sábado, 13 de octubre de 2007

PRZYPADEK SCOTTA

Tego dnia Scott obudził się nieco wcześniej, niż zwykle. Jest wiele opowieści, w których ktoś budzi się wcześniej, niż zwykle. Ale Scott naprawdę był już na nogach, gdy wartki strumień narracji płynął, jakby narodził się wraz z jego przebudzeniem. Chodzi jednak o to, że Scott nie miał już złudzeń ani co do narracji, ani co do fabuły, ani nawet do losu. Ten ostatni postanowił wziąć w swoje ręce i kiedy go zastajemy właśnie przemywa zaspane oczy. W ten sposób unika zimnego prysznica oblewającego wątłe ciała bohaterów, zanim zdążą udowodnić potęgę ducha. Sedno sprawy tkwi w tym, że opowieść zwykle jest rychlejsza niż jej bohater, jeśli tylko nie jest eksperymentalna lub złożona z niedocieczonych cytatów. Gdyby Scott poważnie potraktował swój wątek, najpewniej spałby znacznie dłużej, a nawet przebudzony wylegiwałby się w łóżku lub podkładając pod głowę jeszcze jedną poduszkę przeglądałby niedoczytane dzienniki z ubiegłych tygodni. Ale Scott nie traktował poważnie swojego wątku i obudził się nieco wcześniej niż zwykle.

Nie bez powodu, oczywiście. Jeśli od dziesięciu lat jest się asystentem w stołecznej Akademii, posiada się wiedzę, tytuł i takie różne sprawy i chce się pozbyć nie tytułu i nie wiedzy, ale właśnie różnych spraw, innymi słowy zrezygnować z intratnej, w pewnym sensie, posady, oznacza to tylko jedno: zamknąć za sobą drzwi, które i tak pozostawały zamknięte.

Scott miał obmyślony sposób, jak należy odejść. Poświęcił temu więcej wieczorów, niż Szeherezada na obmyślenie swojego seksualnego fortelu. A co za tym idzie nie był to sposób jeden, ale tysiące sposobów. Należało tylko sięgnąć po jeden.

- Który? - zapytał stremowany Scott, ale wymieniony wcześniej strumień nie dał mu jednoznacznej odpowiedzi. W zasadzie w ogóle go zignorował.

Niemniej pierwsza kwestia była względnie prosta: Czy należy się ogolić?
- Tak, jak najbardziej tak. Nie należy pokazywać żadnego zaniedbania bowiem zaniedbanie fizyczne mogłoby świadczyć o zapuszczeniu duchowym, co przecież byłoby mylnym tropem, może i świadectwem ignorancji albo arogancji, a tego przecież nie chcemy pokazywać. Decyzja to decyzja. Winna ukazać się w jasnym świetle refleksji, nieprzezroczysta w końcu, ale dobrze oświetlona.

Scott ogolił się starannie i przetarł skórę płynem o zapachu cedru. Wybór nie był przypadkowy. Cedr, jak wiadomo, to wiecznie zielone drzewo ( z gatunku sosnowatych). Przemaszerował w piżamie do kuchni, gdzie bezwzględnie należało zjeść śniadanie. Delikatne, pozostawiające umysł lekki, dążący do swobody i tylko swobodę uznający. Nie ma mowy o jajkach na bekonie. Owsianka, jajko na miękko, tost bez masła i sok grapefruitowy. Ten ostatni pozostawia na ustach wyraz nieokreślonej goryczy. Ani trochę osłody. Po tym, to oczywiste, kawa wypita w salonie, z odrobiną winiaku. Naprawdę, odrobiną.

Teraz należy coś na siebie włożyć. Niezbyt uroczyście, może raczej coś eleganckiego z nutą niedbałości. Powiedzmy, czarne, nie za krótkie spodnie. Koszula biała, na dwa guziki pod szyją rozpięta i kamizelka. Do tego marynarka. Niech będzie ze stójką, więc bez zbędnych wyłogów. Buty bez szpica. Delikatnie zaokrąglone i zamiast poloru, trochę zmatowiałe. Bezwzględnie czyste ( przetrzeć szmatką w toalecie tuż przed; absolutnie nie zapomnieć). Tak będzie nienajgorzej.

Jaką mamy pogodę? Scott szeroko otwiera okno i napełnia płuca tak sobie przezroczystym powietrzem. Lekka mgła i dżdży. Cóż nadto? Świeżo, tajemniczo i mało optymistycznie. Okno pozostawia uchylone. Przewiduje, że po powrocie będzie potrzebował chłodu. Jeszcze raz przed lustrem. Dobrze, wyśmienicie.

Scott nie jest byle kim. To pewne. Już, jako gimnazjalista, wykazywał niezwykłe uzdolnienia w dziedzinach uznawanych za dziwaczne, a mianowicie w filozofii, estetyce i psychologii. Studentem był niezwyczajnym, rzec można, a nie bez przyczyny, geniuszem. I w końcu asystentem. Wtedy zgłębiał mechanizmy rządzące społecznościami helleńskimi, zajmował się aspektami upadku Rzymu, pojmował kształtowanie nowoczesnej Europy, nie wykluczał Hegla. Obcował z myślą wysoką, Spinozę, Leibniza i Hume’a znał na pamięć. Rychło stał się autorem dzieł zapowiadających arcydzieła. Naonczas pił wino, jakby obcował z Olimpijczykami. Jego rozum i serce były, jak zapomniane puchary z najczystszego złota. Niemniej był, jak już powiedziano, asystentem. I jako asystent winien był lojalność swojemu mistrzowi. Z przykrością wyjaśniamy, iż była to kobieta.

Kobieta? Opasła wydra z popielatymi oczami. Jej pasją był brak pasji, a tematem społeczeństwa wyliniałe, to jest, aby rzecz była klarowna, nie tyle zaginione, ale marginalne. W Akademii wykładała ikonografię cywilizacji Łeptków Południowych. Zdało się, że znała ich wszystkich, każdego z osobna. Wiedziała dokładnie, jak podnoszą do ust widelec, jak przykładają głowę do poduchy, a i sposób mlaskania nie był jej obcy. Jakże mało wiedział Scott o Grekach w porównaniu do jej analizy Łeptków . Nie był zdolny do najprostszej ankiety, podczas gdy Profesor Fuhler, bo tak się nazywała, miała dostęp do najbardziej intymnych odpowiedzi.

Od dziesięciu lat talent Scotta rozwijał się pod troskliwym okiem Pani Profesor. Napisał sześć woluminów, które sygnowała własnym podpisem. Zdobył sławę znawcy łeptkowskich napisów na murach, znał ich ukryte znaczenia i znaczenia jawne, poświęcał im chwile, które zwykł niegdyś poświęcać niepewnym Spartanom i mieszkańcom domniemanych Teb. Wreszcie poznał ich wzniosłą filozofię, a w zasadzie umiar w dziedzinie refleksji. W ostatnich tygodniach budził się tuz przed świtem i krzyczał północnym dialektem Łeptków Południowych. Pochylał niebezpiecznie samogłoski, jak mieli w zwyczaju, aż jednego razu pochylił je nad wyraz ryzykownie tak, że wywrócił się cały szyk ich skrzętnego agnostycyzmu, a jego rozum osiadł na laurach kompromisowej ateńskiej demokracji. Wkrótce też dobrały się do Scotta monady Leibniza. Gryzły duszę, aż w końcu wyjrzało w niej słońce rezygnacji. Poszedł na wino do pobliskiej knajpy i pił, jak piją ci, którzy piją. A potem w pijanym widzie podjął najbardziej śródziemnomorską decyzję. Właśnie dzisiaj mamy Scotta z najlepszym zamiarem zakomunikowania jej treści Pani Profesor Fuhler.

Profesor Fuhler nie śpi już od dwóch godzin. Pochyla swoją niewiarygodną głowę nad Etyką Spinozy, a dokładniej nad Traktatem o Poprawie Rozumu. Zadowolenie z siebie jest to radość, pochodząca stąd, że człowiek patrzy na siebie samego i swoją moc działania - czyta Pani Profesor i zdaje jej się, że rozumie i, że mogłaby tak czytać Barucha Spinozę w nieskończoność, choć Baruch Spinoza sądziłby inaczej, gdyby więcej wiedział o władzy sądzenia. Potem przygotowuje sobie napar z suszonych kwiatów zeschniętej mimozy i przykłada do skroni. Za oknem mgła i mżawka. Być może będzie to niezwykły dzień, przypuszcza i wlecze się do łazienki, gdzie przystaje przed lustrem po kostki zanurzona w strumieniu opowieści.

Akademia mieści się w pobliżu serca miasta, gdzieś w połowie drogi pomiędzy kramami z towarami kolonialnymi, a wąskimi uliczkami, gdzie blask czerwonych latarenek cieszy serce samotnego przechodnia. Jest to szacowny budynek wzniesiony w czasach, gdy architekturą rządziło neorokoko, a myślą ludzką patriotyczna koniunktura. Aby doń wejść trzeba przejść parę schodków. Tam właśnie zastajemy Scotta. Właśnie wznosi się po nich, jak odwrotność lawiny, a lekkości przydają mu niewidzialne skrzydła szlachetnego zamiaru. Może nieco przesadnie kłania się portierowi, ale ten odporny na wszelkiego rodzaju pochlebstwa, podobny Sfinksowi, zadaje idiotyczną zagadkę:
- Klucz?

Scott, nie będąc egiptologiem, i tak trafnie odpowiada. Wesoło kiwa głową studentom, a jeszcze weselej studentkom, które rozbierają go wzrokiem korzystając z okazji, że mają o dwa guziki mniej do odpięcia. Kiedy Scott znika, kryją się w zaułkach toalet i z mieszanymi uczuciami robią to, czego robić nie powinny. Klepią na pamięć zadane fragmenty.

Scott powtarza w myślach wyuczone zaklęcie. Prostuje kręgosłup i samogłoski. Przemierza korytarze Akademii, jakby był świadomością Jamesa Joyce’a albo bezczelnością Ezry Pounda. Ma się dobrze i niesie w sercu swój portret z czasów młodości. Jest artystą i śpiewa zapomniane pieśni. No, ale bez żartów. Czuje się, jak uczniak z tytą i mocno przyprawioną gębą. Lęk przed nicością ściska mu gardło. Niestety, trzeba to powiedzieć: wchodzi do ubikacji i wymiotuje. To prawda, że na sucho i bez pokazowych torsji, ale, jakkolwiek, wymiotuje. Wpatruje się w mleczną szybę, która przemawia do niego mglistymi melancholiami, wierszami Ungarettiego, cytatami z Dantego. Przed oczami krążą mu didaskalia i obrazy z mikroskopów sąsiedniej katedry, pije piołunówkę na spóźnionej stypie Darwina, wdrapuje się na pochyłe drzewo ewolucji, a z jego korony spogląda na przeszłość. A przeszłość spogląda na niego i przemawia głosem kretyna:
- Czy spuściłeś wodę?
Odpowiada głosem doniosłym, choć drżącym:
- Nie! Ale zaraz spuszczę!
Po czym łamie obietnicę, niczym mityczni herosi. Przekracza granicę labiryntu i staje w drzwiach gabinetu Profesor Fuhler. Jej sekretarz, osobnik o wysoko postawionych piersiach, wyciętym duchowym dekolcie i nisko zawieszonej kopule odzwierciedlającej Kosmos, ergo metafizyczną pustkę, informuje go zwięźle i erotycznie przesadnie:
- Dzisiaj wszystko zaczyna się później. - i puszcza oczko, które płynie do stóp po czarnych rajstopach. Wkrótce usłyszy jej wrzask. A raczej wściekłość. Straszną wściekłość błyskotliwej idiotki.
Scott jest zakłopotany. O tym, na razie, tyle.

Profesor Fuhler żegna się z mężem. Scena raczej nie do opisania. Nuda i ceregiele. Pan Fuhler, tak, Pan Fuhler jest mikrosocjologiem. A zresztą:

Profesor Fuhler żegna się z mężem:
- Dzisiaj, kochanie, włożyłabym krawat od Cartiera.
- Niby w gwiazdki? - pyta zakłopotany mąż Profesor Fuhler, Profesor Fuhler.
- Niby - odpowiada rezolutnie Pani Profesor.
- A coś byś powiedziała gdybym wziął krawat w prążki? - umysł Profesora nie śpi.
- Masz rozum nie od parady. Weź krawat w prążki. - konkluduje, bez rezultatu, Pani Profesor.
- Prążki to prążki. Ale gdyby tak gładki - kartezjańsko zagaduje Profesor.
- Co mi tu będziesz głowę zawracał. Weź w groszki.
- Kiedy próbowałem.
- ???
- Nie mam w groszki.
- A to dopiero.
- Co dopiero?
- Dopiero co kupiłem gładkie.
- W kolorze?
- Wiśni, oczywiście.
- Bardzo trafny wybór - podkreśla Profesor Fuhler, która o tej porze ma w zwyczaju coś podkreślić. Nawet, gdy jest odrobinę spóźniona.

- Czy zjadłby pan odrobinę wiśni? - pyta sekretarz Profesor Fuhler, odchylając nieznacznie stanik.
- Tak. Z przyjemnością. Ale dlaczego pani odchyla nieznacznie stanik?
- Och! Najmocniej przepraszam, ale chciałam pana jakoś zająć.
- Chodzi o oczko?
- Nie, Scott, chodzi o pana. Czy ma pan majtki w groszki?
- Na miłość boską! O majtkach zapomniałem.
- Jak mógł pan zapomnieć o majtkach?
- Nie mogłem, panno... - zakłopotał się Scott, za Boga nie przypominając sobie jej danych.

W departamencie kadr świeciło pustkami. Echo odbijało pytania Scotta:
- Jak się nazywa pani od majtek? Jak się nazywa pani od majtek? Jak się nazywa pani od majtek?

W tym dziwnym miejscu nie było czego szukać. Wrócił i zapytał wprost:
- Jak masz na imię?
- Mam na imię Kim. A dlaczego pytasz?
- Kim, dlaczego do tej pory nie byłaś taka, jak dzisiaj?
- Owszem, byłam taka.
- Odchylałaś niby nieznacznie stanik?
- No, to po kryjomu. Ale oczko puszczałam
- Dla mnie?
- Dla pana, panie Scott, dla pana.
- A ja dlaczego nie zauważyłem?
- Bo Pan tylko o tych Łeptkach, a na repasację pan nie zważał.
- Na co nie zważałem?
- No, pan dobrze wie, bo pan tylko ze studentkami.
- Co ze studentkami?
- Pan podciągał im oczka, no nie?
- Nic im nie podciągałem poza ocenami.
- Ale ja...
- Pani, co?
- Dobrze! Powiem! Ja się chciałam podciągnąć z panem.
- Myśli pani o seksie, zgaduję?
- Dokładniej rzecz ujmując, myślę o Spinozie.
- O kim???
- O Spinozie.
- Musimy dłużej porozmawiać.
- W toalecie?
- ...?
- Tam pan tylko rozmawia. Wiem o tym.
- Skąd, do cholery?!
- Tak się mówi...
- Gdzie i w jaki sposób?
- W damskich toaletach...

Profesor Fuhler przemierzała szybkim krokiem korytarz prowadzący do jej gabinetu. Była już dobrze spóźniona i nie zwracała uwagi na kłaniających się studentów. Gdy znalazła się w swoim sekretariacie, puściła jej oczko przeraźliwa pustka. Zamigotała żarliwymi oczodołami i zapuściła się w najbardziej odległe rejony. Wściekłość Profesor Fuhler zamieniła się w wrzask:
- Kim!!!
Kim pokornie wynurzyła się spod stołu, zanurzając odświętny pysk Scotta w orzeźwiającym strumieniu opowieści. Profesor Fuhler była usatysfakcjonowana.. Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego ona.

Po paru minutach Scott stanął w drzwiach gabinetu Pani Profesor, ukłonił się bez zbędnej szarmancji. Ubranie miał lekko wymięte, a włosy w nieładzie, oczy przepełnione niezłomnym postanowieniem i dopiero co odbytym stosunkiem z nieznanym. Najważniejsze jednak było serce, które podszeptywało mu uprzednio przygotowaną formułę. Ale zanim zdążył ją wygłosić, Pani Fuhler powiedziała:
- Ach, Scott, dobrze, że jesteś. Wyglądasz nie najlepiej, co prawda, ale nie szkodzi. Mam dla ciebie interesującą pracę...
- Jednak muszę Pani przerwać - Scott wbił w nią ślepia Macchiavellego.
- Nie przerywaj, po prostu siadaj - usiadł, gdyż w jej spojrzeniu było coś niesamowitego. Prawdę powiedziawszy było to skrzyżowanie kobiecej (sic!) intuicji i instynktu zwierzęcia, które chowa się do nory przed śmiertelnym ciosem - Siadaj, siadaj i słuchaj - zaklinała go, bądź co bądź, czarownica. która płonęła na stosie i - choćby z tego powodu - należała się jej odrobina szacunku.
- Dopalaj się, suko - niezbyt elegancko pomyślał Scott.
- Otóż mam dla ciebie bardzo interesujący projekt, to znaczy, który pewnie ciebie zainteresuje. Mam tu zlecenie Konwentu na zbadanie tekstu, dotychczas nierozpoznanego, najprawdopodobniej autorstwa jakiegoś Greka, tekstu traktującego metaforycznie o istocie władzy. Rzecz jest o labiryncie, dokładniej rzecz biorąc o zawiłościach umysłu czy czymś takim, w każdym razie o rządzeniu społeczeństwem zorganizowanym. Tekst odkryto w Bibliotece Narodowej pod indeksem 2068. Gdybyś poświęcił mu parę dni, może mielibyśmy coś interesującego, co ty na to?

Scott przewidział wszystko. I nic nie mogło złamać jego postanowienia. Z jednym wyjątkiem, I to z tym, z którym miał właśnie do czynienia. Był to oczywisty przypadek. Jeżeli teraz zrezygnuje, nigdy nie otrzyma pozwolenia Konwentu na tę nieprawdopodobną lekturę. W końcu nie zajmie mu to więcej niż tydzień. Tydzień to tylko przewleczenie, a nie kompromis. Jeżeli się zgodzi, uzyska coś, co mu wynagrodzi, być może, całą dekadę.

- Potraktuję to jako odprawę, coś co mi się bezwzględnie należy, a na co nie mógłbym liczyć, gdybym teraz zrezygnował - wyjaśnił sobie w zaciszu niespokojnej głowy.
- Co miałbym z tym zrobić? - chciał się upewnić co do zadania.
- Przeczytać i skomentować. W końcu podpisać się pod tym dziełem.
- Czyim nazwiskiem? - zapytał lojalnie wbrew swojemu pojmowaniu lojalności.
- Swoim, Scott. Nie możemy ryzykować, to jest nieznany tekst. Jeżeli poznamy go lepiej, nie wykluczone, że ci pomogę. - z zakrętu umysłu Pani Profesor dobiegł ton tak fałszywy, że tylko trąba z Jerycha mogła dawać tak fałszywe, lecz i mocne tony. Nie był jednak zbyt wytrawnym biblistą i to, co przyjął do wiadomości, nie było gorsze od skowytu lokomotywy przejeżdżającej przez czarny tunel Morza Czerwonego. Ergo ani trochę lepsze od przemyślności starotestamentowej.
- Nie wykluczone, że się zgodzę, choć mam inne plany nie cierpiące zwłoki.
- Wiem, o czym myślisz, ale to chyba jest coś warte?
- Pani nie wie, o czym myślę. - tajemniczo wyszeptał asystent.
- Wiem, wiem - ripostowała Profesor Fuhler, a jej oczy podpowiadały mu niezłomną pustkę, z której wyczytał, że wie, jak wiedzą zwierzęta albo nie wie, jak człowiek. Kim jednak była, tego Scott nie dociekł. - Tymczasem bierz się do roboty.

Scott wracał przez długie korytarze Akademii, o wiele dłuższe niż przedtem. Niepewny trafności wyboru nie zauważył nawet Kim, która obierała pomarańczę, jakby obdzierała skórę. Jej spojrzenie inkwizytora wypaliło mu znamię na pośladkach, ale nic nie zauważył dopóki nie zdarzyło się, co następuje:
- Panie Doktorze - zza pleców dobiegł go głos słodki, jak miód wyssany z palca, bo ten z kwiatów byłby zbyt gorzki - Panie Doktorze, ma pan dziurę na pupie.
Gdy się odwrócił, zobaczył studentkę III-ego roku bibliotekoznawstwa. Była to bardzo inteligentna dziewczyna to też nosiła zwykle gimnazjalną spódniczkę jakoś tak do pół uda i obcas na wysokość ćwierć szczebla drabiny. Miała też niezwykłe oczy, takie dobre. Innymi słowy, zapraszające.
- Naprawdę ma pan dziurę na pupie. Ja nie żartuję.
- Obawiam się proszę pani, że to nic nie szkodzi.
- A ja sądzę, że to nie bez przyczyny.
- Czytała pani Etykę Nikomachejską?
- Nie, ale wkładałam ją sobie między nogi.
- A to w jakim celu?
- Lekcja umiaru, Panie Doktorze.
- I rezultat jaki.
- Jestem już po lekcjach. - uśmiechnęła się po swojemu. Zapraszająco.

Było już dobrze po północy, kiedy na schodach klatki ewakuacyjnej, asystent ze studentką bibliotekoznawstwa, milczeli na temat wypośrodkowania tudzież innych myśli Arystotelesa. Były też inne tematy ich pozasłownego porozumienia: hedonizm, cynizm i stoicki spokój. Gdy gwiazda Słońce przesunęła się o następną godzinę ludzkiej konwencji, cicho i niewidocznie po skrawku odwrotnej półkuli, dziewczę skwapliwie podało Scottowi indeks, gdzie wpisał się niby do pokładowego dziennika. On, samotny żeglarz morza jońskiego, ona szczęśliwa niczym część przyrody. Scott nie miał wykształcenia potrzebnego do zgłębiania natury. Interesował go człowiek.

W tym czasie Profesor Fuhler opuściła mury Akademii zupełnie nie przejmując się Kim, która wgryziona w zapadniętą klamkę klatki ewakuacyjnej, lała łzy nad rzymską virtus nie mającą swego bezwzględnego odzwierciedlenia w poglądach wcześniejszych, czy też przedwczesnych Hellenów. Profesor Fuhler czekał na Profesor Fuhler zagłębiony w poduchach głębokiego, może zbyt głębokiego fotela. Kiedy wkroczyła do salonu, był pogrążony w myślach. Dokładniej rzecz ujmując w drzemce, która podsuwała mu myśli nie byle jakie. Bo nie był to człowiek jednowymiarowy.

Scott wkroczył do biblioteki krokiem godnym kadeta pułku piechoty, choć nigdy nie był kadetem, ani zbyt wiele nie maszerował. Mając cokolwiek do wyboru, wolał ginąć. Nie był mu w głowie ani Krzyż Legii Cudzoziemskiej ani nawet krzyż o niebo cięższy i piekielnie trudny do zniesienia. Ani po prawej, ani po lewej nie było nikogo. Nikt się nie podlizywał i nikt nie wymyślał od ostatnich. Po prostu Scott był w bibliotece pierwszy.

Przywitała go kobieta o wyjątkowo przejrzystym do opisania wyglądzie. Było to skrzyżowanie, naprawdę, myszy z dziurawym serem. Jej wzrok przeszedł bez śladu przez duszę Scotta i raniąc mu tylne kręgi szyjne, zatrzymał się poniewczasie na nim. Był to wzrok skomplikowany, innymi słowy zakończony hakiem znaku zapytania. Zezowaty.
- Mam zlecenie Konwentu. Indeks 2068. Proszę, oto dokument. - przedstawił swoją niespodziewaną autoryzację Scott i niechcący poczuł się połechtany tą chwilowa przewagą.
- Legitymacja.. - bardzo grzecznie, a raczej stosunkowo grzecznie, poprosiła bibliotekarka.
- Proszę...
- Pan łaskawie poczeka - odparła z respektem.

Scott został sam na sam z wysokim sklepieniem czytelni. Patrzył w dal za znikającym aniołem opiekuńczym zbioru. Niespodziewanie spostrzegł, że anioł ubrany jest w spódniczkę, która nie tylko sięga do połowy domniemanych skrzydeł, ale nawet nie do końca pewnych, choć koronkowych majtek. Został jednak sam, najbardziej samotny z ludzi i najbardziej pogrążony. Nie mógł myśleć lubieżnie bowiem w ogóle nie mógł myśleć, nie mógł cudzołożyć bo zapomniał o istnieniu przykazań. Patrzył w głąb zbiorów i miał święte przekonanie, że zwariował, ale nie zwariował tylko czas mu się dłużył. Sięgnął odruchowo po egzemplarz Pamiętników Einsteina, ale nie miał go, jak zwykle, w kieszeni marynarki. Nie miał również marynarki, jak również nie miał pewności, czy wypił poranną kawę. I kiedy tak pogrążał się w braku pewności, zobaczył tuż przed oczami zwiastuna jakichkolwiek wieści. A ten mu oznajmił:
- Doktorze Scott. Pan pójdzie za mną. Ten egzemplarz jest zbyt duży. Proszę - i usłyszał szelest pończoch, które prowadziły go w głąb zastrzeżonych zbiorów. Był nieprzytomny. Żałował, że nie wypił porannej kawy.

Księga stała pionowo przed nim. Rzeczywiście była wyjątkowo dużych rozmiarów. Dokładniej miała co najmniej 1.70m wysokości i około 0.50m szerokości.
- Czy to są dzieła kogoś lewicowego, panno...?
- Jestem Adrianna. Mów mi po imieniu, Scott.
- Wspaniale, Adrianno, więc czy mam rację?
- Obawiam się, że nie. To bardzo stara księga. Z czasów, które nie znały takiego pojęcia. - objaśniła skwapliwie - Myślałam, że ktoś, kto dysponuje glejtem Konwentu, ma elementarną wiedzę na temat tej pozycji. W gruncie rzeczy, uważam, jest to pozycja banalna, ale nad wyraz zagmatwana.
- Czy ktoś ją badał przede mną?
- O tak! - wykrzyknęła bibliotekarka, ale zaraz ściszyła głos i dodała: - Niewielu.
- Może mógłbym porozmawiać z którymś z nich zanim sam oddam się lekturze?
- To będzie bardzo trudne, a w zasadzie raczej niemożliwe.
- ...?
- Prawdę powiedziawszy nie mogę udzielać takich informacji - szepnęła Adrianna przysuwając myszowatą twarz tuż do ucha Scotta. Scott nie wytrzymał. Wsunął rękę pod koronki i zamykając oczy, pytał dalej: - Może coś sobie przypomnisz?
Ale Adrianna nie chciała sobie nic przypominać. Przycisnęła go biodrami do okładki aż ześliznął się do pozycji, w której normalnie znajdują się przypisy[1]. Był tak nieprzejrzysty, jak bibliografia, którą dysponował i tak samo otwarty na wszelkiego rodzaju doświadczenie z wyjątkiem tego, na które był zamknięty, jak człowiek zdolny do jednego kompromisu za dużo. W końcu zesztywniał z przerażenia. Wtedy usłyszał:
- Bądź dzielny, Scott. Ci, którzy byli przed tobą - naprawdę tylko paru - zagłębili się w lekturę na zlecenie Profesor Fuhler. Wszystko im się poplątało. Pogubili się i nie mogli znaleźć właściwej drogi. Ale ja tutaj wtedy nie pracowałam. Może nikt im nie dodał otuchy, a może nie mieli dość odwagi, aby dojść do konkluzji. A jest to bałamutne, choć prostackie dzieło. W pewnym sensie traktuje o władzy.
Ale Scott już od dobrej chwili nie słuchał bibliotekarki. Pełen żądzy opuścił rękę na jej kształtne udo, zacisnął mocno palce, aż nagle odwrócił się i otworzył okładkę. Zagłębił się w księdze zapominając o bożym świecie.

Adrianna była najwyraźniej zawiedziona. Brzydka i zawiedziona. Usiadła pod miejscem, gdzie zwykle umieszcza się przypisy i cicho załkała. Nawet nie zauważyła, że w jej pończosze puściło się oczko. Ale czy to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie.

Scott jeszcze dobrze nie oprzytomniał, kiedy Wstęp miał za sobą. Był on pusty, jak brzuch wieloryba tuż przed przyjęciem Jonasza. Kolejne rozdziały były ciemne i pokrętne. Większość z nich, jak ślepe uliczki, z których należało wracać tą samą drogą nie doświadczając nic ponad to, że doświadcza się po raz wtóry. Korytarze tej wiedzy były faktycznie starożytne, a to znaczyło, że były wilgotne, mroczne, jak Parmenides i beznadziejne niczym późniejszy Kropotkin. Refleksje były beznamiętne i o tyle dotyczyły władzy, o ile ciemność dotyczy ciemności. Błędne koło przy tej konstrukcji wydawało się planem poprawnego myślenia i takim było. Cóż, że doprowadzało do punktu wyjścia, gdy wyjście znajdowało się na początku rozdziału i było najdoskonalszym sofizmatem, jakim było motto. A motto brzmiało: Ten Rozdział nie jest rozdziałem ostatnim, ale jest przedziałem. To było motto każdego rozdziału. Wyjąwszy epilog. który był okładką.

Scott nie mógł trafić do epilogu. Czas płynął wolno, a on, choć uzbrojony we wszystkie narzędzia krytyka, bezkrytycznie i bezprzykładnie błąkał się po wyrafinowanej, lecz pustej konstrukcji nieznanego umysłu. W pewnym momencie Scott przystanął i oparł głowę o zimny mur. Jego wzburzony nudą umysł ochłódł i doznał czegoś, co mogłoby uchodzić za olśnienie, a jednak bardziej należało obstawać za lodowatą konkluzją człowieka zaprawionego w dedukcji. Otóż pan doktor wysnuł wniosek, że ten potworny utwór traktuje o wędrówce zmarłego, jaką odbywa on, aby dojść do miejsca spoczynku swojej duszy. Za tą tezą przemawiały uwagi bibliotekarki, która wspomniała o paru beznadziejnych przypadkach asystentów, którzy zagubili się wśród podobnych do siebie rozdziałów i nigdy nie powrócili. Scott nie był głupcem i w lot pojął, że wprowadzono go na zwodniczy szlak, który nie tyle wiedzie donikąd, co raczej do miejsca, którego - mając niespełna lat czterdzieści - nie pożąda jako miejsca stałego osiedlenia. Od razu też przyszło mu na myśl, jak to komentuje Servier: „matka oczekuje duszy zmarłego na progu niezgłębionej jaskini. Rysunek u wejścia przedstawia plan labiryntu, ale gdy dusza nadchodzi, matka ściera plan i dusza błąka się bez końca w ciemnościach stanu pośredniego, pomiędzy płaszczyzną fizyczną a światem niewidzialnym. Jeśli jednak zmarły jest wtajemniczony, odnajduje plan labiryntu w swej pamięci...” Ale on nie pamiętał nic. Na wszelki wypadek i na przekór ulubionej dedukcji, uszczypnął się. Rezultat był satysfakcjonujący i dawał niejaką nadzieję Nie miał najmniejszego zamiaru, aby powrócić na łono matki. Ale jeszcze mniej uśmiechało mu się dłuższe posiedzenie z przodkami. W tym wypadku przedkładał swoje dociekania nad świętą pewność, za którą nie ma już nic, gdyż pojmowanie staje się zbyteczne, a decyzje są ostateczne, ale nie należą do niego. Scott raz jeszcze podjął daremny wysiłek. Teraz już wiedział, że zlecone badania mogą być nie tylko horrorem, ale i horrorem metafizycznym.

Księżycowe dziewczęta zatańczyły mu w głowie. W sercu, o którym zwykł wątpić, poczuł lęk. Ogólnie rzecz biorąc, nie czuł się dobrze. Nabrał ochoty na drinka tak prostego, jak jońska filozofia przyrody albo bardziej zrozumiałe twierdzenia Talesa z Miletu. Tymczasem najbliższy bar znajdował się po drugiej stronie. Wydawało mu się, że to dalej niż Przylądek Dobrej Nadziei.

Wtedy zabłysła gwiazda nadziei, przewodniczka facetów podróżujących na wielbłądach wbrew prognozie pogody i zapowiedziom fałszywych proroków, gwiazda, która widoczna jest nader rzadko gołym okiem, zalśniła teraz zwodniczym blaskiem i ogrzała serce doktora Scotta. W rzeczy samej trzeba przyznać, że jej blask był tylko blaskiem symbolicznym, ale dzięki temu nie prowadzącym na manowce rzeczywistego wybawienia. Wszystko to za sprawą zaciśniętej pięści naszego asystenta, który poczuł w niej wątłą nić. A nie była to ani nić opowieści, ani kaprys jedwabnika, tylko oczko z pończochy Adrianny. Scott cierpliwie zaczął zwijać ów zagubiony wątek i tym samym wracał do punktu wyjścia. Nie miał już najmniejszej ochoty, aby tropić tajemnicę labiryntu. Myślał tylko o mocnym drinku i szmerze barowych rozmów, które nie odkrywają niczego, ale dają słodką gwarancję istnienia. Posuwał się wolno, lecz systematycznie. W końcu ujrzał delikatne światło będące nie czymś innym jak mrokiem biblioteki. Był uratowany.

- Adrianno, jestem ci winny drinka. Czy dasz się zaprosić?
- Czy dam się zaprosić? Ależ oczywiście. W końcu masz mi coś do zawdzięczenia.
- Czy zrobiłaś to celowo?
- Jeżeli jest się tak brzydkim, trzeba myśleć o wielu rzeczach.
- Och, wcale nie jesteś brzydka!
- Chcesz przez to powiedzieć, że jestem zgrabna i lekka mgiełka alkoholu pozwoli ci zobaczyć mnie w innym świetle. Dlatego Scott, ostrzegam cię. Jeden drink i odprowadzisz mnie do domu, a sam grzecznie się odwrócisz i odpłyniesz na swój archipelag. Zgadzasz się?
- Jasne.

W barze na przeciw biblioteki panował radosny gwar, jakby świat nie składał się z samych klęsk i widmowych powodzeń. Dym z papierosów gryzł w oczy i osłaniał łysiejących facetów, którzy bezpiecznie przewracali gałami wypatrując ostatnich szans lub, w gorszych przypadkach, zbiegów okoliczności. Jednak ostatnie szanse i zbiegi okoliczności siedziały same i dawały się adorować tylko z pewnej odległości. Były świeże i miały przed sobą tyle czasu, że nie musiały dbać o przychylność świata, bowiem wystarczało, że lekko się uśmiechały, a świat dawał im to na co, być może, nie zasługiwały, ale dostawały zawsze.

Scott i Adrianna przez chwilę byli bohaterami tego kameralnego przedstawienia. Jak każdy, kto stawał w drzwiach. Zaraz potem, nie wykorzystawszy swojej szansy, zawisnęli przy barze i zatopili się w beznadziejnym zapomnieniu. Obydwoje zamówili bourbona bez lodu i milczeli przez dobre trzy minuty. Wreszcie Adrianna zapytała Scotta niespodziewanie miękkim głosem wygładzonym paroma łykami mocnego alkoholu
- Jak pan doktor znajduje lekturę?
- Dobrze wiesz, że to pułapka.

- Niczego nie wiem dobrze. I ty też niczego nie wiesz dobrze. Może nawet w ogóle nie wiesz czego chcesz. W każdym razie lecisz na każdą okazję. Obojętne, czy to nowa kobieta czy nieznana lektura.
- Bardzo poważna rozmowa?
- Nie bardzo. Ale może rozmowa?
- Przecież w ogóle się nie znamy.
- No to posiedzimy tu jeszcze sto lat i pogadamy. Doktorze Scott, jesteś wymyślona postać literacka i właśnie ktoś cię skreśla, bo nie udała mu się anegdota.
- Mylisz się. Ledwo co uszedłem z życiem i właśnie mam ochotę przeżyć drugą młodość.
- Liryczne.
- Słuchaj, jeżeli chcesz ironizować, to może powoli będę cię odprowadzał do domu - zazgrzytał asystent i przy okazji zamówił jeszcze dwa bourbony.
- Miał być jeden drink. Tak?
- Miał być jeden, ale są dwa.
- Wiesz co? - Adrianna przechyliła filuternie głowę i Scott pomyślał, że ma więcej wdzięku, niż mógłby pomyśleć, przy czym starał się, aby wzrok nie uciekał mu na jej nieprawdopodobnie zgrabne nogi - Przecież nie wrócisz już do swojej lektury, a musisz coś napisać. Podyktuję ci krótki raport, ale ty weźmiesz mnie na trzy dni nad morze?
- Jezu, co ty mówisz?
- No powiedz, musisz coś napisać?
- Powinienem.
- Mam domek na półwyspie. Będzie miło i pożytecznie.
- Adrianno, to jest dla mnie bardzo ważny raport.
- Był. Teraz tylko musisz wrócić z twarzą. To znaczy sądzę, że byłoby dla ciebie bardziej komfortowo gdybyś wrócił z twarzą, a nie z kawałkiem pończochy i tępym wyrzutem.
- Co do trzech dni nad morzem, nie ma problemu. Potraktujemy to po dionizyjsku. Ale na tej pracy bardzo mi zależy. Od dawna nie miałem okazji żeby napisać coś własnego.
- Aha, budzi się śpiący autor niezależnych myśli. W porządku. Opowiem ci, jak tam jest. A ty napiszesz co uznasz za stosowne.

Scott zamówił trzecią kolejkę i rozważał swoje solenne postanowienie opuszczenia murów Akademii. Czyli faktycznie zastanawiał się, jak zbiec robiąc dobre wrażenie. Więc jeszcze inaczej: nic nie rozważał, a tylko prosił rozum, aby nie łaskotał go po tyłku bo to nie mieści się w żadnym nurcie filozoficznym, a fizjologicznym również. Ale rozum był głuchy. Rozum dostał właśnie obietnicę trzech dni wakacji i podjął decyzję bez konsultacji ze swoim właścicielem. Już wierzył Adriannie i ufał swoim talentom zdolnym do stworzenia ex nihilo dzieła, które dawałoby pstryczek w zdradziecki nos Profesor Fuhler, a zarazem pozwalało mu odwrócić się na pięcie i odejść tam, gdzie czekały resztki młodości. Czy można żywić się resztkami? Ależ oczywiście. Można robić absolutnie wszystko żeby wyczuwać ledwo już wyczuwalne tętno pierwszych natchnień. Jeżeli to konieczne, można nawet nabrać ufności do swoich nieistniejących przekonań.

Gdyby prawda byłaby tak prostacka, jak chciał Arystoteles, to Scott wyprzedzał Adriannę o pięć kolejek. Ale prawda była inna i można ją było zobaczyć nie później niż wtedy kiedy było po równo. Ale kto chce spojrzeć w oczy prawdzie wtedy, kiedy jest przytomna i powołuje się na autorytety. Każdy woli zobaczyć jej nagość w sypialni, gdzie nie ma wstępu żaden ohydny autorytet. Bowiem autorytet jest jak zdrada. Chyba, że go nie uznawać.

- Nie uznaję autorytetów. Mam w nosie Greków i Niemców. Czy któryś z nich odpowiedział na moje pytania? Cicho! Widzisz ten księżyc? Nie? Niebo jest zachmurzone, ale on tam gdzieś jest. Ja to wiem. I pewnie on wie, że ja wiem, że on jest i wie, bo widzisz, my nie mamy złudzeń. Jesteśmy częścią przyrody. Nie mamy złudzeń co do boskich planów. My jesteśmy zaplanowani według wskazówek... Cholera! Zapomniałem rękawiczek. Nie miałem rękawiczek? Mam w nosie rękawiczki. I przyrodę też. - efektownie zakończył Scott i dał się prowadzić Adriannie. Ulica wysadzana kostką brukową nie była przyjazna. Zza chmur prześwitywał księżyc.

- Szlag by to trafił. Ale noc! - wyszeptał Profesor Fuhler, gdy jego małżonka zaczęła walić grubymi paluchami w maszynę do pisania. Tej fatalnej nocy miała natchnienie. Właśnie wzięła się do dzieła. Uwielbiała aforyzmy. Mogła je tłuc całymi nocami. I tłukła. Wtedy jej małżonek przewracał się z boku na bok i powtarzał co bardziej pikantne wątki rodem z antropologii filozoficznej. Wraz ze wschodem księżyca w domu Fuhlerów budziły się demony dyletantyzmu. Jeden z nich, może nie najbardziej złośliwy, ale nader przykry poprzez swój nadprzyrodzony prymitywizm, brał panią tego domu za rękę i prowadził do spiżarni. Rytuał odbywał się gdzieś w połowie aforyzmów, co dla ewentualnego czytelnika zawsze byłoby lwią częścią i fakt, że czytelnik jest tutaj ukryty za wirtualną gardą nie powinien odmawiać mu prawa do współczucia ze strony bardziej realnego bliźniego. Tak, czy owak, dochodziło do momentu, gdy goła żarówka oblewała swoim ohydnym światłem, przywodzącym na myśl najpaskudniejsze niepokoje, garnki wypełnione po brzegi smakowitym smalcem o woni przedwiecznego łoju, michy kryjące połcie dziczyzny, doskonale skruszałe i odwołujące się do czasów, gdy przodek Profesora Fuhlera był myśliwym, a więc czasy, gdy wykształcił sobie pięciopalczastą kończynę i przyswoił zasady walki, tace z ciastami drożdżowymi oblanymi cudownymi polewami, w których godziły się najprzeróżniejsze żywioły począwszy od kreteńskiej pomarańczy, a skończywszy na azteckim kakao. A czy odważyłby się ktoś nie wspomnieć o prastarych melszpejzach, oczywiście prastarych w sensie mitycznym, a nie przywodzącym na myśl odsuniętego na bok zakalca, jeszcze niezdefiniowanego do końca jako zły, ale mającego na tę definicję wszelkie zadatki. Więc weźmy choćby ten pozornie najzwyklejszy melszpejz z mąki kartoflanej. Wystarczy delikatnie przysunąć nos do formy, aby przekonać się o niezwykłym zapachu cytryny i kardamonu. Wystarczy zanurzyć palec, aby udowodnić sobie jego pulchność. I już, aby dokończyć dzieło kuszenia albo znaleźć zrozumienie dla grzesznicy, wspomnijmy o potrawce z baraniny z winnym sosem. Czy sądzisz, Czytelniku, że potrawka ta będąc ostudzoną traci swoje tradycyjne przymioty? Nie! Jej smak, podobnie, jak krążenie elit, odradza się w przeróżnych formach i powoduje, że baran jawi nam się jako doskonały jednorożec, tyle że mający więcej szczęścia w historii.

Profesor Fuhler spędza w spiżarni nie więcej niż pół godziny. To wystarcza jej mężowi, aby uspokoić myśli i zanurzyć się w mętnej wodzie sennych marzeń. I gdy pierwsze plugastwa chcą ułożyć się pod jego szlafmycą, ciszę nocną rozrywa coś, co nie jest ani gromem, ani niczym takim. Jest czymś co nie nadaje się do opisania. A wtedy biedny małżonek zrywa się na równe nogi i zaraz potem przysiada na skraju łóżka i cichutko chlipie. Aż przyjdzie jego oblubienica. Ptaki odgrywają symfonię świtu, słońce powoli wczuwa się w swoją rolę, a ona, dokończywszy dzieła. które jest większą połową dla czytelnika, wirtualnego czytelnika, przytula jego skołatane skronie do piersi urastającej w tej chwili poranka do biustu pramatki, z której płynie pierwsze mleko. Cóż, że kwaśne, kiedy dające pożywny spoczynek. I gdy oboje zasypiają winno budzić się współczucie dla wspomnianego czytelnika. Jego wirtualny charakter nie zwalnia od elementarnych zasad wzajemności. A jej gorzkie chrapanie wzmacnia tylko bezinteresowną cnotę.

Oczy Scotta otwierają się niespodziewanie. Może nieco zbyt wcześnie, ale w przekonaniu, że wyrozumiałość dla siebie przetrwa jeszcze parę godzin. Tymczasem ktoś, kto nie zna jego przyzwyczajeń i zdolności do kompromisu wkłada jego beznadziejny łeb pod prysznic, lodowaty. Zdaje się bagatelizować doświadczenie. Jan Chrzciciel miałby więcej respektu, gdyby jeszcze żył, ale nie żył, a ręka, która smarowała mu twarz pędzlem unurzanym w mydle nie była ręką boską. Z łatwością można było poznać po geście, który wyposażył go w brzytwę i postawił jego pysk przed lustrem. Był wtedy Abrahamem i Izaakiem, a więc mężczyzną dojrzałym. W tym sensie, w jakim nie był dotychczas korzystając z dyspensy dla skacowanych. Zza światów dobiegło go fundamentalne pytanie:
- Kawa czy herbata?

Teraz, kiedy przychodzi mu odpowiedzieć, przypomina sobie swój sen. Śnił mu się sceptycyzm. Był czysty, jak łza spływająca po wierszu Eliotta, jeśli to właśnie nie była łza. Jak wiadomo sny nie przychodzą bez powodu i opowiadają o człowieku więcej niż on sam zechciałby powiedzieć chociaż są sny, które nie mówią nic oraz sny mówiące zbyt mało albo w ogóle plotące bzdury. Ale sen o sceptycyzmie nie mieścił się w żadnej z formułek, a dlatego, że był to sen człowieka, który wątpił w człowieka już w wieku, w którym motyle unoszą się nad głową, a świat jest tajemnicą. Potem nie było lepiej, łatwość z jaką uwodził kobiety nie wykonując najmniejszego gestu, zazdrość kolegów, o to, że w kilkudniowym zaroście siedzi zapuszczony Casanowa, o tyle lepszy od pierwszego Casanowy, że osiąga efekt wcale nie zamierzając go osiągnąć, i jego nieprawdopodobna arogancja, dzięki której wyglądało, że nienawidzi ludzi bardziej niż naprawdę nienawidzi, a nienawidzi strasznie. Sen o sceptycyzmie był dla Scotta jak bolesny policzek, którego nie odczuł. Niejednokrotnie wkładał opuchnięty od razów pysk pod poduszkę, aby wychylić spod niej zadowoloną mordę twardziela. Tym razem widać jednak, że sen zrobił na nim wrażenie. I odwrotnie.

Na przednim siedzeniu dla pasażera czuje się lepiej. Niepotrzebnie zdradza się na zakrętach, gdy jego głowa potakuje nieprzewidywalnym zmianom kierunku. Budzi go policzek wymierzony nie tyle ręką sprawiedliwości, ale wdzięczną rączką w skórkowych rękawiczkach należącą do kobiety z wysoko upiętym ogonem włosów, w kostiumie łaski przebudzającej koloru łososiowego. Jej nienaganny makijaż świadczy o realności doświadczenia. Samochód mknie cichutko warcząc po drodze parującej porannymi mgłami. Scott wpatruje się w przemijający sosnowy las i dobrze wie, że to jest najbardziej możliwe zmartwychwstanie. Wieczność nie przesunie się nawet o sekundę swojej bezwzględności, gdy Scott poprosi Adriannę, aby zatrzymała się przy łące szczęśliwe skłaniającej się ku drodze. Otwiera drzwi i podaje jej rękę. Idą przed siebie, a w ciszy poranka wyraźnie słychać ich milczenie. Idą zapominając o świecie, którego czas i przestrzeń się pomieszały, zaplątane w pajęczyny rozpięte na igliwiu sosen, grające obłędną muzykę. Fioletowe dzwoneczki i spadające szyszki to dźwięczą, to stukają o niewidzialne bębenki. Nie pada ani jedno słowo.

Gdy zmierzch oblewa świat, docierają do miejsca przeznaczenia. Domek Adrianny okazuje się neogotyckim pałacem, rodzinną posiadłością w gatunku tych, które, choć wybudowane w tym wieku, przypominają, że czasy są starsze od familijnych wątków. Scott gwiżdże z uznaniem i natychmiast dostaje kopniaka w kostkę. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że jest w pobliżu bramy krainy wiecznej młodości. Może dlatego stara się opamiętać i dla poczucia realności chce być oprowadzonym po posiadłości. Adrianna jest stanowcza. Odmawia.

Siedzą na tarasie. W kieliszkach bursztynowa Marsala i spojrzenia utkwione w głębi horyzontu, który nie daje nic więcej ponad to, co zawsze daje horyzont. Ogromne mnóstwo niczego.

Księżyc posrebrza ziemię, a Scott niepomny nocnych przywidzeń, w skromnej todze beana już sobie przypomina, że przybył tutaj w bardzo konkretnym celu. I już otwiera usta, aby zadośćuczynić ambicji, kiedy słyszy metaliczny szept:
- Nie teraz, proszę, nie teraz.
I zapomina. Tak, jak zapominają ci, którzy po raz wtóry doświadczają swojej niedojrzałości. Mamrocze najbardziej pokorną litanię jaką jest zamknięcie gęby na cztery spusty.

Potem następują dni beztroski, motyle, słone powietrze i miodowe wino. Fale rozbijają się o brzeg bez żadnej dialektycznej skłonności. Po prostu, fala za falą. Grzech za grzechem w łasce niebiańskich dni. Nie ma żadnej rzeczy przypominającej o istnieniu świata, żadnego wcześniej ustanowionego porządku, żadnych postanowień.

Jak opisać czas, którego nie ma? Może poprzez poranne rozczesywanie włosów albo przez świętego Augustyna ślęczącego nad pryszczem przed zwierciadłem. A może wystarczy strzęp dialogu:
- Czy czytałaś świętego Augustyna?
- Czytałam, czytałam. Albo nie.
- Więc tak, czy nie?
- Czy to ma być wyznanie?
- To ma być odpowiedź.
- Odpowiedź na co?
- Na moje pytanie.
- W takim razie czytałam. Ale tylko dla ciebie.

Tysiące rzeczy, które zdarzają się lub się nie zdarzają. Czasami zbyt późno przebudzone lęki. Niestety nawet dłubanie w nosie, gdy zapatrzeć się w horyzont. To wszystko decyduje, czy czas może pojawić się na swoim miejscu opuściwszy je wcześniej bez wyraźnego powodu ale też bez najmniejszego sprzeciwu zainteresowanych. Prawdopodobnie Czytelnik już się zorientował, że mówimy tutaj o uczuciu. O wiele bardziej ujmującym niż miłość, ale też niepokojąco krótszym. Gdzieś tam, w świecie Profesor Fuhler takie rzeczy się nie zdarzają. I pomyśleć, że ktoś mając wolną wolę znalazł się w tamtym świecie.

I znowu spojrzenia w głąb horyzontu, który nie ma w sobie nic ponad to, co ma zawsze. Noc, jeszcze jedna noc, gdy nic się zdarza. Sprośna metafizyczna pustka. Alejka w parku lirycznie zakręcająca tam, gdzie znikają dwie postaci i nie prędko się pojawią. Aż w końcu przychodzi popołudnie ostatniego dnia i ostatni spacer. Scott robi coś, czego nie powinna zrobić natura dojrzała. Jesteśmy trochę zawiedzeni bowiem już byliśmy skłonni wierzyć, że otrzymał dar od losu pozwalający mu iść na skróty pomiędzy sercem a umysłem. Ale to wymaga doświadczenia albo wyobraźni. Więc musimy się skrzywić, gdy Scott przystaje i zadaje Adriannie bardzo zasadnicze pytanie:
- Czy powiesz mi teraz jaka tajemnica kryje się w lekturze pod indeksem 2068.

Są mężczyźni, którzy twierdzą, że kobieta nie powinna zaczynać pierwsza. Ale są też mężczyźni, którzy twierdzą, że mężczyźni nie powinni pytać wprost. Są znacznie lepsze metody, wymagające najpewniej opanowania i cierpliwości. Można je wykorzystać na przykład tak:
- Adrianno, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, tam w bibliotece, chciałem żebyś poszła ze mną. Jednak nie nalegałem bo było to zbyt niebezpieczne, a ty byłaś zbyt piękna. Ale jeśli zdarzy się okazja, moglibyśmy spróbować.
Adrianna przysuwa się do Scotta bardzo blisko. Jej biodra prawie go dotykają, a oczy zatrzymują się na jego nieruchomym spojrzeniu. To trwa zbyt długo, ale w końcu Adrianna odpowiada:
- Jesteś małym głupiutkim chłopczykiem.

Cóż, każda metoda ma swoje ograniczenia. Można uwodzić kobietę milczeniem lub mówieniem. Ale z pewnością nie można uwodzić kobiety bez uwodzenia. Więc kiedy Scott zadaje kolejne pytanie, jest, po prostu, beznadziejny:
- Proszę, powiedz mi, co się za tym kryje

Jeszcze nie tak dawno temu bylibyśmy pewni, że nasz doktorek spakuje resztę zbyt obfitego posiłku do wiklinowego kosza i postawi na tylnym siedzeniu samochodu, że smakołyki nie zmarnują się i przechowają w postaci prowiantu na dalszą drogę, że będzie zdolny do odegrania właściwej roli, która mogłaby wyglądać mniej więcej tak:
- Czyż nie byłoby cudownie, gdybyśmy razem błądzili po labiryncie?
To samo, co poprzednio. Potem trawnik i pięć minut dzikiej namiętności. Wreszcie Adrianna przykrywa Scottowi usta zimną dłonią i patrząc mu prosto w wybałuszone gały szepcze aksamitnym głosem:
- Jesteś małym głupiutkim chłopczykiem. Ale takiego cię lubię.
Jeszcze pół godziny dzikiej namiętności Adrianna wstając:
- Wracamy. Chciałabym się przebrać.

Żadna metoda nie jest doskonała. Kiedy są już w pobliżu domu, Adrianna dostrzega światło w pokoju na ostatnim piętrze.
- O Boże! - mamrocze prawie bezgłośnie.
- Czy coś się stało? - pyta Scott, gdy najwyraźniej powinien zareagować inaczej:
- Jeżeli to złodziej, to połamię mu kości, a jeśli gość, to wcale nie musimy wracać.
- Daj spokój, Scott. To moja siostrzyczka.

- Dobry wieczór. Mam nadzieje, że was nie przestraszyłam. W każdym razie czekam z kolacją. - wykrzykuje postać wychylona z okna.

Przy dębowym stole mogącym pomieścić ze trzydziestu apostołów, trzy osoby, świece i rozmowa o sosach do krewetek. Frances jest bardzo podobna do Adrianny, parę lat starsza, doświadczona (nieudane małżeństwo i pasierb) i o wiele ładniejsza. Adrianna pije trochę więcej wina niż zwykle. W końcu poświęca się i idzie przygotować jamajską kawę.

- To fantastycznie, Scott, że poznałeś moją siostrę.
- Tak, to naprawdę fantastycznie.
- Na długo przyjechaliście? No, jakkolwiek, porywam cię na jeden dzień. Lubisz żeglować?
- Myślę, że tak.
- To dobrze. Ja uwielbiam. W każdym razie fajnie, że dałeś Adriannie trochę rozrywki. Biedna siostrzyczka!
- Biedna?
- No wiesz. Ta biblioteka i od tylu lat żadnego faceta. Masz tu swój jacht?
- Nie. Nie mam...
- Nie szkodzi. Moja łajba jest w zatoce o dwadzieścia minut stąd. Więc kiedy wracacie?
- Jutro.
- Och! Jeżeli tak, to porywam cię po kawie na króciutki rejs. Gdyby Adrianna chciała pożeglować z nami...
- Może zechce.
- Nie sądzę. Cierpi, no, to znaczy womituje. Ale oto ona. Adrianno, czy zechcesz?

Scott nigdy nie dowiedział się, czy chciała. Jacht zacumowany w zatoce kołysał się lekko w rytm księżycowej bryzy. Noc była pogodna.

- Bardzo pogodna noc - powiedział Scott dopijając szampana.
- Tak, ale wszystko wskazuje na to, że jutro będziemy mieli dobry wiatr.
- Nie mam pojęcia o żeglowaniu, Frances.
- Już blisko świt - powiedziała Frances rozpuszczając włosy.
- Wydaje mi się, że jestem skurwielem. Czy napijesz się czegoś mocniejszego, Frances? - zapytał Scott schodząc pod pokład.
- Jesteś skurwielem, Scott. Ale kocham cię.

Scott nalał sobie szklaneczkę portorykańskiego rumu. Wyszedł na górę i oparł się o aluminiową barierkę na rufie. Frances stała na dziobie i wylewała szampana do morza. Jej jasne włosy spływały w otchłań.

- To wszystko nie ma sensu. Ale i tak zawsze będę przy tobie - postanowił Scott i wyrzucił za siebie szklankę wraz z całą zawartością
- Pieprzysz, Scott, ale nigdy mnie nie opuścisz, prawda?
- Nigdy, Frances. Naprawdę nigdy.

Właśnie zabłysła gwiazda Wenus. Na horyzoncie widać było coś, czego zwykle nie widać. A od strony lądu dobiegał hałas przebudzonych ptaków. Scott zasnął, a Frances lekko się uśmiechając witała wschodzące słońce. To była bardzo długa noc.

Nigdy przedtem i nigdy później Profesor Fuhler nie wyglądała tak olśniewająco. Być może za sprawą refleksów zachodzącego słońca przebijających się przez brudną szybę przedziału jakiejś tam klasy dalekobieżnego pociągu, który ponad wszelkie wątpliwości zdążał nad morze. A może za sprawą skupionej twarzy, a szczególnie oczu. Oczu wpatrzonych w przyszłość jak Kapitol albo, bóg jeden raczy wiedzieć co.

Gdzieś pomiędzy psim swędem a kobiecą intuicją, Pani Profesor znalazła właściwy trop. Na stacji kolejowej, którą mógłby podziwiać Henry Miller, spotkała człowieka wiedzącego wszystko. Wyglądał niepozornie, ale za szklankę wódki i rozedrganego tymbalika zaprzedałby duszę, a cóż dopiero wiedzę o kursie pewnego jachtu, który ledwo co zdążył oddalić się od brzegu, aby spuścić kotwicę na wodach tak płytkich, że płytsze ledwie o dwie stopy, oznaczałaby mieliznę.

Koniec końców doszło do momentu, gdy Pani Fuhler, stojąc na dziobowym trapie wynajętej łodzi i trzymając przy ustach tubę wyszeptała coś, co brzmiałoby o wiele lepiej w świecie znacznie mniej relatywnym:

- Scott, wiem, że tam jesteś, a teraz i ty wiesz, że ja jestem tu. Mam nadzieję, że rozwiązałeś zagadkę. Bo jeżeli nie, to wyleję cię na zbity pysk. Jesteś tam, prawda?

Ani Scott, ani prawda, nie odpowiadali. Jacht należący do Frances wyniośle kołysał się na długiej fali. Urocza cisza pochlipywała wodą wyrzucaną spod kadłubów.

Profesor Fuhler miała niezbite dowody, że Scott jest właśnie tutaj. Świadczyły o tym plotki miejscowej ludności i ogólne wrażenie. Więc nie było mowy o wątpliwościach. Toteż Pani Profesor jeszcze raz przyłożyła tubę do ust.:

- Wychodź, bękarcie. Życie to nie wagary!

Mimo tak wyzywającej apostrofy cisza nie napełniła się niczym innym poza lekką bryzą, wilgotną i zapowiadającą zmianę pogody. Profesor Fuhler pozostała jeszcze jedna z dwu możliwości: abordaż albo oblężenie. To drugie wydawało się korzystniejsze posiadając ten polor naturalności, który broni nas, gdy lekko drżymy na myśl o śmieszności. Ale Fuhler nie drżała na myśl o śmieszności, a ponadto miała nieodparte wrażenie, że cierpi na chorobę morską. Fizjologia nie jest najlepszym doradcą, ale skutecznym. Z pomocą wyliniałego szypra przypominającego człowieka jak śmierć przypomina życie, Fuhler przedostała się na pokład jachtu, który zwał się Jerico i był bardzo dzielnym jachtem zważywszy, że widział, co widział. Bez zastanowienia zbiegła po małych schodkach i sprytnie unikając rozbicia głowy wsunęła się do kabiny. Przywitało ją puste szkło, tak smutne, jak ostatnia kropla tropikalnej burzy. Dopiero po chwili odnalazła w półmroku koję, a na niej prześliczną dziewczynę o wdzięcznym imieniu Frances, co jednak nie było widoczne na pierwszy rzut oka, ale dawało się wywnioskować ze splotu plotek i podszeptów. W każdym razie Frances spała słodko jakby życie to były wagary.

Frances powoli otworzyła oczy i tym samym wykonała nieśmiały krok w stronę pojmowania niepojętego świata. Na wszelki wypadek, i zupełnie intuicyjnie, zrobiła fenomenologicznie słodką minkę. Wtedy usłyszała coś czego nie miała ochoty usłyszeć i co nie bardzo nadaje się do zacytowania. W odpowiedzi rozczesała ręką włosy i pokiwała głową z niedowierzaniem. Wtedy intruz wytoczył ciężką armatę i palnął w drzwi konwersacji tak, iż te zniknęły z powierzchni porozumienia i ukazało się wielkie pole stworzone do bitwy. Sformowano szyki i wydano na prędce sklecone komendy tudzież dały się słyszeć okrzyki bojowe. I gdy już miało dojść do starcia, Frances pokutnie pochyliła głowę nad pustą butelką. Do jej wnętrza spłynęła niebieska, przyprawiona tuszem łza. Dał się słyszeć rtęciowy, studzienny dźwięk.

Było po wszystkim. Głowa Pani Profesor spoczywała na deskach kajuty wśród odłamków szkła. Strużka krwi cieszyła się życiem, powolnym, ale tak wartkim przed zakrzepnięciem. Frances parzyła herbatę. Mocną i czarną. Jedna łyżeczka dla filiżanki i jedna dla podgrzanego czajnika. Po prostu herbatka dla jednego.

- Pointa dialogu, jak los, jest nieodgadniona. Choć dialog, podobnie jak los, może być banalny. Jest tyle zdarzeń, które wydają się przewidywalne, statystycznie oswojone, obojętne na rachunek prawdopodobieństwa. Specjaliści od komunikacji przekonują nas, że istnieje jakiś modus vivendi, z którego można wydedukować pole dialogu. Tym samym zabezpieczają rację swojej kompetencji i zaraz potem układają niebezpieczne algorytmy, których skuteczność jest wprost proporcjonalna do naszej wiary w ich istnienie. Panie i Panowie! - huknął z katedry wykładowca - Powiem, jak pewien malarz wydłużający twarze kobiet: Nie rozśmieszajcie mnie, stereotyp, po prostu, nie istnieje.
W tym momencie wykładu doktora Scotta po audytorium przebiegł szept oznaczający coś więcej niż ignorancję. Był to przebiegły szept nie oznaczający nic, więc szept najzupełniej stereotypowy. Scott uniósł nieznacznie podbródek i uśmiechnął się dwuznacznie bowiem przyjęte było, że od pewnego stopnia nie należy uśmiechać się jednoznacznie. Teraz mogła nastąpić tylko anegdota.
- Proszę Państwa, niedawno miałem okazję zwiedzić pewien labirynt, którego próżno szukać w przewodnikach. Labirynt ten jest przypowieścią i poucza o istocie władzy, jaką daje odpowiednio sformułowany komunikat, gdy podaje się go we właściwym momencie i w odpowiedni sposób. Wybierając się w tę wędrówkę nie wiedziałem, że ryzykuję życiem i dlatego, najpewniej, zaryzykowałem. Z pułapki wybawił mnie przypadek, a konkretnie: nitka z pończochy. A jeszcze bardziej konkretnie: wyszedłem z labiryntu po śladach swojej żądzy. Jej Wysokość Logika abdykowała. Ale, proszę, nie wyciągajcie z tego przypadku daleko idących konsekwencji. Bowiem był to mój przypadek i moje doświadczenie. Więc w dalszym ciągu zachęcam do studiowania Arystotelesa i pojmowania dialogu w taki sposób, jakby nie istniały puszczane oczka, zsunięte majtki, zbytnio wypomadowane usta albo nielogicznie słodkie westchnienia. Szanowni Państwo! Jeżeli uśmiecha się do was los, to patrzcie mu uważnie w oczy bo być może on zniknie a uśmiech zostanie. Rzecz jasna na podobieństwo Kota z Chesire.
W tym momencie wykładu, Scott lekko ukłonił się i opuścił salę. Na dobre pół minuty audytorium pogrążyło się w absolutnej ciszy. Gdy Scott był już na schodach usłyszał aplauz, ale nie wiedział, z której sali dochodził i czy dotyczył jego wypowiedzi. Nie z tej sali i nie jego dotyczył. To był przypadek.

Po chwili szedł pustą uliczką wzdłuż koryta śmierdzącej rzeki. Na przeciw niego zdążała powolnym krokiem kobieta. Rudowłosa i nie z tej ziemi. Uśmiechali się do siebie. I w końcu się minęli. To też był przypadek.
[1] Czyli tutaj.

BARDZO KROTKIE OPOWIADANIE

By³o to bardzo, bardzo dawno temu. W czasach nie najgorszych i nie najlepszych,w krainie tak odleg³ej od wszystkiego, ¿e nawet lepiej nie mówiæ. W ma³ym zamkuwzniesionym na wzgórzu poro¶niêtym wrzosami i ja³owcami, nie do¶æ stromym, abyodstrasza³ naje¼d¼ców, za to w okolicy, która obfitowa³a w bagna, w±skie ¶cie¿kimiast traktów, strzygi w miejsce przyjaznych duchów, ¿y³a sobie ksiê¿niczka owdziêcznym imieniu Leila. Nie wielu mia³a poddanych, s³u¿by jak na lekarstwo,¿adnych wreszcie wp³ywów. Ale by³a m³oda i piêkna i tak wykszta³cona, ¿e niewytrzyma³aby tego ¿adna bajka. Gdy minê³o jej dwadzie¶cia wiosen, zna³a ju¿wiêkszo¶æ pism Arystotelesa, rozprawy doktorów Ko¶cio³a, listy co bardziejzepsutych Rzymian i odpowiedzi tych, którzy uchodzili za moralistów. A nadtotraktaty praktycznych Arabów i rojenia szalonych Persów. W innych czasach i winnym miejscu mog³aby do¶wiadczyæ tego, co by³o udzia³em Kleopatry. Nie od rzeczy bêdzie dodaæ, ¿e wszystko, co wyczyta³a w swojej zimnej kamiennejkomnacie, nie pochodzi³o ani z cudem ocalonych aleksandryjskich zbiorów, ani zo¶wieconej uczelni ciemnej Europy. Ot, przypadek. W czasach, które poprzedza³yjej dawne czasy, pewien ¯yd przywióz³ owe ksiêgi i odda³ je naonczas panuj±cemuprotopla¶cie Leili za dwa wory m±ki, trzy buk³aki wina i cztery funty suszonegomiêsa. By³o to w porze wielkiego nieurodzaju, w jednym z tych sezonów, gdyzapisana mowa Sokratesa jest mniej warta od mlaskania, gdy jego przedmiotem jestudziec. Nawet gdy nie do¶æ posolony. Ale ksiê¿niczka by³a tylko ksiê¿niczk±, wiêc brakowa³o jej ¿yciowej m±dro¶ci iksiêcia, który spe³nia³by niektóre z postulatów zawartych w PoetyceArystotelesa, choæ sam móg³by byæ do¶æ roztargniony, aby pomin±æ w swojejedukacji staro¿ytnych. A poniewa¿ nawet krótk± opowie¶ci± rz±dz± prawa fabu³y,Leila czeka³a na niego d³ugo. Zimowe wieczory skraca³y jej legendy o rycerzachOkr±g³ego Sto³u i weso³e iskry strzelaj±ce z kominka. Letnie popo³udniawype³nia³y jej bez reszty przechadzki w¶ród ja³owców i coraz smutniejszespojrzenia w stronê lasów i bagien. Z czasem i tego zaprzesta³a znajduj±cupodobanie w obcowaniu z okoliczn± gawiedzi±. A ludzie, wiadomo, du¿o gadaj±. Kto¶ móg³by pomy¶leæ, ¿e ta romantyczna chuæ podretuszowana ¶redniowieczn± mg³±³amie szczeble feudalnej drabiny. By³by to jednak karygodny b³±d! Otó¿ Leila mado¶æ wdziêku i jednakowo¿ praktycznego pomy¶lunku, ¿e jej wzglêdny komfort, jakk±piel w ciep³ej wodzie z wonno¶ciami czy jajka na miêkko podawane do ³ó¿ka,zale¿± od danin i podatków. Spoufalenie z mot³ochem wy¿ej wspomnianemu nies³u¿y. Wystarczy jednak w dzieñ targowy lichy przyodziewek, opoñcza z kapturemprzys³aniaj±ca oczy i potargane w³osy przys³aniaj±ce rysy twarzy, któreniechybnie by j± zdradzi³y. Rzecz, w razie czego, bezpieczna bowiem ksiê¿niczkaLeila nie mia³a zaciek³ych wrogów, a wasale i poddani s³yszeli od nielicznychpodró¿uj±cych kupców, ¿e ich kraina mo¿e uchodziæ za raj. Nie trapi³y j± aniwojny, ani rabusiów nie by³o zbyt wielu, hordy wilków trzyma³y siê z dala, azjawy i upiory w tej okolicy by³y leniwe i dawa³y siê we znaki od przypadku doprzypadku. Do k³opotliwych wyj±tków nale¿a³y bagienne strzygi. Te lubi³y uwodziæm³odzieñców zbieraj±cych torf do okadzania destylatu wody ¿ycia. Nie jeden znich da³ siê uwie¶æ, a wtedy jego mi³osne uniesienie pogr±¿a³o siê w bagnistejtoni. Ale i tak czym to by³o wobec paryskich lupanarów, gdzie syfilis by³ takpowszechny jak tutejsze wyciskanie pryszczy. Trêdowatych i smoków w ogóle tu niewidywano. Wiêc nie by³o to miejsce ani dla b³êdnych ani bezb³êdnych rycerzy. Có¿ dopieromówiæ o ksi±¿êtach szukaj±cych s³awy lub o pos³añcach w dynastycznej misji. Raztylko trafi³a tutaj znaczna lafirynda w pokutnej podró¿y. Po dwóch miesi±cachbiedaczka umar³a ze zgryzoty. A dok³adniej zagryz³ j± sfrustrowany wilko³ak.Wkrótce i jego los pokara³. Znaczy siê, zamiast zió³ na trypra najad³ siê miêtypieprzowej i rumianku. Diagnoza w tych czasach opiera³a siê w g³ównej mierze naintuicji. Wobec tego wszystkiego, gdy Leila w pewien styczniowy poranek zas³ysza³a owró¿ce zamieszkuj±cej w dziupli na pó³nocny zachód od zamku, w lesie sosnowym onie najgorszej renomie, a jednak rzadko odwiedzanym, niezw³ocznie, czyli pozmroku, uda³a siê tam bez ¿adnego towarzystwa nie licz±c chabety, która by³a jejdum±. Bo trzeba wiedzieæ, ¿e je¼d¼cy tej krainy zwykli pêdziæ na os³ach lubpieszo. Noc by³a mro¼na. Oszronione ig³y sosen. Bezwietrznie. Ksiê¿yc w pe³ni.Oby³a siê bez pochodni. Po jakich¶ stu paciorkach nie odmawianych przez nikogo,znalaz³a siê u celu swej wyprawy. Wró¿ka siedzia³a na powalonym pniu. Jej rudawew³osy sp³ywa³y po sukni utkanej z mchu przetykanego kor±. Na jej kolanachspoczywa³ pó³misek wype³niony srebrzystymi szyszkami, które starannie ogryza³aco raz spluwaj±c nie dbaj±c o ró¿ê wiatrów. Noc, jak ju¿ powiedziano, by³aniezwykle pogodna. Zobaczywszy ksiê¿niczkê wró¿ka sarknê³a i wydoby³a niewiadomo sk±d tytoñ. ¯u³a g³o¶no i nadal spluwa³a. Leila o¶mieliwszy siê,zapyta³a: - Czy jeste¶ wró¿k±? - Jestem, jestem. - odpowiedzia³a opryskliwie. - Bogiem a prawd± my¶la³am, ¿e wró¿ki s± piêkne i eteryczne - zagai³a Leila,która nigdy nie mia³a do czynienia z protoko³em dyplomatycznym. - O Bogu rozmawiaj ze spowiednikiem. O prawdzie ze scholastykiem, je¶li takiegoznajdziesz w okolicy. A co do wró¿ek, to ró¿nie bywa. - tu g³o¶no prze³knê³a¶linê i beknê³a cicho - Chyba. A có¿ ciê, dziecino, do mnie sprowadza? - Ludzkie gadanie. Powiadaj±, ¿e znasz przysz³o¶æ. Prawda to? - Przysz³o¶æ znam nie najgorzej. A co do prawdy, to zale¿y od zap³aty. Nieinteresuj± mnie uniwersalia. - teraz strzyknê³a ¶lina na odleg³o¶æ tak znaczn±,¿e uwiarygodni³aby nie jednego czarownika. - Chcê wiedzieæ, czy bêdzie kto¶ w moim ¿yciu, kogo pokocham. Jakiej chceszzap³aty? Na takie dictum wró¿ka przewróci³a oczami, podrapa³a siê pod lew± pach± izasiad³a okrakiem na pniu. Po czym odpar³a zmienionym g³osem przypominaj±cymrechot ¿aby: - Du¿o nie chcê. Trzy noce w twojej komnacie z ukochan± przez ciebie osob±.Nadto k±piel w gor±cej w wodzie z pachnid³ami, jedno posiedzenie z twoimspowiednikiem i twojego rumaka. Dobijamy targu? - jej oczy zrobi³y siê okr±g³ejak tarcza ksiê¿yca, przy czym niewinne. - Cena jest wysoka. Chcia³abym zachowaæ rumaka. - trudno powiedzieæ, czy by³ totalent do negocjacji, czy desperacja. - Masz talent do negocjacji. Zachowaj rumaka. - wró¿ka odpar³a bez namys³u. - Wiêc zgoda. Kto to bêdzie i kiedy? - Nie ¶piesz siê, dziecko. Muszê zapytaæ ksiê¿yca. - tu splunê³a w niebo, którezasnu³o siê chmurami. Zacz±³ padaæ pomarañczowy ¶nieg. Powia³ wiatr z po³udnia.Gwiazdy zmieni³y konstelacje. - Ju¿ gotowe. Wszystko jasne. - Có¿ wiêc? - zapyta³y o¶nie¿one usta Leili. Niecierpliwe i spierzchniête. - Wiêc jest to osoba, któr± widujesz codziennie. Nad wyraz urodziwa. Co tamurodziwa? Diablo piêkna! - Niemo¿liwe! K³amiesz! Nie znam kogo¶ takiego! - Znasz i owszem. Nie min± trzy miesi±ce, a bêdzie twoja! A moja bêdziezap³ata.... W ¶nie¿nej zamieci Leila z trudem odnalaz³a drogê do zamku. Dobry tydzieñ le¿a³aw ³o¿u z gor±czk±. Nocami bredzi³a i krzycza³a, za dnia pojona bulionem ze¶wiñskich ogonów i kogucich grzebieni, odzyskiwa³a przytomno¶æ. W koñcuodzyska³a j± na dobre. A by³ to dzieñ, gdy do jej zamku przyby³ kupiec zdalekiej Wenecji. Odda³a mu wiêkszo¶æ swoich ksi±g w zamian za ingrediencje,które nosi³y miano afrodyzjaków. Niestety. By³ oszustem. Dwa wozy nie¶wie¿ych krewetek, homarów i przesuszonychtoskañskich zió³ posz³y z dymem. Ale sprawiedliwo¶æ nie spa³a. Chocia¿ lepiejpowiedzieæ, ozdrowia³a. Oszusta przygniot³a zbyt szybko opuszczona krata wpo³udniowej bramie. Leila naprawdê dochodzi³a do zdrowia. Odt±d uwa¿nie patrzy³a na wszystkie twarze, które widywa³a ka¿dego dnia. I takrozkaza³a trefnisiowi, aby zdj±³ czapeczkê z dzwoneczkami i star³a z niegowarstwê pudru. Ukaza³ siê jej smutny pysk bez wyrazu, ¿a³osny jak wszystkie jego¿arty. Leila wrêczy³a mu dukata i rozkaza³a, aby poszed³ w diab³y. Jedna zkronik odnajduje go piêæ lat pó¼niej u boku pewnego hiszpañskiego rycerza.Stanowi± dobran± parê. Na szlaku do Santiago de Compostella po¿era ich ostatnismok. Gdyby nie ten historyczny posi³ek, pamiêæ ludzka nigdy by ich niezarchiwowa³a. Leila zwo³uje minstreli, którzy co wieczór przygrywaj± do wieczerzy. Wstydpowiedzieæ, ale zrywa ich na nogi o trzeciej w nocy. Ka¿e graæ serenadê. Wiêcgraj±, a nostalgiczna melodia g³aszcze sen zmêczonych dworzan i porusza lêd¼wiewytrwa³ych kochanków. Tu i ówdzie rozlegaj± siê szepty mówi±ce o szaleñstwieksiê¿niczki. Szczê¶liwie jest noc, a ¶wit przywo³uje rozs±dek. Leila ¶pi dopo³udnia. Budzi siê z krzykiem. Tego samego popo³udnia ka¿e marsza³kowi zebraæ swoich rycerzy. Herold og³aszaturniej. Czterech wychudzonych m³odzieñców kruszy kopie ku uciesze liczniezgromadzonej gawiedzi. Kiedy, przed walk±, staj± przed trybun± z otwartymiprzy³bicami, wynik turnieju staje siê dla Leili obojêtny. Zwyciêzca, Gotrfyd zBulionu, uzyskuje przywilej wyruszenia do Ziemi ¦wiêtej. Ju¿ w drodze, dok³adnietrzeciego dnia, dostaje takiej obstrukcji, ¿e zawraca i b³aga swoj± pani± oodwleczenie misji. Piêkna Leila lituje siê nad rycerzem. Oszczêdza mu wstydu.Jego los pozostaje nieznany. W koñcu pozostaje spowiednik. Zakapturzony mnich, który wys³uchuje jej miêdzynieszporami a wieczerz±. Podobno przyby³ z Prowansji, która s³ynie tyle¿ z zió³,co kochanków. Tym razem Leila nie skorzysta z klêcznika, jak równie¿ z pokory i¿alu. Wchodzi do konfesjona³u i zdejmuje mu kaptur. Oblicze ³aski bo¿ej jestgodne podziwu, b³yszcz±ce oczy, szlachetne, choæ surowe rysy, parodniowy zarost,krucze w³osy i zmys³owe usta, które pytaj±: - Co chcesz, pani, abym uczyni³? W kaplicy jest pusto, a d³ugie milczenie trwa nieco d³u¿ej ni¿ z³o¶æ izak³opotanie. - Chcê aby¶ odszed³. Wiêcej grzechów nie pamiêtam. - odpowiada Leila lekkounosz±c g³owê. Po jej policzku sp³ywa ³za. Pewnie jest gor±ca, trochê s³ona. Ktowie? - Natychmiast. Klecha wype³ni³ jej ¿yczenie. Kroniki milcz± o jego losie. Tylko ludzie gadaj±,¿e parzy³ siê ze strzygami, a mimo to prze¿y³. Podobno zamieszka³ na bagnach.Zaklêty w drzewo olchy cierpliwie s³ucha niewypowiedzianych spowiedzi, któreprzynosi mu wiatr. Tego wieczora Leila nie zjad³a wieczerzy i nie przywo³ano minstreli. Wypi³awiêcej wina ni¿ to przystoi ksiê¿niczkom. Mo¿e nawet lekko szumia³o jej wg³owie. S³u¿ka, która zwyk³a uk³adaæ j± do snu, stanê³a w drzwiach i nie mog³apost±piæ kroku. Speszona sta³a w progu, a jej p³on±ce oczy szuka³y oparcia wlichtarzu albo gdziekolwiek. Leila z trudem unios³a g³owê i zobaczy³a j± wpe³nym ¶wietle. Gina, bo tak mia³a na imiê s³u¿ka, by³a niezwykle urodziwa. Poraz pierwszy ksiê¿niczka dostrzeg³a, jej czarne, g³êbokie oczy, króciutko ¶ciêtew³osy, ma³y nosek, lekko wystaj±ce ko¶ci policzkowe i usta. Tak, usta nadustami. Nigdy nic nie mówi±ce teraz zdradza³y. Chwiejnym krokiem podesz³a doGiny. Pog³adzi³a j± po twarzy i pytaj±co spojrza³a w oczy, najczarniejsze, jakiewidzia³a. Ich poca³unek by³ bezwstydny i bezwstydna by³a noc. ¯y³y krótko i szczê¶liwie. P.S. Wró¿ka jest zmy¶lon± postaci± literack±. Zap³ata jej nie przys³uguje.

HEROD

Herodzie, Królu ziemi wysuszonej na pieprz, a jednak urodzajnej Królu jedyny, gwiazdy mówią, a powiadam Ci, że paplają jedna przez drugą że narodzi się dziecię, a stanie się to wkrótce, jeśli nie za chwilę Bachor ten zostanie poczęty z dziewicy, w co już trudno uwierzyć i będzie uznany za Króla, a królestwo jego będzie nie z tego świata, cp w zasadzie, o Najjaśniejszy, powinno Ci być na rękę.

Jednakowoż konstelacje mówią, a niektóre krzyczą i wyją, abyś zaprzestał ucztować i - wybacz mi - obżerać się plackami z figą i uchlewać judejskim winem, ale raczej żebyś ruszył na Betlejem (to tutaj) i wyrżnął wszystkich pretendentów. Powiadam Ci, Panie, są to małolaty i paru zbrojnych narobi takiego bigosu - jeśli znasz ten przysmak - że zamach na twoje dziedzictwo pozostanie gwiezdnym urojeniem.

Jeśli jednak będziesz tkwił w tej balii rozpustnej, o roztropny Królu, to na 1789 lat przed Rewolucją Francuską 1848 lat przed Wiosną Ludów, 1919 lat przed zaćmieniem Słońca widzianym z Wyspy Książęcej, 1980 lat przed ponownym wprowadzeniem kartek na mięso w środku Europy narodzi się kariera, jaka będzie tylko udziałem Mahometa i niejakiego Lenina, a wtedy, łaskawy Herodzie, będziesz panował tylko w pastorałkach i przełykał gorzkie pigułki na historyczne zatwardzenie!!

____________________________________________________________________________________________________________________________________________




Ja, Herod, Król nad Królami, choćbym miał dostać przepukliny i nabawić się niestrawności, co mam nadzieję nie nastąpi, rozkazuję wszem i wobec, ale przede wszystkim moim kochanym żołnierzom, na codzień zapluskwionym i niedomytym, ale przecież dzielnym, jeśli wierzyć ich przechwałkom, nakazuję Wam, co to miałem powiedzieć? aha, już wiem zbierać figi i piec placki, a nie, to nie to, więc każę upiec Lenina i pędzić wino, też nie to, aha wiem, kupić pigułki na przeczyszczenie, chyba coś innego. Aaaa! Wiem dorwać małolaty, kapuściane głowy i zakisić je na moją sławę. Szczególnie dać im bobu
w gminie Betlejem i okolicy, strzelać do Aniołów! aresztować gwiazdy! Co się nawinie jakieś niewiniątko, zaraz upitrasić! Ja, Herod, Herod nad Herody, nie chcę być pastorałką - wolę rzeź i krwawe gody!

JESZCZE JEDNA OPOWIESC

Było to w czasie, gdy wystawiałem twarz do jesiennego słońca na pewnej katalońskiej wyspie opustoszałej po angielskich i niemieckich wpół zidiociałych turystów i właśnie rozważałem czy stolica tego regionu nie mogłaby być dostatecznym wyzwaniem dla decyzji o emigracji. Po raz pierwszy myślałem poważnie o zmianie miejsca stałego osiedlenia, a to pewnie za sprawą frustracji, którą obdarzyła mnie moja ojczyzna. Bowiem wypełnia się ona po brzegi wszelkimi przymiotami, których nie odczuwa się zmieniając na pewien czas miejsce pobytu. Być może jest to syndrom, który kryje się za powiedzeniem, że najlepiej jest tam gdzie nas nie ma. A być może jest to zmęczenie oportunizmem i fasadowością, lenistwem i pracoholizmem, fałszywą ambicją i duchową tandetą, czyli tym wszystkim, co składa się na wizerunek pretendenta do kraju środkowoeuropejskiego, jeśli wierzyć geografii lub poglądowi włoskich piłkarzy, którzy marzą żeby zagrać w Wilnie, Wiedniu lub Krakowie. Geografii nie wierzę, choć jej służebnica kartografia wydawałoby się - za pomocą siatki odwzorowań - pretenduje do ścisłości i obiektywności. O ile wiadomo, gdzie kończy się i zaczyna Toskania, Prowansja lub Katalonia, to znacznie gorzej jest z Europą bo wątpliwości rozpoczynają się od Przylądka Sitges, z którego skał w fale oceanu patrzy duch Henryka Żeglarza, a kończąc na Kaukazie, gdzie boleśnie cierpi wątroba Prometeusza. W innej wersji obiekcje pojawiają się na Końcu Świata usytuowanym w Kornwalii, a znikają na dawnej granicy Cesarstwa Rzymskiego, gdzie Gruzini i Ormianie uprawiają winorośl, na co klimat nie pozwala już Azerom. No i tak można w nieskończoność albo w jej ponure okolice. Co do piłkarzy marzących o środkowej Europie skłonny jestem podejrzewać ich o inne motywacje, choć z całkiem starożytną proweniencją, jeżeli należy do niej łatwość łupu. Tymczasem Katalonia jest beztroska. Mieszkańcy, nie wyłączając emigrantów, kończą swoją pracę, mniej lub bardziej twórczą, biorą prysznic i ruszają do miejsc, gdzie serwuje się wino i owoce morza, tańczy i śpiewa, a przy rozmowie niekoniecznie opluwa kolegów. Miłość jest spontaniczna, rozleniwienie naturalne, a ambicja ogranicza się do osiągnięcia sukcesu w sensie tak samo dalekim od amerykańskiego jak i naszego ojczystego, choć te dwa modele odległe są od siebie jak niebo i piekło motywacji. Tylko zazdrość jest tutaj silniejsza niż gdziekolwiek, ale też bardziej oczywista. Rozbrzmiewa jak ole! na corridzie. Kto wie, czy to nie lepsze niż syknięcie w rogu knajpy: suka. Na wszelki wypadek proszę koleżeństwo emigrantów, bądź co bądź artystów ze Śląska żeby podrzucili mi rodzimą prasę. A to, żebym się nie odzwyczaił lub szybko nawrócił. Następnego dnia dostaję paczuszkę szmatławców wybranych według przypadkowych kategorii określonych przez ziomków. Zwracają uwagę kolorowe biuletyny będące doraźnymi bedekerami po naszej słodkiej okolicy. Ilość prowizorycznych atrakcji jest zdumiewająca, ale skoro jestem daleko i skoro nie ma innego wyjścia rozsmakowuję się w felietonie traktującym o moim rodzinnym mieście. Rzecz jest smakowita bo traktuje o lafiryndach wystających wzdłuż znanych mi ulic. Zaburzają one porządek etyczny, estetyczny, architektoniczny i jeszcze chyba jakiś. Na pewno porządek. I wtedy coś we mnie się trwoży, coś buntuje. Zdobywam się na gest, odwracam twarz od katalońskiego słońca. Pradawnym słowiańskim zwyczajem stawiam zgromadzonym tutaj w beztrosce butelkę rosyjskiej wódki i oznajmiam wszem i wobec, że życzę dobrej zabawy i tym podobnych, ale wracam do siebie. Na szczęście nikt nie zadaje zbędnych pytań. Wódka znika, a rozpoczynają się tańce i śpiewy. Następnego dnia, bez przywileju kaca, ale w poczuciu obowiązku, ląduję w Pyrzowicach. Będę szukał straconego porządku. Spojrzę na mój świat innymi oczami. Szare miasto, od czasu do czasu błyskotliwie puszczające oko do przybysza mgnieniem neogotyku i secesji, zakrytych, odkrywanych, jak kto chce, poprzecinane wstęgami kartonowych reklam i sztafażem szkła i aluminium. Rozgoryczone bardziej Stalinem niż Hitlerem. Od strony międzynarodowego portu lotniczego wyjeżdża się Gierkiem pełną gębą, mija się miasto słynące niegdyś z niezwykłej ilości burdeli zatrudniających robotnice, które nie znalazły roboty. Sprzeczność nie mająca ni mniej, ni więcej uroku niż każda inna. Znam ulice, gdzie przy krawężnikach udeptują chodnik niemal całodobowe motyle rozkosze lub środowiska mikrobiologii, jak chcą niektórzy, pragmatyczni. Ale gram swoją rolę. Rozpytuję się tu i tam. Wszyscy wiedzą. Kiedy pytam starszą panią na przystanku tramwajowym, bije mnie torebką, jakby tym wątłym skóropodobnym przedmiotem można odgonić diabla. Pytam taksówkarza, a ten uważnie patrząc w lusterko lustruje mój, muszę to powiedzieć, nieskazitelny ubiór, proponuje agencje towarzyskie lub kluby nocne, ale ja odpowiadam, że jest godzina 15.00 i chcę na ulicę. Z rozżaleniem wiezie mnie w pobliże uniwersytetu. Tutaj udaję dziennikarza i pytam mieszkańców. Statystycznie są oburzeni, bo dzieci patrzą, bo brudno, bo burdy na ulicach, bo ruch w nocy. Gdybym udał rzecznika praw uliczno-kurewskich odpowiedziałbym dyplomatycznie: Państwo mieszkacie w domach położonych wzdłuż dwupasmowej drogi wylotowej nie odgrodzonej ekranami dźwiękochłonnymi, więc poziom decybeli od tej strony pewnie jest bardziej uciążliwy. Do niedawna mieszkaliście na przeciw kopalni i nie były wam w głowie protesty, choć może dlatego, że byty zakazane. Brud jest wszędzie, a dzieci widzą i pytają, a wam jest trudno wychowawczo odpowiedzieć. Jak na wiele innych pytań, na które nie lubicie odpowiadać pociechom. Cynizm i nieskrępowana manipulacja wzięta prosto z Urbana, którego Nie większość z nich czyta w ubikacjach. Nieliczni przyznają, że przynajmniej jest na co popatrzeć. Mówiąc jednak poważnie, dzielnica mieszkaniowa i uniwersytecka to niedobry wybór. Świadczy o poziomie stręczycieli i choćby z tego względu zasługuje na ściganie przez organy. Z kolei skuteczność organów świadczy o ich motywacjach. Śmiało mogę im odstąpić rolę rzecznika. Wreszcie pytam znajomego kucharza, co sądzi o tutejszych ulicznicach. W końcu człowiek zna życie od kuchni, jest młody, więc pewnie kompetentny. A kucharz pochlipując przy krojeniu cebuli, a z drugiej strony łakomo się uśmiechając, mówi: a jak już nie ma co robić, to pojedziemy z kolegami i popatrzymy, frajda jest. No to pytam, jakbym nie widział, czy jest na co patrzeć. A jak szefie, szkaradne i seksowne, różne, jak w życiu. W końcu wybieram się na ulicę, która łączy uniwersytet i izbą skarbową. Rzucona j między cmentarz a bibliotekę rozdziera to miejsce na strzępy. Tutaj, po zmroku, rozk-1 witają motyle nocy. Kogo mam teraz zapytać o zdanie, czyjego rzecznika udawać. J Zmarli nie chcą mówić, ale domyślam się, że nasza i ich pamięć, bardziej cierpi od j hien cmentarnych rozkradających kwiaty i znicze, niż od tego, co dzieje się za ICH murami. Czytelnicy, pogrążeni nad lekturami, są tak samo wymowni. Bank odpowiada szemrzącą fontanną i blichtrem. Kogo mam pytać? Przypominam sobie felieton czytany na katalońskiej wyspie i mam trochę obaw. Tylko trochę, prawdę powiedziawszy niewiele. Jest wczesny wieczór. Zatrzymuję samochód, swój tym razem, choć na obcych rejestracjach i pytam, czy możemy f pojechać na kawę? Spodziewam się najgorszego, czyli coś w rodzaju obijania torebką, wymyślania od zboczeńców czy też podania cennika. Ale nic z tego. Motyl, bezradnie rozkłada bezradnie skrzydła, wsiada do samochodu, patrzy mi w oczy i mówi: nie wyglądasz na wariata, mów o co ci chodzi. Chcesz, to pojedziemy na wagary, to znaczy na tę kawę. Patrzy na mnie trochę smutno i zmienia formę: jest mi zimno i jest mi wszystko jedno, nich pan jedzie gdzie chce, pewnie napisze pan raport o prostytucji albo coś w tym rodzaju. Ja też zmieniam formę czy: coś w tym rodzaju, proszę pani. No i jedziemy. Witold Izdebski Wybieram miejsce, gdzie serwują świetną kawę, gdzie miejscowi wyznaczyli sobie deptak w pasażu, gdzie wszyscy wszystkich widzą, gdzie sernik jest zajebisty (cytuję, bo nie próbowałem). Siadamy, zamawiamy, zapalamy papierosa. Jak chcecie żeby miała na imię? Może być Iza? Iza mówi, że albo jestem pieprznięty, albo jestem dziennikarzem. Na wszelki wypadek nie odpowiadam. Przez kwadrans rozmawiamy o ludziach, których obserwujemy i którzy obserwują nas. Ale zawodowa kontuzja musi być. Iza pyta o co chcę zapytać i co z tym zrobię. Odpowiadam, że chciałbym to opisać, a najbardziej to, jakie pytanie chciałaby usłyszeć od takiego faceta jak ja. Śmieje się i mówi, że jeżeli usłyszałaby pytanie, dlaczego to robi, to odpowiedziałaby, że chciałaby tak samo jak ci, z których się śmiejemy, iść na zakupy i wrócić z pustym lub pełnym koszykiem, ale iść jak na promenadę miejską, bestrosko, najzupełniej beztrosko (w tym momencie chciałem coś o Katalonii i nawet powiedziałem, ale nie powiem co). No i chciałaby, żebyśmy się poznali na wagarach i pili kawę, palili papierosy, jedno z nas jadło sernik, ale żeby to byty wagary, a nie ta wątpliwa autostrada prowadzącą do wątpliwego nieba, to twoje pieprzone wyjście ewakuacyjne. W Katowicach polecam Muzeum Śląskie, jakiś teatr, kabaret na pewno sernik, panoramę Tatr widzianą z Parku Kościuszki pół wieku temu dzięki odbiciu w chmurach, l odrobinę refleksji zanim podniesiecie kamień. Witold Izdebski urodzony w 1962 roku, psycholog śródziemnomorski, znawca win świata, dyrektor artystyczny Teatru Cogitatur.

jueves, 11 de octubre de 2007

W HOŁDZIE EKSPRESJONISTOM

W HOŁDZIE EKSPRESJONISTOM


Pytany o rozwagę odpowiadałem, że Los jest, albo go nie ma.
Pytany o dostojeństwo, wskazywałem na rozwagę.
Gdyby choć raz zapytano mnie o Los, zaleciłbym rozwagę i dostojeństwo.

Żyją w kamienicy, która mogłaby przytulić się do wzgórza Montmartre, ale naprawdę jest zawieszona pomiędzy niebem a ziemią. Są artystami, birbantami i kochają być. Jest jeszcze ktoś, kto mieszka na śmietniku. Żyją całe sto lat, cały wiek, zanim przyjdzie do nich Pani Śmierć. Zmagają się z egzystencjalizmem, marksizmem, głupotą i pragnieniem, czyli z całym tym zgiełkiem, który stanowi biografię duszy ostatniego wieku. Nie są ekspresjonistami. Nie w sensie wierności pewnemu stylowi sztuki, który wziął za mordę Egona Schiele i jemu podobnych. Są ekspresjonistami ducha. Krzyczą przez sen, a jawy od snu nie odróżniają.

Byli już wszystkim. Płakali, patrząc na wschód słońca, oglądany ze stopni Sacre Coeur. Pływali łódką po Sekwanie, w grudniową noc jechali pociągiem, który zatrzymywał się na stacji Skarżysko Kamienna, byli przesłuchiwani ze swoich rozmyślań. Śmiali się na Arbacie, rozrzucając żółte kwiaty, wątpili, gdy Bóg rozjeżdżał rozsądną lokomotywą naszych przyjaciół gdzieś pod Wiesbaden, współczuli, kiedy samotna postać szła przez korytarz śmierdzącej bramy i raz szlochała, a raz chichotała, bo zwątpienie i wiara nie chciały się zgodzić co do tego, czy być lub nie być.
Pewnie dlatego ktoś mógłby powiedzieć, że mogą być tylko cytatem.
Ale oni cytatem też już byli.
Więc rozważyli, wcale nie w spokoju, czym jeszcze być chcą.

I tak poukładamy sprawy, aby gwiazdy wróżyły nam przyszłość,
nie mającą sobie równej przyszłości.
Bo to my jesteśmy Lampartami .
I z naszych oczu przeziera dzikość, którą nazywamy wolnością.