Jest kwiecieñ. O tej porze roku syberyjska tajga mieni siê wszystkimi kolorami
budz±cej siê do ¿ycia szaro¶ci. Nie mam ze sob± przewodnika, który móg³bymzarekomendowaæ. Gwiazda, która mro¼nym ¶witem b³yszczy nad czym¶ co jest dworcemkolejowym, a co przypomina dworzec o tyle, o ile zatrzyma³ siê tu poci±g nie
jest chyba gwiazd± przewodniczk±.. Do pobliskiej osady prowadzi droga, to jest
wyboisty zmarz³y trakt znaczony ¶ladami niezwyk³ych pojazdów. Z du¿± doz±prawdopodobieñstwa mo¿na orzec, ¿e ko³o jest tu wynalazkiem znanym. Niemniej ja
wlokê siê na piechotê i ju¿ po trzech kwadransach docieram do miejscaprzeznaczenia. Chcia³em, to mam. Pukam do pierwszej lepszej chaty i nie pytam ohotel, ale o nocleg. Na parê dni. Po raz pierwszy w ¿yciu pytam o nocleg i te¿od razu dostajê wymarzony go¶ciniec. Jest gor±ca herbata, chleb z solonymsad³em, suszone ryby i twarde pos³anie z puchat± pierzyn±. Kosztuje to wszystko,co ³aska i jest jak przepyszna dostojewszczyzna, ale z pierwszej rêki..
Jeden dobry Bóg wie czy zaopiekowa³ siê mn± anio³ czy diabe³, w ka¿dym razie pod
postaci± surowej, o po¿ó³k³ej cerze, baby, która pewnie nie liczy sobie wiêcejni¿ czterdzie¶ci wiosen, choæ wygl±da na przedwieczn±. W³a¶nie siedzimy przysamogonie i milczymy o sztuce, a kiedy ona dorzuca do ognia, ja staram siêprzemilczeæ jeszcze problem integracji europejskiej, problemy globalizacji iwidaæ spotykam siê z aprobat±. Czujê to w nogach i g³owie. Niestety nie palimymachorki. Na stole le¿y niestosowna paczka salemów, której nie tknê³
aby ¿adnaprzyzwoita czarownica. Jest te¿ kawa³ek my¶liwskiej i puszka konserwowej
duñskiej szynki. I wreszcie kiedy w±chamy chleb, aby ratowaæ nasze dusze, chleb
z ziaren, które me³³y niegdysiejsze m³yny, o¶mielam siê przedstawiæ swoje¿yczenie: chcia³bym do lasu. Chocia¿ na dwa dni. No, rozumiecie, w tajgê. Patrzyna mnie jakby ocenia³a czy teologia jest w³a¶ciwym kierunkiem, który obra³em izagryzaj±c, ju¿ nie pomnê czym, odpowiada: jutro pójdziecie z Wasilem. On bêdziew³a¶ciwy. Jeszcze d³ugo, na tyle na ile mog³em, my¶la³em co znaczy w³a¶ciwy.Zanim zd±¿y³em rozwa¿yæ kwestiê sprawiedliwo¶ci os±du, przyszed³ sen, a wkrótcepo nim Wasil. Jestem du¿y, ale on by³ wiêkszy. Mia³ na sobie drelichowe spodnie, buty zcholewami i ? nie wiedzieæ sk±d ? amerykañsk± ¿o³niersk± kurtkê. D³ugie kruczew³osy i srebrzyst± brodê. Wypili¶my herbaty i poszli¶my. Maszerowali¶mydwana¶cie bez ma³a godzin, bez spoczynku poza oblewaniem drzew, i bez s³owa,przysiêgam. A¿ Wasil przysiad³
na powalonym pniu i powiedzia³ to jest las, tuzostaniemy. Skin±³em g³ow± i patrzy³em
z podziwem jak zaci±ga siê nieznanymgatunkiem tytoniu. By³o mro¼no i czu³em oddech boga. Tak, to by³ las. Wnet nar±bali¶my drew pos³uguj±c siê jego ma³ym toporkiem, zmarzniêtych, którepodpali³ sobie tylko znan± podpa³k±. Kaza³ te¿ odci±æ wiele ga³êzi brzozowych
i zostawiæ je mimo ogniska. Usiedli¶my. Wyci±gn±³ s³oik ksiê¿ycówki, jak równie¿
s³oik grzybów marynowanych i ogórców, jak równie¿ chleb i po³cie s³oniny.Smakowa³o, oj, jak smakowa³o. Zaczêli¶my rozprawiaæ o ró¿nych rzeczach. O ciszyw lesie, o grzechach, o zbrodniach, o diab³ach, czarownicach i takich ró¿nychrzeczach. O¶mielony zapyta³em o muzykê, a wtedy Wasil zanuci³ pie¶ñ, któr±móg³by kto¶ wykorzystaæ do zrobienia kariery w manierze ba³kañskiej lubpodhalañskiej, lecz ta by³a niesprzedajna i niesprzedawalna. A potem tañczyli¶myskacz±c przez ogieñ. A jeszcze potem rozmawiali¶my. Trudno powiedzieæ, ale taknaprawdê o ¿yciu. Czyli o mi³o¶ci i ¶mierci. Wreszcie patrzyli¶my w gwiazdy i
nie mówili¶my nic. Sp³ywa³y na nas ³aska bo¿a i nieprawdopodobny mróz. I kiedy
mój praktyczny umys³ pomy¶la³, ¿e tak w gor±cym uniesieniu zamarzniemy,
Wasilzarz±dzi³, aby zmarzniête ga³êzie brzóz u³o¿yæ na ledwie ¿arz±cych siê wêg³ach.Rozebrali¶my siê do naga i po³o¿yli na tym twardym pos³aniu i posnêli¶my marz±c
po swojemu. Obudzi³em siê spocony. To by³ las i by³ kwiecieñ.
viernes, 9 de octubre de 2009
Suscribirse a:
Enviar comentarios (Atom)

No hay comentarios:
Publicar un comentario