwiek śniła...

Kiedy tak siedziałem i siedziałem, przypomniałem sobie, kim jestem. Zrozumiałem, że to życie, to nie moje życie, ale jeden z rekwizytów. Na ogół się nie zapominam. Bo rekwizyt to rekwizyt. Wtedy ją zauważyłem. Nie rozpoznawała mnie i to było jasne, skoro ja sam siebie nie rozpoznawałem. Prawdę mówiąc, najpierw spostrzegłem kufel z młodym winem. Coś się stało, coś takiego, że dosypałem do niego ziół. Tych, które zawsze miałem przy sobie. Z początku nic się nie wydarzyło i byłem gotowy pomyśleć, że jedno z moich wcieleń strasznie mnie oszukało. Choć nie przywykłem, aby być oszukiwanym. Minęły trzy kwadranse i wtedy ją ujrzałem. Możecie myśleć, co chcecie. Nie zawsze, ale tym razem możecie. Ja powiem tylko, że była piękna. Nie! Nie tak, jak kobiety, które zniewalają od razu... Była piękna pięknem, którego dotąd nie oglądałem. Jej oczy we łzach i anielskie włosy...
Nie wiedziałem, co zrobić, ale kiedy zebrała się do wyjścia, odważyłem się przemówić. Nie wyszło to dobrze. I nie zatrzymałem jej. Odeszła.

Patrzyłem na zamknięte drzwi, w których zniknęła. Wiedziałem, już teraz wiedziałem, że kiedyś, , tamtego poranka, ją przechytrzyłem. Ale teraz nie chciałem jej przechytrzyć. Nie chciałby być nawet tym, kim jestem... W końcu zdecydowałem się znaleźć ją gdziekolwiek. Zapominając o płaszczu, wybiegam na ulicę...

Jest późna noc, może nawet świta. Nie ma już wielu oczu, które oglądałyby spotkanie słońca i księżyca. W pewnej sali, kamiennej, gdzie sufit wspiera się na siedmiu kolumnach i skrzy się gwiezdnymi ornamentami, jest stół, tak długi jak wieczność, jeśli można to sobie wyobrazić, ale nie można. Oświetla go jeden niepozorny lichtarz. Na dwóch krańcach siedzą dwie osoby. Prawie się nie widzą. Jeden jest postawny, nad wyraz wiekowy, jego brodę zdobi srebro, włosy ma zmierzone, spojrzenie jasne, trudno nawet powiedzieć, że badawcze, po prostu bystre i pogodne. Siada na twardym wysokim krześle, podwijając błękitną, która chyba trochę mu przeszkadza. Zanim spojrzy na swojego gościa (o tak!; tamten jest gościem, inaczej być nie może) sprząta z talerza kawałek niewiadomego ciasta. Jest trochę zasępiony, ale raczej przyjazny. Gość czuje się nieswojo. Choć wydaje się być sprawniejszy od gospodarza, nie może się dobrze usadowić na krześle, gdzie w dowód gościnności rozścielono dwie miękkie poduchy wypełnione pierzem, Bardzo delikatnie haftowane. W każdym razie osobnik sprawia ponure wrażenie. Krucze, długie włosy są nieco przytłuszczone, ostre rysy twarzy i ten czarny, pretensjonalny frak. I do tego w ustach zmiętolone cygaro. Od razu tez chwyta za kielich, który opróżnia bez namysłu. W oczach ma coś niedobrego. Ale może to tylko światło bladych świec? Nie wiadomo.
- Więc co u ciebie? – pyta ten który wygląda na starszego i niechętnie rozpoczyna rozmowę, bo wie, że tak przystoi gospodarzowi.
- Po staremu. A u ciebie? –bez przekonania, wypuszczając kłąb dymu, zagaduje drugi.
- Nie narzekam, choć powodów mam tysiące.
- To dobrze, powinieneś zachować pogodę ducha.
- Sądzę, że nie powinieneś mówić i moich powinnościach...
- Ja tylko tak. Ze zwykłej troski.
- O co się troszczysz, wiemy obydwaj dobrze. Prawda?
- A prawda co ma do tego? Robię, co robię. Chyba nie masz wątpliwości?
- Może się zdziwisz, ale mam bez liku. Ale ni będę z tobą o tym rozprawiać.
- Wiem. To znaczy, przewiduję. Nie lubisz moich argumentów.
- Owszem, lubię. Są do niczego.
- A jednak!
- Co to znaczy, do cholery, „a jednak”?
- A jednak trochę cię obchodzą.
- Argumenty? Twoje? Martwisz mnie?
- Staram się, jak mogę. Z tego zrobiłem nawet doktorat.
- Ja nie dałbym ci magisterium.
- A z historii? – tu gość zachichotał.
- Nie zaprosiłem cię tutaj, aby mówić historii. Dobrze wiesz, o czym chcę rozmawiać.
- Jasne, że wiem. I przyznaję, że to trudna sprawa.
- Trudna, nie trudna. Rychła – gospodarz jakoś mimowolnie wzniósł toast i obaj zgodnie, choć trudno to sobie przedstawić, wypili do dna. Nawiasem mówiąc, trunek nie był lichy. Wręcz niebiański.
- Powiem ci, co myślę. Uważam, że zabrnęli za daleko i nie wiem, jakie mogą być skutki. Innymi słowy, martwię się o nasze stołki.
- Może słusznie, ale mają przecież wolną wolę.
- Nie mówi mi o woli. Przede wszystkim chodzi o obowiązki! – niestety, gość stłukł kielich, co potwierdza, że niezbyt był obyty z dobrymi manierami. I w ogóle nieprzyjemny.
- Mimo wszystko, przymknąłbym oko.
- Przymknąłbyś oko? A może pomyślałbyś o mojej reputacji? Co? – i zaczął przewracać gałami.
- Co do twojej reputacji, to poczytaj trochę literaturę. Polecam te najbardziej dogmatyczną. Nudna, ale zdaje sprawę dokładnie.
Gość się zacietrzewił. Wypluł cygaro na podłogę. Och! Tę wspaniałą, delikatną podłogę. Coś jeszcze wybełkotał. W końcu warknął. Z ust popłynęła mu ślina. I zamilkł.
- Miło się z tobą dyskutuje. Ale pozwól, że w tym wypadku ja będę decydował. A w zasadzie, już zdecydowałem. Zaprosiłem cię tylko dla zasady.
- Dla czego?
- Dla tego, co ci jest obojętne, a mnie – wręcz przeciwnie.
- Wybacz, ale jeśli ten przypadek to zasada, to z ciebie taki sofista, jak z gęsi czort.
- Proszę, wybaczam. I nie dziękuj. Co do sofistyki, to mam ją bardzo głęboko – powstrzymał się, po czym zaniósł gromkim śmiechem. I długo nie mógł się opanować.

Nad miastem przeszły grzmoty. Jakby ktoś śmiał się wniebogłosy. Rzadka rzecz o tej porze roku. Usiadłam na chodniku, a policzkach spływały mi gorące łzy. Wtedy poczułam chłód kamiennej ściany i zapach nadchodzącej burzy. Ale poczułam tak, jak nigdy dotąd. Dojrzałam, jak w przepływających ciężkich i porozrywanych chmurach prześwituje słońce i księżyc. Nie miałam wątpliwości. To było zaćmienie. A może to były tylko łzy. Och! O wiele cięższe, niż zasmucenia, które znałam. Opuściłam głowę. I wtedy usłyszałam czyjeś kroki. Chwilę potem ciepła, lekko spocona dłoń dotknęła mojego policzka. Nie wiem, czy ten świat znał bardziej rozpalony pocałunek. Nie wiem, bo skąd mam wiedzieć? Po chwili usłyszałam:

- Kocham cię. Być może zawsze cię kochałem.

NOC WE FLORENCJI

Margaret Weiss była bez wątpienia kobietą niezwykłą, bo czy można sobie wyobrazić niemiecką malarkę mieszkającą we Florencji w pokoju na poddaszu, dorabiającą w nocnym barze jako kelnerka, a na dodatek pilną słuchaczkę wykładów z historii mody. Może jest to do pomyślenia. Jak również jest do pomyślenia, że jest wysoką, szczupłą brunetką o piwnych oczach, nogach dłuższych od przyzwoitego wyobrażenia o nogach i w ogóle o urodzie przekraczającej granice teorii poznania. Jakby tego było mało, panna Weiss ma charakterek, który sprawia, że mężczyźni trzymają się od niej z daleka bowiem ilość sarkazmu i ironii przypadających na minutę męskiej odporności jest bardziej bolesna od potężnego kopa w tyłek. To nie ułatwia jej życia lub ułatwia jej życie w zależności od okoliczności. Rzecz w tym, że Margaret nie dba o okoliczności, gdyż jej zdolność do kompromisu błąka się w okolicach bezwzględnego zera.

Budzi się codziennie o godzinie dziesiątej. Szybki prysznic, gimnastyka, spacer przez pobliski park, wreszcie śniadanie w bistro: drożdżówka ze słodkim serem na gorąco, kawa, papieros i jakikolwiek tygodnik kulturalny. Potem trzy godziny malowania niezależnie od natchnienia, więc czasami mozolne dobieranie pasteli, aby uzyskać ulubiony efekt składający się z tła gwieździstej nocy i postaci w kwiatowych sukniach zagubionych we własnym śnie. Margaret nie zna odstępstwa od porannej reguły i od jednego obrazu, który maluje przez całe życie. A jest to obraz, który nie przedstawia nic poza lunatyczną ucieczką przed życiem, którego nie zna i które jest, o ile jest. Wczesnym wieczorem siada na murku w pobliżu Ponte Vecchio i czeka, aż przyjdzie do niej Alighieri. A ponieważ nie przychodzi, ubiera swoją słodką służbową spódniczkę i nie bez goryczy patrzy w oczy tych, którzy zamawiają kieliszek wódki lub kieliszek czegokolwiek. Zawsze jest tak samo.

Jednak pewnego styczniowego poranka nie ma bułeczek z serem, a ekspres do kawy jest zepsuty. Na dodatek dosiada się schludny młodzieniec o urodzie pretendującej do miana transwestyty i bezczelnie twierdzi, że ma u siebie drożdżóweczki z serem i doskonała kawę, i mieszka nieopodal. Panna Weiss rzuca na niego roztargnione spojrzenie i odpowiada trzeźwo:
- Mam ochotę na lasagne. I zieloną sałatę w sosie czosnkowym. Chcę też, żeby zaraz była noc. Jak będzie noc, to pójdę z panem.

Był pogodny mroźny dzień. Wróciła do siebie i zamówiła pizzę Le Quatro Stagioni. Potem wypiła kieliszek sherry. Zasnęła i spała cały boży dzień. Obudziła się dopiero, gdy był najwyższy czas, aby biegnąć w te pędy do baru. I pobiegła. I było, jak zwykle, bo zawsze w nocnym barze jest tak samo. Tylko tym razem przydarza się jakiś jednowymiarowy nudziarz usiłujący namówić ją na kieliszek grappy. Około czwartej, czyli w porze zamknięcia lokalu natręt o twarzy bielszej niż trupie odcienie bladości szepcze jej do ucha Kupiłem wszystkie pani obrazy, a pani nawet nie chce poświęcić mi chwili. To bardzo przykre, Margaret, naprawdę bardzo. Dziewczyna podaje mu płaszcz i łagodnie wypraszającym gestem wysyła go w mrok gęstej nocy. Nad ranem miasto jest spokojne.

- Panno Weiss, sprzedaliśmy wszystkie pani obrazy. Proszę zajrzeć do nas i odebrać pieniądze. Telefony tej treści budzą ją nieco wcześniej niż zwykle. Dzwonią ze wszystkich galerii, gdzie oddała swoje dzieła w komis. Już wczesnym popołudniem jest na tyle zamożna, że nie musi myśleć o pracy w barze. Niestety, nikt nie mógł jej powiedzieć, kto jest kupcem, choć we wszystkich przypadkach była to kobieta o delikatnych rysach, bardzo elegancka i podobno nieco staroświecka w obyciu, choć młoda. Margaret decyduje, że jeszcze przez tę noc będzie pracowała, najpewniej mając nadzieję, że odwiedzi ją blady zwiastun niespodziewanej fortuny. Jednak nic takiego się nie zdarza.

Margaret siedzi przed sztalugami. Kolory nie układają się, a puste płótno odbija jej zakłopotany cień. I tak jest od paru tygodni. Nienamalowane medytacje wysnuwają melancholijne konkluzje, które naprawdę nie są żadnymi konkluzjami. Czy rzadko zdarza się, że nie jesteśmy tacy, jakbyśmy chcieli? Mniejsza o to. Mija jeszcze parę dni i malarka Weiss siedzi nad brzegiem rzeki z butelką Montepulciano d’Abruzzo. Jej poszarzała twarz jest zdumiona, ale mętna woda nie odbija wizerunku. Jakby żaden obraz nie był już możliwy.

W końcu nadchodzi lato i zmienia tożsamość miasta przydając mu charakteru, którego nie ma, pospolitego wyrazu odszukanego w byle jakich bedekerach. Noce są krótkie i bezsenne, czyli długie. Mury i bruk zbyt nagrzane by dawać ochłodę. Pizza jest beznadziejna, o ileż mniej wykwintna niż w Berlinie a przyjezdni poeci brudni i nieogoleni. Biedna Margaret przechodzi przez stary most i nie wiadomo dlaczego, postanawia kupić sobie pierścionek. Taki z głupawym rubinem. Sprzedawca, nad wyraz staranny i pachnący wodą różaną, patrzy uważnie w jej piwne oczy i nieśmiało, czy też bezczelnie doradza lub odradza Panienka wybrała tę tandetę przez roztargnienie, jak mniemam. Jeśli wolno, doradziłbym ten oto skromniejszy opal. Jest mniej gadatliwy, a więcej mówi. Albo nie mówi nic. Jest jak płótno naciągnięte na sztalugi. Można z nim wszystko zrobić, ale można z nim nie robić nic. To zależy od światła. Margaret nie słucha. Wydaje jej się, że gdzieś go już widziała. Na wszelki wypadek odsyła go w diabły i kupuje pierścionek z rubinem. Jest wtorek.
Gdy dzień zrównał się z nocą, Margaret Weiss była bliska szaleństwa. Nie widziała w życiu nic sensownego poza malowaniem obrazów, ale obrazy nie chciały się malować. Zamknięto jej wrota, które z łatwością otwierała nawet, gdy umysł był ociężały, a dusza wcale nie lotna. Do pewnego momentu wystarczył upór i ta doza zawziętości, która pozwala konsekwentnym tropicielom iść po śladach, co nie zostawiają ani zapachu ani dość przekonującego kształtu. Oto jest pustynia, a na niej wędrowiec, który nie umie czytać gwiazd, w bukłaku ma zaledwie dwa łyki wody, a wiatr zwiastuje nadchodzącą burzę i śmierć zawsze pewną, ale teraz rychłą i niestety powolną. - mówi do niej ktoś, kto usiadł za jej plecami na trawniku ogrodu, po którym niegdyś przechadzała się bezwzględna historia nazwana później odrodzeniem, historia obfita w płótna i freski, nie znająca kompromisu i ułomnie zdająca sprawę z lekcji moralności. Widzisz, panie nieznajomy, przypowieść zawsze chce mieć rację i prawie zawsze ją ma. Ale racja jest zbytkiem, gdy nie ma konsekwencji. Tak jest i z twoim obrazem. Jednak ciekawi mnie, skąd ta adekwatność? - Margaret odpowiada patrząc w swoją stronę. Nieznajomy nie czeka z odpowiedzią: Adekwatność może być dziełem przypadku lub wiedzy. To też odróżnia od siebie przypowieści. Namaluj moją, a otrzymasz sowite wynagrodzenie. Jeśli masz talent, nie zwlekaj, a jeśli znasz rzemiosło, kup sobie butlę z Montepulciano i zważ, ile go masz. - kończąc podał dziewczynie butelkę podłego wina stołowego. Ona wciąż nie patrząc na niego pociągnęła łyk i poczuła, jak ogarnia ją uczucie otuchy. Łyk cierpkiego cienkusza dał jej słodycz, którego ani się spodziewała, ani domagała. Czy naprawdę chcesz, żebym to namalowała? Miły głos przytaknął i słychać było jak nieadekwatnie siorbnął. Margaret roześmiała się i zaraz potem odwróciła, aby zobaczyć z kim rozmawia. Nie było za nią nikogo

Malowała do rana. Ze starannością i uwagą napiętą do granic możliwości. Jej piwne niemieckie oczy były szeroko otwarte. Z ulicy dochodził gwar pospolitego świętowania. Nie zważając nań, dobierała piaskowe kolory, aż płótno zaciągnęło się pustynną burzą o przejrzystości waty cukrowej i wirem, który był namiętnością i klęską. Przenikliwy wzrok doszukałby się śladów na piasku, śladów kogoś, kto umknął w ostatnim momencie i być może jest bezpieczny.

Kac obudził ją w południe. Na sztalugach rozciągało się puste płótno, do którego ktoś wpiął dorodną czerwoną różę i bilecik. Odręczna kursywa niedbale oznajmiała To jest ostatni dzień twojego życia. Wykorzystaj go. Mógł to być ponury i okrutny żart. Mogła to być sokratyczna psota. Mogło to być jakieś absurdalne nieporozumienie. I niestety mogła to być trudna do uwierzenia przepowiednia, prawdziwa i doskonale wymierzona, jak sztylet zmierzający do serca. Jakkolwiek racjonalne były poglądy Margaret na życie, śmierć i te wszystkie sprawy, to wszystkie one wnet ją opuściły zapisując się w niezbyt ważnej księdze teorii. Teraz istotne było tylko jedno pytanie Co robić? Co robić? Nawet, gdy siedziała już w pobliskim bistro i mocno ściskała w ręku szklankę z poczwórną whisky pytanie narzucało się nie mniej niż namolny gość. Tak mogło to trwać w nieskończoność. Ale nie trwało.

Panna Weiss wróciła do swojej pracowni. Zdjęła letnią sukienkę, naciągnęła bladoniebieskie dżinsy, w których jej nogi zdawały się być dłuższe niż były, choć to przecież niemożliwe. Założyła białą bawełnianą koszulę i sięgnąwszy po paletę i pędzel zaczęła wykorzystywać ostatni dzień swojego życia. Szybkim ruchem zamalowała złowróżbny napis, bo już od początku wydał jej się zbyt dydaktyczny i rozpoczynając od ogórkowej zieleni poprzez wesoły pomarańcz doszła do błękitu, który był jaśniejszy od paryskiego i nie wiadomo dlaczego przygnębiający. Przez dłuższą chwilę przyglądała się filuternie tej niespodziewanej mieszaninie i zaraz starannie wyciągnęła kształt postaci, jakby szkicowanej węglem, ale naprawdę narodzonej z rozmazanego grafitu. Była to mała dziewczynka wymachująca torbą z bagietkami maszerująca po kałużach, w których niedbale odbijał się świat, jakiego nie było. Bezkształtny, radosny i zanikający. Kiedy skończyła, było już dobrze po południu.

Na bosaka, trzymając oburącz nie wyschnięte płótno pobiegła do najbliższej galerii. Położyła obraz przed wypłoszowatym żydowskim marszandem i zażądała gotówki. Blady typek z przydługimi bakami, ani trochę Toskańczyk, spojrzał na obraz i udając, że mierzy jego artystyczną głębię, przesuwał w głowie liczydło wyliczając zyski, jakie przyniosła mu ostatnio sprzedaż obrazów panny Weiss. Otworzył usta, jakby chciał się targować, ale spojrzawszy w chore oczy artystki natychmiast odliczył nieprzyzwoitą ilość banknotów. Obraz był naprawdę niesamowity.

Od zachodu nadciągały chmury rozciągnięte jak twarze Modiglianiego. Wiał ciepły silny wiatr. Pachniało deszczem. Restauracje zapełniały się zapobiegliwie, a na ulicach pustoszało. W końcu zaczęło lać. Margaret wcisnąwszy zwitek banknotów w tylną kieszeń dżinsów Trussardiego przeskakiwała wciąż na bosaka przez kałuże. Mokre włosy przyklejone do policzków. I jakiś taki niepospolity uśmiech, który być może przydarzał się Giacomo Leopardiemu, gdy kończył moralizować. Patrząc na nią można było spróbować nic nie rozumieć. Ale nikt nie patrzył.

Margaret przekręciła klucz w zamku, raz i drugi. I jeszcze parę razy. Zamek najwyraźniej zaciął się i drzwi ani drgnęły. Krople skapywały na wycieraczkę. Wściekła, zaczęła przeklinać na głos, jakby wśród tego brudu mogło się znaleźć jakieś szczęśliwe zaklęcie. Wreszcie dała spokój i bezsilna przycupnęła na schodach. Patrzyła z rezygnacją w szklaną rozetę, po której bębnił deszcz, a jego rytm nie składał się w nic sensownego. To wzbudzał się anachronicznymi solówkami w stylu Ringo Starra, to wyciszał jak Billy Cobham ustępując pola bocznemu wiatrowi. Margaret wtuliła głowę w kolana i próbowała powstrzymać płacz. Gdyby nie kroki na parterze, pewnie by się nie udało, ale oparła się o mosiężną poręcz, pochyliła głowę i zapytała przez ściśnięte gardło Jest tam kto? Stukot ciężkich buciorów zbliżał się.. Powoli zaczęła się wycofywać i co raz ponawiała pytanie. Buciory były coraz bliżej. Nie wiadomo, czy po skroniach spływały jej krople z mokrych włosów czy też był to pot, posłaniec strachu.

Najpierw kopnął ją w brzuch i opluł. Nie miał więcej niż osiemnaście lat. Twarz bez wyrazu, włosy na jeża w kolorze liliowego bzu, trądzik na czole. Był silny i wysportowany. Kiedy próbował zdjąć z niej nadzwyczaj opięte i sfilcowane od wilgoci dżinsy niedorzecznie mamrotał . Próbując się bronić Margaret zdążyła pomyśleć, że jej koniec jest nie tylko pospolity, ale bardzo, bardzo nieestetyczny. W całej tej szamotaninie odnalazł się sens dynastycznych sporów, cała historia walki brzydkiego z ładnym i uprawomocnionego z przypadkowym. Nie w każdej z tych sytuacji racja była po stronie Margaret, bo cóż jej na przykład do dziedziczenia, czego i po kim. A jednak, gdy ugryzła go w genitalia, sprawiedliwość nie bez przyjemności potoczyła napastnika w kierunku znanym dobrze Dantemu, choć do kręgu, gdzie próżno było szukać wspólników losu. Jego kręgi nie miały nic wspólnego z półpiętrami. Drzwi do mieszkania Margaret otworzyły się same. Czy trzeba los ugryźć w jaja, aby umrzeć u siebie? - zapytała zwalając się na wyrko i mając w nosie wszelkie wyroki Boże.

Nie mogła zasnąć i nie mogła nie spać, więc gdzieś na granicy rzeczywistości borykała się z własnym przypadkiem, któremu - mimo wszystko - próbowała stawić czoła. Tymczasem deszcz ucichał, a niebo przejaśniało się rozciągając nad miastem gwiaździstą noc. Co bardziej wrażliwi malarze snuli się wzdłuż rzeki Arno w poszukiwaniu genialnych refleksów i zwodniczych inspiracji. Ich pijane cienie rozmywały się na parującym bruku w oczekiwaniu na adekwatne potępienie lub mniej adekwatne zbawienie. Znowu było duszno. Zegar na wieży któregoś z kościołów wybił godzinę jedenastą. Właśnie wtedy, ktoś otworzył kluczem drzwi mieszkania panny Weiss. Była to bardzo elegancka kobieta ubrana w sukienkę sięgającą połowy łydek i efektowny kapelusz z woalką. W jednym ręku trzymała delikatnie cygaretkę w lufce, a w drugim małą żółtą torebkę, która zupełnie nie komponowała się z czernią stroju i bladą karnacją, o której można było orzec na podstawie odsłoniętej skóry pomiędzy długimi rękawiczkami a krótkimi ramiączkami sukienki. Gość czy intruz rozsiadł się w fotelu obitym amarantowym suknem, wypuścił dym prosto w twarz leżącej na lewym boku Margaret i zażądał cudownie zachrypniętym głosem kawy i amaretto. Półprzytomna gospodyni nalewając kawę z termosu i jednocześnie zastanawiając się jak to jest możliwe dochodziła do siebie i martwiła, że w domu nie ma ani amaretto ani żadnego innego słodkiego trunku, który mógłby choćby zagrać rolę likieru towarzyszącego zwykle takim okazjom. Na szczęście pani w kapeluszu wyciągnęła żądany trunek z żółtej torebki i napełniła dwa kieliszki, wydobywszy je z kredensu tak, jakby zwykła powtarzać ten rytuał może nie od zawsze, ale wystarczająco często. Słuchaj, panna, nie podoba mi się, że nie jesteś gotowa. Rozumiem, artystka, ale na taką okazję trzeba się jakoś ubrać, lekki makijaż też byłby nie od rzeczy. Już nie mówię o twojej dyspozycji psychicznej, zbolała mina i brak czarodziejskiego uroku, to nie jest en vogue. Daję ci pół godziny i masz być boska. I nawet nie próbuj odgrywać komedii. To przecież tej nocy rozpoczyna się twoje nowe życie.

Nie minęły trzy kwadranse, a Margaret była piękniejsza od Beatrice i bardziej czarowna niż którakolwiek z wysoko urodzonych lafirynd toskańskich w okresie od średniowiecza do współczesności. Trudno powiedzieć, jak to się stało, ale tuż przed północą siedziały na skuterze, który prowadzony przez nieznajomą wiózł obie gdzieś na obrzeża miasta. Były w doskonałym humorze i śmiały się wniebogłosy. Było dobrze po północy, kiedy przybyły na miejsce. Powitał je tłum wyfraczonych gości i transparent, na którym niedbałym pismem było wypisane Margaret Weiss – Wernisaż Magiczny. Kobiety w długich sukniach nie mogły nawet śnić o strugach szampana, który oblał obie spóźnione piękności. Bezstronny obserwator mógłby nawet dojść do wniosku, że spóźnienie było starannie wyreżyserowane. Skądinąd wiadomo, że bezstronny obserwator – według reguł znanych naszemu światu – jest mało prawdopodobny.

Potem przechadzano się pomiędzy znakomicie wyeksponowanymi pracami Margaret, dyskutowano popijając Martini i Grand Cru i co raz komplementowano malarkę i to z nie byle jakim znawstwem, które wystawiało świadectwo starannego doboru towarzystwa. Nie dziwnego, że nasza bohaterka poddała się bez reszty atmosferze uwielbienia zapominając o wszystkim, co ją spotkało ostatnimi czasy. Bo prawdą jest, że kobiety łatwo dają złapać się na błyszczek pochlebstwa, szczególnie gdy wyszedł on z nie lada warsztatu. Na domiar blichtr tego przedstawienia, bo możemy chyba użyć takiego słowa wiedząc o kulisach nieco więcej niż sympatyczna panna Weiss, spowodował, że Margaret nie wyciągnęła tak pożytecznej broni, jak stępiony nawet sztylet sceptycyzmu. To też przyjmowała bilety wizytowe, na których - przed nazwiskami - ciągnęły się wykwintne skróty, a nie pojawiały się nazwy szacownych instytucji, które mogłyby owe wężyki uwiarygodnić. I jakby tego wszystkiego było mało, zmniejszyła niegdysiejsze dawki sarkazmu i ironii do takich racji, aby poznać słodycz bycia uwodzoną. Ale iluż śmiertelnych zdołało się oprzeć pokusie próżności skoro i bogom bywała ona w smak? Ale to nie przykład bogów ośmielał Margaret, ani jej imienniczka z powieści pewnego Rosjanina, ani nawet szalona Gretchen krocząca wprost do piekieł na jednym ze znanych obrazów. Otóż w niewielkim oddaleniu, oparta o srebrny fortepian jej przewodniczka dała się adorować całkiem licznej grupce osób, i to płci obojga i jeszcze płci w paru przypadkach doprowadzonych do perfekcji kształtu jeśli nawet uznać, że de gustibus non disputandum est.

Właśnie wtedy Margaret usłyszała, że tajemniczą kobietę w kapeluszu z woalką tytułuje się tutaj hrabiną nigdy jednak nie wymieniając jej nazwiska. Nikt też nie zwracał się do niej po imieniu, choć frywolny nastrój nie wydawał się sprzeciwiać tego rodzaju poufałości. Plotkowano o nieobecnych, co raz gromkim śmiechem kwitując pikantne szczegóły z ich życia intymnego, które dziwnym zbiegiem okoliczności było co raz wystawiane na widok publiczny za sprawą dobrze poinformowanych świadków, którzy właśnie zdawali sprawę ze swojej dyskrecji. A to, na przykład, Baron von Gaigenstein (a jakże, nazwisk w tym wypadku nie szczędzono) podczas pikniku nad jeziorem zaprosił pannę Lizę (narratorkę tej krótkiej opowiastki i to , zdaje się, narratorkę wszechwiedzącą) na konną przejażdżkę, w czasie której opowiadał, z początku, o kolorach Nowej Fali, manierach Der Blaue Reiter (choć jego strój do jazdy konnej był nienagannie czarny, jak i klacz, której dosiadał), szaleństwach Goyi. Koniec końców wyznał, że marzy, aby namalować zupełnie wyuzdaną martwą naturę, w kolorach sepii dających ten niesamowity oddech dekadencji kolorystów, z udziałem majtek panny Lizy (tu gromki śmiech towarzystwa). Ona, rzecz jasna, oddała mu swoje majteczki w kolorze cynobru i zrobiła ten gest w stronę degustatora malarstwa, a takoż praktyka, nie zsiadając z konia. Rzecz w tym, że wie, iż von Gangenstein namalował swoje opus magnum, po czym pokroił bławatkowe majteczki i posypał nimi budyń waniliowy, który zjadł nie tylko ze smakiem, ale też dając się biczować pejczem Hrabinie. Tu obecnej i bynajmniej nie próbującej zaprzeczyć. Tyle usłyszała Margaret.

I tak owo niespodziewane przyjęcie toczyło się swoim wyszukanym, choć momentami, niewybrednym sposobem, do momentu, gdy większość gości, ulotniła się po angielsku. Hrabina i Margaret dosiadły niewygodnych stołków przy barze. Długo milczały, a milczenie ich było puste i nie chciało odnieść się do żadnego zdarzenia. Nie zawierało też żadnych pytań, które chciałaby się nasunąć, ale widać nie były dość przemyślane, aby skutecznie zakończyć się wziętym zawijasem z kropką na dole. A może były głupie lub mądre? Na pierwsze się nie odpowiada, a drugich unika. Więc siedziały tak i siedziały. Nie było nikogo, kto chciałby przerwać tę ciszę, choć zwykle taki ktoś się zdarza. Siedziały tak długo, aż zrobiły się niewidzialne.

Mniej więcej o tym samym czasie, którego wyjątkowo było ponad potrzebę, na drugim końcu miasta pewien trupio blady jegomość pisał dzieło swojego życia. Z tego, co wiadomo, nie była to praca zbyt twórcza bowiem głównie składała się z jednego cytatu, a komentarz ograniczył się do jednego zdania: Dlaczego człowiek zwykle budzi się nie po tej stronie oczywistości, po której mógłby oczekiwać, że jest tą, którą przed nim do tej pory skrywano ze względu na jakiś plan istoty wyższej i czy nie mógłby się obudzić raz po właściwej stronie?

Margaret obudziła się z nieznośnym bólem głowy. Poza tym wszystko było na swoim miejscu. Otworzyła okno, za którym żyła już Florencja malując pierwsze zgorszenia i sprzedająca złoto. Było duszno, więc zrezygnowała z gimnastyki. Popijając drożdżówki wyborną kawą uważnie przypatrywała się wszystkiemu i wszystkim. Próbowała również przypomnieć sobie, co zdarzyło się ostatniej nocy i jeszcze wcześniej. Ale pamięć zawodziła. Poprosiła kelnera o gazetę, ale nie miał dzisiejszej. Zapaliła papierosa Nie smakował jej. W zasadzie nic się nie zdarzyło, ale analizując tych parę szczegółów, doszła do wniosku, że umarła. Zrobiło jej się żal ostatniej nocy, której nie wykorzystała i ostatniego obrazu. Poza tym było jej wszystko jedno. Zamówiła jeszcze jedną kawę.

Po tym wszystkim wyszła na ulicę i szła przed siebie, jak idą zwykle ci, którym jest obojętnie w sposób idealny. Szła w górę rzeki nie spoglądając ani na wioślarzy zmierzających w tym samym kierunku, ani na skośnookich turystów mierzących obiektywy w kierunku przeciwnym, ani na celtyckie łodzie wyrzeźbione w złocie, ani na spękane freski zmęczone historią sztuki i frazesami powtarzanymi na okrągło, aby tylko powtarzać. W końcu minęła przedmieścia i poprzez wzgórza, na których rozsiadły się gaje oliwne i winnice, tudzież rzadkie studnie, z których czerpała wodę dającą ukojenie, dotarła do czarnego i złowróżbnego lasu.

Na pogrzeb Margaret przybyło znacznie więcej osób niż mogłaby się spodziewać.

SALSA NA ŚMIERĆ KOCHANKÓW

Historia wiarołomstwa jest nie lada księgą. Nie darmo Iwan III podpisał się pod swoim testamentem „bardzo grzeszny sługa Boży”. Nie każdy mógłby rościć pretensje do tytułu cara, ale ilu mogłoby sobie odmówić tytułu widniejącego pod zapisem ostatniej woli moskiewskiego autokraty. Chyba tylko rzesze ateuszy, którzy przebierają nogami w Czyśćcu, o ile nie przesuwają nerwowo palców po paciorkach różańca. Tylko dobry bóg raczy wiedzieć, jak się sprawy mają. Dość jednak powiedzieć, że nie kto inny, jak rzeczony hegemon zrezygnował z koronowania swojej głowy przez papieża, choć dałoby mu to splendor tak potrzebny w politycznym marketingu świata Zachodu. Uznał to jednak za wiarołomstwo wobec dumy Moskali. Tak powstał „Trzeci Rzym”.

Pojęcie zdrady jest pojęciem – choć niezwykle użytecznym – to przecież chromym. Bo zdrada jest prawie niemożliwa. Przejście na stronę nieprzyjaciela jest tylko zmianą poglądów lub przynależności A wtedy wszystkie nasze wzorce diabli wzięli. A przecież nie wzięli.

Pouczająca będzie historia niejakiego Jose Carlosa Sobriny, kubańskiego poety żyjącego. choć w epoce nowożytnej, bo w latach osiemdziesiątych XX-ego wieku, to przecież w miejscu reliktowym, a zarazem kultowym dla wielbicieli rewolucji spod czerwonego sztandaru. Rzeczony Jose Carlos licząc sobie tyle lat, ile Rimbaud, gdy pisał „Statek pijany”, należał jeszcze do stowarzyszenia ultraliberalnych artystów, którzy zwykli spotykać się pod osłoną nieba w nędznej dzielnicy Hawany, aby w świetle świec i przy dźwiękach salsy, gdy jeszcze nie miała dobrych widoków na o wiele późniejszą karierę medialną, ściszonym głosem dzielić się poematami i balladami. Sztuka, którą się raczyli przeplatając wcale niezłym rumem była namiętna, jak głosy Ferlinghettiego i bitników, przesycona do bólu pragnieniem wolności i powinnością buntu. Ileż takich zgromadzeń widziała historia, ile płonących oczu przebijało mrok, aby wykrzesać iskrę nadziei w imię własnych planów poświęcając nie raz dla sprawy swoje życie, które w oportunizmie mogło płynąć gładko, choć służalczość, z wyjątkiem pewnych natur, wcale nie jest komfortowa. Ex definitione.

Stowarzyszenie, z którym złączył się Sobrina nie miało żadnej nazwy ani klarownego manifestu. Mimo to nazywano ich El Sol i odczytywano poglądy jako ultraliberalne, a metody planowanej walki o zadośćuczynienie marzeniom uznawano za radykalne. Ci, którzy o nich wiedzieli, ściślej ich definiowali niż by sobie winszowali. Bo w gruncie rzeczy, każdy z nich był inny. Różnili się w poglądach na sztukę, poszukiwali różnych wzorów. Byli tacy, jak gitarzysta Alvarez, który nie miał żadnych specjalnych sądów poza nutami, których zapisu nieświadom, zwykł grywać w szczególnej aurze melancholii od zmierzchu do świtu. Jego przyjaciel Luis pisał krótkie eseje, pod którymi podpisałby się niejeden nihilista, a pewnie uczyniwszy to, zląkłby się samego siebie i podwinął ogon. Agnes pisała wiersze w rytmie marszu, prowadzące gdzieś przez pola trzciny, kanarkowe plaże w stronę nieskończoności, gdzie Indianie palili haszysz przenoszący w bezkres wolności i miłości. Wreszcie Sanchez szkicujący na własnoręcznie czerpanym papierze, barwionym na kolor czerwonej ochry Ikary i Anioły w manierze bardziej frankońsko - kalabryjskiej niż jakiejkolwiek innej. W ciężkie wilgotne noce zbierali się w niewielkim mieszkaniu starej Macareny i bez reszty wypełniali powietrze śpiewną recytacją, nostalgicznym śpiewem, kłótniami, śmiechem, ledwie co pozostawiając miejsca na dym cygar i coraz szybsze rumowe oddechy. Szczególnie, gdy przed świtem tańczyli na bosaka rozgrzeszając różnice zdań w transie salsy. Tacy to byli ultraliberałowie. Budziła ich brązowa yerba mate i placki z kukurydzy, jedne z cudów Macareny, którą czcili jak Matkę Boską Płaczącą. Ale ona wiecznie się uśmiechała, bo byli jej wolnością. Tyle jej było do zbawienia.

Ludzie z El Sol byli piękni. Stworzyli wyspę na wyspie. I chociaż ich radykalne poglądy nie miały specjalnych widoków na przemienienie się w czyn, to przecież panujący tu system nie mógł ich tolerować, gdy zostały już dostrzeżone czy wyśledzone, jak pewnie trafniej będzie powiedzieć. Ale zamiast funkcjonariuszy w ciemnych okularach, którzy tutaj pukają między czwartą a szóstą, czyli w porze salsy, w drzwiach mieszkania Macareny stanęła Dolores Diaz. Była piękna, młoda, ubrana w krótką białą płócienną sukienkę. Po prostu zwabiła ją muzyka i zapytała, czy może potańczyć. Pewnie w każdym innym przypadku zostałaby odesłana w diabły lub przynajmniej na ulicę, którą rozjaśniały pierwsze promienie słońca. Ale jej uroda i wdzięk sprawiły, że dopuszczono ją do zabawy. Trudno powiedzieć, jaką rolę odegrał w tym El Ron de Cuba.

Gdy słońce Karaibów paliło szaro białe ulice i gdy herbatka z plackami została spełniona, Juan Carlos ofiarował się, że odprowadzi ją do domu. Okazało się, że miała rower, ale nie odmówiła, gdy zaprosił ją na wieczorny spacer. Mieli spotkać się o ósmej na plaży koło baru La Luna. Ale już koło wpół do piątej było wiadomo co się święci, gdy Jose Carlos wziął prysznic, starannie się ogolił i wyciągnął z szafy amerykańską koszulę, której wartość trudno przecenić w tym miejscu na południe od Florydy. Nawet on sam zauważył, że jego toaleta trwa o dwa wieki dłużej niż zwykle. Do tego jeszcze czuł, że jakiś kwiat rozkwita mu w żołądku, a każdy nienapisany wiersz ma tytuł „Dolores”. Wszystko było jasne.

Rozmawiali o tym i owym. Szli plażą dwa kroki od siebie i wydawało się, że będą tak szli i szli. Gdzieś około północy Juan opowiedział jej o powieści Denona „Bez przyszłości”. Tylko w tytule zamykała się diagnoza miejsca, w którym żyli. I właśnie wtedy, najzupełniej niespodziewanie Dolores pociągnęła go za ramię i pocałowała w usta. Jak na starym dobrym europejskim filmie. Usiedli na piasku i patrzyli w morze, za którym – gdzie by nie spojrzeć – było inne życie. I gdy już wystarczająco pomilczeli, ona uśmiechnęła się i trochę na przekór wszystkiemu wyszeptała: Wiesz, Jose? Jestem komunistką.

Widać było, że nie był na to przygotowany. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i wyraźnie widział czapkę Che Guevary. Tak, tę z czerwoną gwiazdą pośrodku. I wtedy ona, prawie szepcząc, opowiedziała mu o jednym z listów Antonio Gramsciego. Wtedy już wiedział, że kocha ją ponad wszystko. A szczególnie ponad idee, które ciężkimi buciorami waliły w bruk wystukując poemat rozpoczynający się od lewej nogi, a kończący strzałem w tył głowy. Bo miłość nie zna granic albo nic o nich nie wie.

Ich historia była prosta i nie różniła się w żaden szczególny sposób od tysięcy innych romansów, nic sobie nie robiła z przeszkód, które pokonywały córki gwelfów rzucając się w ramiona gibellinów, a nawet wdzięczne anielice poddające się mrocznemu urokowi diabła, choćby ten był zaledwie niskim urzędnikiem w swoim stanie. Wszak jeśli dysponował ziemską powłoką, hardą postawą, mrukliwym głosem i jeszcze na dodatek mieszkiem złota. Szukali towarzystwa, aby pokazać gorące pocałunki i ukradkiem przesyłane spojrzenia, jeśli rozdzieliła ich zbyt duża przestrzeń wypełniona tańcem i dymem, unikali towarzystwa, aby samolubnie dzielić się tym, co im tylko zostało przyrzeczone. Życie miało niepowtarzalny smak i urok niekwestionowania. Lekko pachniało potem i różami. Brzmiało jak kancona w dyscyplinie sonetu. Do czasu, gdy ciężkie metrum marsza nie wydobyło się spod zmysłowej powłoki obłoków, aby w ostatecznym końcu wydrapać na murze sześć stóp daktylicznych zbliżających ludzi do bogów. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Pewnego poranka, gdy słońce drapało skórę bardziej, niż to miało w lokalnym zwyczaju, Jose i Dolores, siedzieli w cieniu pomarańczowego drzewa i kosztowali swojej namiętności przeplatając ją rozmową. Dopóki mówili o rzeczach błahych, demony spały, choć do pory sjesty brakowało paru bez mała godzin. Aż Dolores, najzupełniej niespodziewanie, powiedziała swoim jedwabistym głosem:
- A co by było, gdybyśmy stąd wyjechali, spróbowali innego życia, poznali świat, o którym słyszeliśmy, czytali. Co by było, gdybyśmy zawiedli naszych przyjaciół i towarzyszy. Czy myślisz, że można o tym myśleć?
- Tak, można o tym myśleć – odparł po krótkim namyśle Jose – Ale stąd nie można tak po prostu wyjechać, o czym dobrze wiemy. Ale można stąd uciec. Tylko, co na to powiedzą twoje sztandary i jak zabrzmią moje wiersze. Nie wiem, ale dla ciebie byłbym gotów zaryzykować. A ty?
- Ja? Oczywiście, że nie, głuptasie – jej szczupłe palce zmierzwiły mu włosy – Tu żyjemy i tylko tu jest miejsce prawdziwej rewolucji. Ale czasami wyobrażam sobie inne miejsca i inne rewolucje. Nie wiem, czy wolno mi tak marzyć i o to pytałam. A skoro pytam o to, to jeszcze zapytam, czy nie zechciałbyś przyłączyć się do nas. Więcej byłoby naszego życia, więcej wspólnych spraw i w ogóle wszystkiego. Powiedz Jose, nie zrobiłbyś tego dla mnie?.
Milczenie trwało i trwało, choć nie dłużej niż sześć fal rozbitych o brzeg. Tylko Jose odczuwał je dotkliwie. Ona była spokojna, cierpliwa i piękna. I to było przyczyną tego wszystkiego. Spróbował jakoś z tego wybrnąć:
- No, a co z nocami u Macareny?
- To jest narkotyk. Powinieneś to rzucić. Wtedy będziemy mogli tańczyć i w dzień, i w nocy, bez przerwy. Gdzie zechcesz i kiedy zechcesz, a twoje poematy będą śpiewali wszyscy, a nie kilkunastu małodusznych samolubów, którzy, jak smarkaci poeci piszący do szuflady, albo boją się pokazać, bo są niczym, albo są kimś i okradają innych ze swoich talentów. Rozumiesz to, najdroższy? – pogładziła go po policzku i pocałowała. Po plecach przebiegł mu dreszcz. Więcej nie rozmawiali.

Na spotkaniu u Macareny widzimy ich jeszcze tylko raz. Więcej piją i więcej tańczą. Nad ranem Jose śpiewa balladę, po której zostaje cisza, zaciśnięte usta i trochę łez. Mija parę tygodni i Jose czyta swoje ultraliberalne poematy na wiecach gromadzących tysiące ludzi. Nie zmienia w nich ani jednego słowa. Ani jeden kompromis nie jest mu zadany. Widzi, przez mgłę z kropel potu zalewających twarz – bo teraz musi niemal krzyczeć, co jest nie lada wysiłkiem dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do szeptu – twarze tych stłoczonych w pierwszych rzędach, twarze ludzi wolnych. Zaciśnięte usta i łzy. Teraz wie, że dokonał słusznego wyboru.

Kiedy po tym wszystkim maszeruje z Dolores do ich niewielkiego mieszkanka przy calle de la Habana, i ludzie rozpoznają go, i pozdrawiają, jest naprawdę szczęśliwy. Gdy są już u siebie, padają z wycieńczenia na łóżko przykryte moskitierą. Nie mają siły na miłość, bo cały dzień żyją miłością.

Jose jest teraz naprawdę zapracowany. Na tyle, że nie wie, że mniej więcej pół roku po ostatniej salsie zatańczonej u Macareny, gaśnie słońce El Sol. Takiej jednej grudniowej nocy, pomiędzy drugą a czwartą, do drzwi pukają posłańcy entuzjazmu. Nie ma mowy o żadnej awanturze. Wszystko odbywa się sprawnie i po cichu. Parę zduszonych głosów wygłasza niedorzeczne deklaracje. Utrzymane w tonie ultraliberalnym. Minie jeszcze pół roku, gdy stara Macarena, wypisze na murze heksametrem swoich kruchych paznokci epitafium dla poety, który odszedł. Niezgrabne, łamiące metrum i lekko zakrwawione. Ale jednak heksametrem. Sześciu fal, które rozbiły się o niedorzeczne rojenia.

Tyle opowieść. Nikogo nie obchodzi, że Jose i Dolores, parę lat później przedawkują racząc się specyfikiem z tego czy tamtego brzegu, na który, być może, patrzyli. Odejdą szczęśliwi nie mając nic na uwadze, ani sztandarów, ani wilgotnych murów. Zapatrzeni w siebie, zmienią poglądy w sposób najzupełniej racjonalny. Bo miłość nie zna ograniczeń. Albo nic o nich nie wie.