Ktoś, kto stworzył dobro i zło, musiał mieć odrobinę dobrej woli.
(Tezjusz w liście do Sekstusa Empiryka)
Kiedy tak szłam i szłam, mijając opustoszałe bramy, wąskie uliczki prowadzące donikąd, mury z zapisanymi pamiątkami lub wezwaniami, dogasające latarnie, świat mnie nie widział. Może myślicie, że płakałam? Więc nie. Byłam trochę blada, z pewnością nie wypoczęta. Kiedy zmrok był już za pan brat z trotuarem, murami, postanowiłam się pozbierać. Nie to, żeby dobrze wyglądać, choć przygładziłam włosy i usta umoczyłam w karminie. Chciałam pozbierać myśli, odzyskać zdolność do wypowiadania jeśli już nie do rozróżniania, powiedzmy, tego i tego. Czy to znaczy, że nie miałam do kogo mówić? To rzecz mniejszej wagi. Albo większej. Ktoś inny o tym rozstrzyga. Po prostu, chciałam się doprowadzić do porządku.
Lekko zmrożony śnieg na bruku, chmury co raz napływające na odległe niebo, przykry, nasilający się wiatr różowiejący fałszywie policzki. Wreszcie miasto, rozżarzone blaskiem pochodni wystawianych w gospodach, lepsze od powinszowań, łagodniejsze niż zwykle, gdy chromi wystukują kołysanki, a umierający pozostawiają żałosne cząstki. Zapragnęłam się ogrzać i po raz pierwszy pomyślałam o najprawdziwszym ogniu buchającym z kominka, trzaskaniu suchych szczap i iskrach przed którymi zakrywa się oczy. Więc w końcu stanęłam przed drzwiami gospody. Szyld skrzypiał mi nad głowa, serce waliło nad wyraz nieprawdopodobnie. Rękę położyłam na żelaznej klamce i może nawet poczułam jak parzy zmrożone żelazo. Stałam tak osłabiona przez chwilę, której nie umiem oddać w czasie. Wsparłszy ciało o drzwi, wpuściłam je do środka. Odurzył mnie zrazu zapach dziczyzny z ognia, potu i gorzały. Przez wpół uchylone drzwi wdzierał się do środka osiwiały z przymrozka mrok i coś jeszcze bardziej ulotnego, czego nikt nie zauważył. Biesiada sapała z wysiłku i ożywała okrzykami. Ogryzione kości, brzegi szklan otłuszczone łakomymi wargami, okopcone ściany, jazgot przekleństw, charczenie przyśpiewek. Nikt na mnie nie spojrzał. Z wysiłkiem zamknęłam drzwi i przemknęłam do paleniska, gdzie na rusztach dopiekały się, na wyrost, prosięta. Usiadłam na ławie, w towarzystwie siedmiu mężczyzn, z których sześciu bawiło w obrotach karuzeli sfer, może nie tyle niebieskich, co brunatno obrzydliwych, ociekających łojem i ziemniaczanym fermentem, więc w towarzystwie o tyle o ile. Siódmy z nich, wysoki i zarośnięty, jednak trzymał się prosto. Stał przed nim puchar wina, mocnego i pachnącego, zdaje się zamorskimi lądami, a on sam, choć wzrok miał mętny, zdawał się być przytomny i nie do końca obżarty.
Nie mogłam wołać oberżysty. I tak byłam nadto speszona. Ogrzałam ręce przy ogniu, trochę się porozglądałam. Zmęczona, może zawiedziona, zwiesiłam głowę. Ogień żwawo skakał po nadpalonych szczapach, gęste powietrze jeszcze gęstniało od oddechów, a te były cięższe i cięższe. I wiedziałam, nie wiem skąd, że za jakiś czas, przecież nie tak długi, wszystko się zmieni, przewietrzy. Przebudzone oczy spojrzą w przyszłość, ktoś westchnie. A wszystko nadaremnie, o ile ja dobrze pojmuję powikłania losu. Właśnie, o ile?
Ktoś wziął skrzypce. I zagrał. Z początku nie słuchałam. Było mdłe i na szarą nutę. To jednak mnie ośmieliło. Zdjęłam z rusztu kawał mięsa i spróbowałam. Całkiem całkiem. Więc jeszcze jeden kawałek. Pieprzne, przyprawione ziołami. Rozglądnęłam się za czymś do popicia. Wszędzie gorzała i gorzała. Ale w jednym kuflu dogasało wino. Musiałam przeciskać się między zawianą tłuszczą, a gdy dobrnęłam do brzegu, okazało się, że to młode wino. Jeden łyk, potem drugi i jeszcze trochę. Bujanie. I wszystko co się stało, od nowa. Twarz schowałam w dłonie. Tak mi wstyd.
Wigilijna noc to wigilijna noc. Świeży śnieg skrzypi pod stopami. Zmarznięte poły płaszcza. Mógłbym zostać w domu, patrzeć przez szybę jak umiera ktoś, ktoś się rodzi. Zawsze tak jest i zawsze takie samo staranie. Bo dobrze chcieć to prawie być. Och! Boże! Dajmy pokój. Przecież zebrałem się i idę do gospody. Uwielbiam te spacery! W końcu są pieprzone wieprze, toasty, sprośności, dyskusje, po drodze mróz i świeczki dla zbłąkanych wędrowców. Szyld wisi, gdzie wisiał. W ten wieczór w jodłowej otoczce.
Dosiadam się do sześciu opojów, którzy najpewniej wkrótce stoczą się pod ławę i odnajdą zapomnienie, a zapomnienie jest im najbardziej potrzebne bowiem nie są dość głupi, aby nie wiedzieć kim są i jak żyją. Zamawiam mocne wino. W rzeczy samej jest to rubinowe porto, stare i gęste, dające więcej słodyczy niż kobieta. Piję szybko, nierozważnie. Jedną ręką zawijam tytoń w bibułkę. Od czasu do czasu odpowiadam żartem na zaczepki nieznajomych. Tyle tylko, żeby nie poczuli, że stronię od kompani. Skwapliwie przyłączam się do toastów, obojętnych mi pokrzykiwań pod adresem losu. Czas płynie i już wiadomo, że gdyby nawet przechodzili tu królowie idący za gwiazdą, nikt się do nich nie przyłączy. I pójdą sami, dumni i wierzący w szlachetność planów tego świata. Ja też nie będę im towarzyszył w podróży. Nie to żebym się obawiał trudów lub zasłaniał sceptycznymi sentencjami. Moje grzechy są ciężkie, serce stwardniałe, a umysł mroczny. Jeśli byłaby potrzeba, pójdę sam, inną drogą i bez słodkiej przewodniczki.
Już nie słyszę krzyków i śpiewów. Przygryzam wargi i nie ocierając strużki krwi, pozwalam jej spłynąć do kielicha. I właśnie wtedy zamiast bólu odczuwam jakąś niezwyczajną słodycz, powiew chłodnego powietrza, który gładzi mi skronie. Rozglądam się wokół siebie, ale nie znajduję niczego szczególnego.
Od trzech lat, gdy w pewną zimową noc spełniła się wola zapisana w księdze świata, moja głowa była rozpalona, przeszyta piekącym bólem. To też z wdzięcznością przyjąłem ten niespodziewany chłód. Odsunąłęm kielich i próbowałem się uśmiechnąć, choć twarz na dobre już mi stężała, a w jej rysach można było wyczytać wszystkie moje podłości, wszystkie grzechy, za które zostałem ukarany, jakby sąd ostateczny miał być jakąś prostą formalnością, przybiciem pieczęci potwierdzającej tylko, że tak będzie wiecznie. Korzystając z tej niewytłumaczalnej łaski, kiwnąłem na karczmarza, aby przyniósł mi kawałek piernika. Zaraz też podano to czarodziejskie ciasto, ciasto szczenięcej naiwności, z bakaliami i miodem. I każdy jego kęs był uśmiechem, raz papierowego księżyca, raz porcelanowej tancereczki, a raz kominiarczyka dyndającego na największej bombce choinkowej, temu właśnie któremu światło świec dawało błysk w oczach, gdy mówił dobranoc, zaraz do ciebie przyjdziemy, wszyscy, będzie nawet przemądrzała sowa i ten maluch, w czerwonym kubraczku, który zna wszystkie opowieści świata, a jeszcze będzie z nami tancerka, która nie chce mi dać całusa bo tylko tańczy i tańczy; więc idź już, ale wcześniej nie zapomnij wziąć dla nas paru okruchów lukrowanego piernika, och! proszę, nie zapomnij; tak bardzo go lubi ten biedny anioł z utłuczonym skrzydłem, wszyscy, wszyscy go lubimy.
Było mi słabo. Przysunęłam się do mężczyzny, najmniej pijanego, może nawet w ogóle nie pijanego, a bardziej nieszczęśliwego. Tak jakbym chciała oprzeć się o jego ramię. Kiedy tak się chodzi za kimś i chodzi, nie spuszcza się go z oka i drży w każdym momencie, gdy ma podjąć jakąś decyzję, to wiele rzeczy, po latach, można przewidzieć z góry. Nie mówię tu o obojętności, bo nie tak został ułożony świat, żebym mogła ją znać, ale, rzeczywiście, podejrzewam, że wiem jak można ją odczuwać. Nie zmniejsza to jednak uwagi i staranności, a nadto jest jeszcze przywiązanie i - jeśli wolno zażartować - zawodowa ambicja. No i gdy tylko zauważam pewnego jegomościa, najczęściej w czarnym surducie, z laseczką, z tą swoją zawsze starannie ułożoną fryzurą, choć bynajmniej nie dla próżności, to najczęściej wiem, czego mogę się spodziewać po kimś, którego on nagabuje, a który - było nie było - jest moim podopiecznym. I kiedy staram się go przekonać (podopiecznego, oczywiście) albo w stosownym momencie podszepnąć, jak należałoby postąpić, już wcześniej wiem jaki będzie wynik mojego starania. Czasami tylko udaje mi się ubłagać go w ostatniej chwili, zaprzeczyć swoim rachubom, ale nienawidzę tego bo wiem, że robi to z litości.
Mój przeciwnik ma prostsze zadanie. Pojawia się nie dość często, niezwykle taktownie, i zawsze tak naprawdę, jakby przyszedł z pierwszą wizytą. Nie muszę chyba mówić, że to czyni go nad wyraz atrakcyjnym, och, o wiele bardziej niż sprawia to mój powab. Ponadto ma jeszcze dwie rzeczy, o których ja nawet marzyć nie mogę i które winnam pominąć milczeniem i to znaczącym, pełnym wzgardy. A zatem ma on pieniądze, wszystko jedno z jakiego kruszcu bite, ale z wyglądu solidne, nie budzące wątpliwości, no i ma materię, a innymi słowy kształt. Czasami, przyznaję, jest diablo przystojny. Zwykle mnie nie zauważa, nawet nie prawi złośliwości, po prostu traktuje jak powietrze. Może raz tylko było inaczej. Przyszedł nocą, wyjątkowo późno. Na dworze było mglisto, paskudnie. Zdjął pelerynę, strzepnął z wilgoci i rzucił na podłogę. Zauważyłam, że nie ma tej zwykłej dla niego elegancji, charme, że tak powiem. Usiadł przy łóżku i chciał budzić mojego podopiecznego. Podeszłam do okna i patrzyłam na pustą zabłoconą ulicę, trochę udawałam obrażoną, no dobrze, powiem do końca, użyłam kokieterii podpatrzonej u kobiet, którym nigdy się nie odmawia. Minęła dłuższa chwila i nic się działo. Aż w końcu usłyszałam ciche mruknięcie i chrapliwy szept No dobra. Nie ma się o co obrażać. Ja tylko tak... Kiedy się odwróciłam, lekko, zdaje się, ukłonił i tyle go widziałam.
Mogłoby się wydawać, że jestem nieszczęśliwa, a to zaprzeczałoby istocie rzeczy. Przecież było tyle pięknych chwil, gestów pełnych znaczenia, zamyśleń i tak zwanych dobrych uczynków. Ale jeśli je zważyć, to nie ocenię ich znaczenia. Powiem szczerze, kryteria nie są dla mnie dość jasne. Mam wrażenie, że oboje chcieliśmy jak najlepiej. A teraz kręci mi się w głowie i myślę, że był bardzo odważny. Czy to nie mogłoby być najważniejsze?
Nie wiem dlaczego takiemu draniowi jak ja może być tak słodko. To pewnie taka noc. Pamiętam historię, którą opowiadała mi moja babka. Siedziałem na zapiecku, a ona klejąc pierogi czarowała świat, który, tak bardzo chciałem, żeby był. A brzmiało to mniej więcej tak:
Było to dawno, dawno temu, świat naokoło zły i małej wiary, domy krzywe, a wieże podparte. W ciemnym Lesie Północnym żyła czarownica. Przychodzili do niej wieśniacy, kupcy i książęta. Dawała im zielska. Przeróżne. Na potencję. Na karierę. Na cokolwiek. Płacili jej, jak mogli. Złotem, chlebem, a czasem pięknym za nadobne. Tak było, gdy miała moc. Gdy jej nie miała, trudniła się nierządem. A to dla wprawy, a to dla strawy. Jako że moc jej pochodziła od diabła. A ten był niesłowny i zdarzało się, że i przez dwa lata nie przychodził. A bo to raz zamykała się w dziupli i wzywała beznadziejnie jego imię. A bo to raz podciągała kiecę. A gdy przychodził, latali na miotle. Wysoko ponad światem. Nie było wtedy świateł. Z rzadka tylko rozpalane pochodnie i ogniska zziębniętych wędrowców. Diabeł zwykł siadać z tyłu wiechcia i obłapiał ją za piersi. Wiotkie i nie wiele warte. Wtedy szeptał jej do ucha zaklęcia, których uczyła się na pamięć. Ale raz przybył dziwnie roztargniony. Nawet usiadł przed nią i plótł coś od rzeczy. Że ma wszystko, władzę, pieniądze, powodzenie. Jednak czasem tak mu źle i nie ma przekonania. Wylądowali na łące. Noc była pogodna i księżycowe cienie pląsały na skraju lasu. Zapytała, czy dobrze się czuje. I tak i nie. Więc czego mu brakuje. Powiedział, że - w zasadzie nic - tylko, jak patrzy na młodzieńców skaczących przez ogień i roziskrzone spojrzenia dziewcząt, to wydaje mu się, że czegoś jeszcze nie zna. Spytała, czy boi się skakać przez ogień. To chyba żart. W ogniu czuje się jak ryba w wodzie. Więc chciałby mieć kobiety. Posiadł nie jedną. Czyżby chodziło o uczucie? Być może. Jeżeli chce ma takie zioła, ale wie, że działają na ludzi. Prosta receptura. On na to, że da jej wszystkie zaklęcia, jakie zna, za mieszek takich ziół. Dobrze, da mu te zioła. Może ich użyć tylko raz. Czy zdaje sobie sprawę, że tylko raz na całą wieczność? Raz na całą wieczność, powtarza. To niesprawiedliwe, konstatuje. Ona nie zna się na sprawiedliwości, nie jest szafarzem losów i rozdziela przypadki. Wysypane z rękawa, wyplute ze śliną, wywróżone z fusów. A przypadki, jak to przypadki. Nie można z nich zrobić reguły. Gdyby można było, wszystko urządziłaby inaczej. Według niej, lepiej. Chce czy nie chce? Chce, ale jeśli użyje ich po raz wtóry, sam ulegnie pokusie i straci swoją naturę. Z pewnością umrze. A najpewniej wtedy trafi do piekła; tu się roześmiała. A jej śmiech potoczył się przez lasy, bagniska i góry. I echo opowiedziało go wszystkim, którzy byli zdolni słuchać. Naonczas było tego wiele. Mnogość duchów, strzyg i czarodziejów. Dzisiaj tego nie ma. Choć trudno to sobie przedstawić, jeszcze mniej wiary. Choć domy proste, a wieże zabytkami. Koniec końców usiedli na polanie. Znalazła się butelka piołunówki. Siedzieli w milczeniu i popijali. Nie wznosili toastów. Stukali się kielichami, a zamiast brzdęku szkła, spadały gwiazdy. Jedna za drugą. I wreszcie deszcz gwiazd. Nad ranem posnęli. Znalazł ich opartych o siebie młynarczyk, który poszedł przed wschodem słońca nazbierać kwiatów dla swojej narzeczonej. Obudził ich wesołym śpiewaniem. Nie mieli wyjścia. Zamienili go w dąb i powiedzieli dlaczego. Dzisiaj stoi na skraju sosnowego lasu. Jest stary i niewiele widział. Na takim odludziu! Ale tę historię pamięta i opowiedział mi ją, gdy zbierałam dla ciebie żołędzie.
Pomyślałam, że czas na mnie. Zgubiłam czyjąś duszę, więc jaki ze mnie stróż. W głowie sonata z trylem i niespodziewane ognie. A przecież nikt nie pozwolił mi na roztargnienie. Jeszcze jeden łyk i pójdę sobie. No i zbieram się. Słodki czar tanich uciech nie dla mnie. Przesuwam się do drzwi bez żadnej ostrożności. Wydaje mi się, że niektóre z pijanych oczu patrzą na mnie i dostrzegają moją niezgrabność. To oczywiście niemożliwe, ale - mimo woli - prostuję się i staram się robić dobre wrażenie. Nawet lekko się uśmiecham. Tak przepraszająco. Na wszelki wypadek, jakby rzeczywiście mnie zauważyli. I wtedy ktoś do mnie zagaduje:
- A panienka dokąd? Nie lepiej z nami zostać, pośpiewać, wypić za zbłąkane dusze czy za cokolwiek wreszcie?
Odwracam się i widzę mężczyznę obok którego siedziałam. Uśmiecha się do mnie, a ja cała drżę. Jak mógł mnie zauważyć, jak to możliwe. Boże! Co za dziwny dzień! Wszystko zaczęło się tuż po wschodzie słońca. Mój podopieczny wstał wcześnie, ubrał watowane palto i ruszył przed siebie aż zatrzymał się za rogatkami miasta. Dokładnie stanął na mostku przerzuconym nad strumykiem. Oparł się o balustradę i patrzył w nurt. Stał tak i stał. Miałam wrażenie, że bezmyślnie. Znam go od dziecka i wiem, że czasami dopada go dziwna melancholia. Mruży wtedy oczy i patrzy gdzie bądź, czy to w stronę księżyca, czy na przechodniów siedząc na murku ze skrzyżowanymi nogami, a czasem na spadające liście, gdy jesień niespodziewanie zastępuje rozgorączkowane lato. Nic mi wtedy do niego. Wiem, że po jakimś czasie otrząśnie się, może wypije piwo, może odwiedzi przyjaciela. Ja w tym czasie oddalam się i myślę o swoich sprawach. Czasami, ale to naprawdę czasami, udziela mi się jego nastrój. Nie powinno tak być, ale jednak bywa. Tym razem trwało to bardzo długo, więc znudzona oddaliłam się i usiadłam nad brzegiem rzeczki. Tak, zamyśliłam się i trochę o nim zapomniałam. Kiedy, w końcu, podniosłam wzrok w stronę balustrady, jego tam nie było. Nawet się nie zaniepokoiłam, bo nie powinien daleko odejść. Znam jego przyzwyczajenia, więc wiem co zrobi. Pobiegłam w stronę miasta, ale nigdzie go nie znalazłam. Nie było go w domu, nie było u przyjaciół i wreszcie nie było go nigdzie, gdzie mógł być. Latałam jak szalona. Cały dzień, cały boży dzień. Ale nie znalazłam.
Potem wstyd i rozpacz, która nie przystoi. Jak to możliwe, żeby tak, po prostu, zniknął. To wbrew wszystkiemu i nie mogę tego pojąć. Więc, w końcu, ta gospoda, niespodziewany posiłek i wino. A teraz ten mężczyzna... Dlaczego mnie widzi i przemawia do mnie jak do jakiejś zwykłej kobiety. Cóż! Jest jak jest i muszę coś odpowiedzieć.
- Pan wybaczy, ale nic po mnie w tym towarzystwie. Ani ja do kielicha, ani do przyśpiewek - odpowiadam tak, jak wiem, że można odpowiedzieć. Coś jakby na odczepnego. I zbieram się do wyjścia.
- Co panienka może o tym wiedzieć? Ale skoro taka wola, to nie zatrzymuję
A jak chciałbyś zatrzymać, myślę, ale nic nie odpowiadam, tylko wychodzę uznając, że widocznie ma dobrze w czubie i jakieś przedziwne trafione urojenia. Na dworze mróz, jak rzadko. Nie wiem, co mam zrobić. Idę parę kroków, wchodzę w arkady i opieram się o kolumnę. Pomyślałabym, że śnię, gdybym kiedykolwiek śniła....
Kiedy tak siedziałem i siedziałem, przypomniałem sobie kim jestem. Zrozumiałem, że to życie to nie moje życie, ale jeden z rekwizytów. Na ogół się nie zapominam. Bo rekwizyt to rekwizyt. Wtedy ją zauważyłem. Nie rozpoznawała mnie i to było jasne skoro ja sam siebie nie rozpoznawałem. Prawdę mówiąc najpierw spostrzegłem kufel z młodym winem. Coś się stało, coś takiego, że dosypałem do niego ziół. Tych, które zawsze miałem przy sobie. Z początku nic się nie wydarzyło i byłem gotowy pomyśleć, że jedno z moich wcieleń strasznie mnie oszukało. Choć nie przywykłem, aby być oszukiwanym. Minęło ze trzy kwadranse i wtenczas ją ujrzałem. Możecie myśleć co chcecie. Nie zawsze, ale tym razem możecie. Ja powiem tylko, że była piękna. Nie! Nie tak, jak kobiety, które zniewalają od razu.. Była piękna, jak nigdy dotąd nie widziałem. Jej oczy we łzach i anielskie włosy... Nie wiedziałem, co zrobić, ale kiedy zebrała się do wyjścia, odważyłem się przemówić. Nie wyszło to dobrze. I nie zatrzymałem jej. Odeszła.
Patrzyłem na zamknięte drzwi, w których zniknęła. Wiedziałem, już teraz wiedziałem, że niegdyś, tamtego poranka, ją przechytrzyłem. Ale ja teraz nie chciałem jej przechytrzyć. Nie chciałbym nawet być tym, kim jestem... W końcu zdecydowałem się znaleźć ją gdziekolwiek. Zapominając o płaszczu, wybiegam na ulicę.
Jest późna noc, może nawet świta. Nie ma już wielu oczu, które oglądałyby spotkanie słońca i księżyca. W pewnej sali, kamiennej, gdzie sufit wspiera się na siedmiu kolumnach i skrzy się gwiezdnymi ornamentami, jest stół, tak długi jak wieczność, jeśli można to sobie wyobrazić, ale nie można. Oświetla go jeden niepozorny lichtarz. Po dwóch krańcach siedzą dwie osoby. Prawie się nie widzą. Jeden jest postawny, nad wyraz wiekowy, jego broda przetykana srebrem, włosy zmierzwione, lecz spojrzenie jasne, trudno nawet powiedzieć, że badawcze, po prostu bystre i pogodne. Siada na twardym wysokim krześle podwijając błękitną suknię, która chyba trochę mu przeszkadza. Zanim spojrzy na swojego gościa (o tak! Bo tamten jest gościem; inaczej być nie może) sprząta z talerza kawałek niewiadomego ciasta. Jest trochę zasępiony, ale raczej przyjazny. Gość czuje się nieswojo. Choć wydaje się być sprawniejszy od gospodarza, nie może się dobrze usadowić na krześle, gdzie w dowodzie gościnności rozściełano dwie miękkie poduchy wypełnione pierzem. Bardzo delikatnie haftowane. W każdym razie osobnik robi ponure wrażenie. Krucze, długie włosy są nieco przetłuszczone, ostre rysy twarzy i ten czarny, pretensjonalny frak. I do tego w ustach zmiętolone cygaro. Od razu też chwyta za kielich, który opróżnia bez namysłu. W oczach ma coś niedobrego. Ale może to tylko to światło bladych świec. Nie wiadomo.
- Więc co u ciebie? - pyta ten, który wygląda na starszego i niechętnie rozpoczyna rozmowę, bo wie, że tak przystoi gospodarzowi.
- Po staremu. A u ciebie? - zagaduje bez przekonania drugi wypuszczając kłąb dymu.
- Nie narzekam, choć powodów mam tysiące.
- To dobrze. Powinieneś zachować pogodę ducha.
- Nie powinieneś mówić o moich powinnościach, sądzę.
- Ja tylko tak. Ze zwykłej troski.
- O co się troszczysz, wiemy obydwaj dobrze. Prawda?
- A prawda co ma do tego? Robię, co robię? Chyba nie masz wątpliwości?
- Może się zdziwisz, ale mam bez liku. Ale nie będę o tym z tobą rozprawiać.
- Wiem. To znaczy, przewiduję. Nie lubisz moich argumentów.
- Owszem, lubię. Są do niczego.
- A jednak!
- Co to znaczy, do cholery, „a jednak”?
- A jednak trochę cię obchodzą.
- Argumenty? Twoje? Martwisz mnie.
- Staram się, jak mogę. Z tego nawet zrobiłem doktorat.
- Ja bym ci nie dał magisterium.
- A z historii? - tu gość zachichotał.
- Nie prosiłem cię tutaj, aby mówić o historii. Dobrze wiesz, o czym chcę rozmawiać.
- Jasne, że wiem. I przyznaję, że to trudna sprawa.
- Trudna nie trudna. Rychła. - gospodarz jakoś mimowolnie wzniósł toast i obaj zgodnie, choć trudno to sobie przedstawić, wypili do dna. Nawiasem mówiąc trunek nie był lichy. Wręcz niebiański.
- Powiem ci, co myślę. Uważam, że zabrnęli za daleko i nie wiem, jakie mogą być skutki. Innymi słowy, martwię się o nasze stołki.- powiedział ten, który nie powinien nic nie mówić, chociaż był gościem.
- Może słusznie, ale przecież mają wolną wolę.
- Nie mów mi o woli. Przede wszystkim chodzi o obowiązki! - niestety gość stłukł kielich, co potwierdza, że nie zbyt obyty z dobrymi manierami. I w ogóle nieprzyjemny.
- Mimo wszystko, przymknąłbym oko.
- Jak to przymknąłbyś oko? A może pomyślałbyś o mojej reputacji? Co?! - i zaczął przewracać gałami.
- Co do twojej reputacji, to poczytaj trochę literaturę. Polecam tę najbardziej dogmatyczną. Nudna, ale zdaje sprawę dokładnie.
Gość się zacietrzewił. Wypluł cygaro na podłogę. Och! Tę wspaniałą, delikatną podłogę. Coś jeszcze wybełkotał. W końcu warknął. Z ust. popłynęła mu ślina, I zamilkł.
- Miło się z tobą dyskutuje. Ale pozwól, że w tym wypadku ja będę decydował A, w zasadzie, już zdecydowałem. Zaprosiłem cię tylko dla zasady.
- Dla czego?
- Dla tego, co ci jest obojętne, a mnie wręcz przeciwnie.
- Wybacz, ale jeśli ten przypadek to zasada, to z ciebie sofista, jak gęś z czorta.
- Proszę, wybaczam. I nie dziękuj. Co do sofistyki, to mam ją bardzo głęboko - powstrzymał się, po czym zaniósł gromkim śmiechem. I długo nie mógł się opanować.
Nad miastem przeszły grzmoty. Jakby ktoś śmiał się wniebogłosy. Rzadka rzecz o tej porze roku. Usiadłam na chodniku, a po policzkach spływały mi gorące łzy. Wtedy poczułam chłód kamiennej ściany i zapach nadchodzącej burzy. Ale poczułam tak, jak nigdy dotąd. Spojrzałam, jak w przepływających ciężkich i porozrywanych chmurach prześwituje słońce i księżyc. Nie miałam wątpliwości. To było zaćmienie. A może to tylko były łzy. Och! O wiele cięższe niż zasmucenia, które znałam. Opuściłam głowę. I wtedy usłyszałam czyjeś kroki. Chwilę potem ciepła, lekko spocona dłoń dotknęła mojego policzka. Nie wiem, czy ten świat znał bardziej rozpalony pocałunek? Nie wiem, bo skąd mam wiedzieć? Po chwili też usłyszałam:
- Kocham cię. Być może zawsze cię kochałem.
skrzaty o skrzydłach promiennych
ich ciche loty
nad więcej niż jednym życiem
ścieżki od głupoty do głupoty
ze śladami
skrzącymi w śniegu
słońca zasypiające w nocy
księżyce błąkające się w południe
wszędobylskie gwiazdy
nieba pachnące poziomkami
smoki z mordami w chmurach
oszalałe wieże
zamki cierpliwych nietoperzy
piwnice zalane miodem
i myśli te dojrzałe myśli
siwe od zdrowego rozsądku
pochylone czoła
zroszone potem
pełne powagi sentencje
te sentencje głupie
wreszcie nieco zbyt długie rozmowy
od zmierzchu do świtu
i jeszcze milczenia
z których wynika jedna zaleta
o której trudno mówić
ale nie jest mała
viernes, 9 de octubre de 2009
Suscribirse a:
Enviar comentarios (Atom)

No hay comentarios:
Publicar un comentario