domingo, 11 de octubre de 2009

sex@net

sex@net


Do pokoju wpada smuga słonecznego światła, w której unosi się kurz. Panuje tu ogromny nieład. Na podłodze opróżnione butelki po winie, najczęściej z etykietą Concha y Toro, dwie popielniczki, pełne niedopałków, kartki pogniecione, nie zapisane, jakby ktoś robił z nich kulki i rzucał w stronę ledwo uchylonego świetlika, na dużym biurku w kolorze wiśniowym świece rozpuszczony wosk przyklejony do blatu, zdjęcia, jakaś wyrwana kartka z książki wyglądająca na miniaturę indyjską przedstawiająca tancerki, która służyły za podstawki do butelek, o czym świadczą liczne kółka, paczka starych listów adresowana niestarannym pismem, malutka fajka z wiśniowego drzewa. A wszystko pokryte milionem kryształków z rozbitego ekranu komputera, który miga jeszcze błękitnym światłem jak boja ratunkowa. To już prawie wszystko. Dla porządku można dodać wygniecione dżinsy Armaniego ciśnięte w kąt, mocna sfatygowaną „Boską Komedię”, zwiędły słonecznik w wazonie stylizowanym na potłuczone szkło. I, na pewno, adapter, belgijski, bardzo stary na którym obraca się zacinająca się płyta. Niekończąca się melodia to „Love in Davos” Tony Scotta. Żeby dowiedzieć się, co się tutaj stało musimy sięgnąć wstecz, trudno powiedzieć jak daleko. Jest listopadowy wieczór któregoś roku.

W skąpo oświetlonym warsztacie, na podłodze siedzi dzieciak, który z wypiekami na twarzy połyka „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”, wydanie...Obracaniu stron towarzyszy niemiarowy stukot młoteczka i kłęby dymu wydmuchiwane z fajki. Kiedy w maleńkim oknie suteryny coraz rzadziej pojawiają się nogawki i pończoszki, buty mnie lub bardziej zdeptane, rzadziej eleganckie lakierki, chropawy głos oznajmia
- Pora spać. No już, szoruj na górę.
- Jeszcze troczę dziadku, jeszcze trochę.
- A wiesz która jest godzina?
Dzieciak nie wie, która jest godzina. Nie ma to dla niego znaczenia.. Gdyby miał lampę Alladyna, potarłby ją i zapytał dżina. I jeszcze poprosiłby o butelkę armaniaku dla dziadka, a wtedy z pewnością mógłby czytać i czytać aż do rana, które przyniesie deszcz i kalosze za oknem. Ale nie ma lampy, więc kończy lekturę na zdaniu: „Zobaczymy jeszcze teraz, co się stało ze sklepem rzekomego kupca”. Ale nie zobaczył, więc śniły mu się damy z haremu Wielkiego Mogoła przyglądające się tańcom na tarasie. Niewiele z tego snu rozumiał, bo sny nie są po to, aby je rozumieć. Ktoś uczony orzekłby, że sen ten był ilustracją reprodukowaną ze staroindyjskiej miniatury, ostatnią jaką obejrzał zanim zamknął książkę. Nie wiedział też nic o Wielkim Mogole, choć jego sen wiedział. Za parę lat wyrwie tę stronę, jak ci którzy wyrywają obrazki z Playboya. Potem jeszcze tylko raz zafascynuje go kobieta, której nie ma. A może to przydarzy się komuś innemu.

Keanu był najzwyklejszym facetem pod słońcem. Ale wiadomo, że każda zwykłość jest niepowtarzalna. W sposób zupełnie niepowtarzalny spotkał miłość swojego życia.. A było to tak. Szli zatłoczoną aleją nowojorską płynąc w bożonarodzeniowym tłumie. To musiała być jedna z tych arterii, która hojnie oferuje zbytki najbardziej zbyteczne na świecie. Tłum jest tyleż kolorowy, co anonimowy. Tysiąc i jeden celów bez celu, setki tysięcy drobiazgów, odbicia w oknach wystawowych, znużenie odświętnie wystrojonych manekinów, najemni Mikołaje o szklanych oczach, szalone zabawki przymuszone do ruchu ogniwami Volta i śnieg, taki jak w Hollywood, ale naturalny, więc trochę mniej doskonały. Ale śnieg. Keanu płynie bezmyślnie tym strumieniem i spotyka w przeciwnym prądzie zmęczone oczy, chyba zielone, rudowłosej Mariah. Mijają się patrząc sobie w oczy, zatrzymują po przejściu paru kroków, wracają, całują się. Tak, to jest miłość od pierwszego wejrzenia, bez okresu godowego, stroszenia piórek. Kiedy trzy miesiące później siedzą w małej kafejce w odesskim pasażu i dzieli ich tylko karafka muscatu, wazonik z goździkami i dwie opróżnione szklanki, nie wiedzą, że najgorsze jest przed nimi. Od nieba oddziela ich tylko szkło, za to od ziemi solidny blok marmuru. Pasaż wydaje się nieskończonością, choć jest zaledwie jej modelem. Jaskiniowa akustyka podkreśla walor eleganckich butików, pudełkowy dźwięk obcasów, brzęk łyżeczki odkładanej na talerzyk. Tego dnia niebo jest pochmurne i pada deszcz. Jeśli bóg jest wrażliwy i zna przyszłość, to są jego łzy.

Niespełna sześć miesięcy później Mariah odbędzie swoją ostatnią drogę. Spokojnie, jakby cichcem przemykała się przez pałacowy korytarz w jednym ręku trzymając buciki, w drugim światełko. Aż zgasło. Udało się.

Od tego dnia Keanu zamknął się w swoim mieszkaniu na poddaszu. Palił skręty, pił gin prosto z butelki, wpatrywał się w obraz, w którym kiedyś zobaczył swoją duszę, wszystko, co było snem i światem. Jadł tylko to, co oferowały konserwy ze sklepu na parterze. I w kółko słuchał jednej płyty Tony Scotta, i to tylko jednej strony. Jak łatwo zgadnąć, ciemniejszej.

Usiłował nie myśleć, usiłował płakać, ale ani jedno, ani drugie nie wychodziło. Najchętniej rzuciłby się z pięściami na tego kogoś, kto zabrał mu ukochaną, ale nie wierzył w niego, choć czym dłużej tkwił w swojej dziupli, ten ktoś coraz bardziej się materializował. Niezwykłe to było nawrócenie. W końcu już czuł oddech boga tuż za sobą, ale bał się odwrócić, bo jednak miał wątpliwości, czy znajdzie tam żywą materię, którą mógłby pokiereszować. I tak nabrzmiewała w nim wściekłość, która za nic nie chciała przerodzić się we wrzask, bo zduszone i przepalone gardło nie było zdolne wydobyć ani jednego dźwięku. To była niema ekstaza nienawiści. Tylko chrypiący pomruk saksofonu ozdabiał tę ciszę.

Po jakimś czasie, trudnym do uchwycenia, bezwiednie otworzył drzwi komuś, kto pukał. Może dlatego, że nie był to dzwonek, na który nie reagował, mniejsza czy domofon czy telefon. W drzwiach stała młoda osóbka, drobna, chłopięcej, wręcz łobuzerskiej urody. Przedstawiła się. Jest tutaj nowa, wprowadziła się wczoraj wieczorem. Wpadła tylko pożyczyć szklankę cukru, bo nie cierpi gorzkiej herbaty. Uśmiechnęła się czarująco, wyciągnęła rękę, po męsku, a jakże i przedstawiła się. Barbara. Od dawna nie słyszał swojego głosu, który teraz zacharczał jego imię, jego własne prawie zapomniane imię. Jak ten aktor, powiedziała Barbara, uwielbiam go. A może dasz się skusić na filiżankę herbaty na moich walizach. Może być z rumem. Wiesz, trzy dni temu wróciłam z Barbadosu, więc jeszcze jest nagrzany słońcem i znakomicie leczy strapienie. Bo nie sądzicie chyba, że nie zauważyła. W pewnym sensie można powiedzieć, że Keanu miał szczęście, a może tylko rekompensatę od losu. Nawiązywał znajomości na skróty, bez tych wszystkich ceregieli, podejrzeń, spojrzeń, oczekiwań, pytań.. Tak Barbara zrobiła pierwszy krok, żeby przywrócić go światu. Wkrótce siedzieli, rzeczywiście, na walizach i pili słodką herbatę z bezchmurnym rumem. To ona cały czas opowiadała, wiedziała, że tak ma być, więc mówiła o wyspach szczęśliwych wyspach uśmiechu, o dżungli na Borneo, o zapachach Kalkuty, o owocach morza, o kopalniach soli. Aż do pierwszej w nocy. Wtedy Keanu bąknął coś, co miało być podziękowaniem i zaprosił ją na kolejny wieczór do siebie, jeśli lubi gin. Lubiła.

Nie musiał wiele sprzątać, tylko z kurzem nie mógł się uporać. Kurz był wszędzie, wcisnął się w najgłębsze zakamarki, wzbijał się i opadał, jak w opuszczonej komnacie starego pałacu. Zszedł do sklepu po gin, cytrynę i herbatniki. Nalał wodę do pojemnika na lód, ogolił się, zanurzył w gorącej lawendowej kąpieli, wciągnął dżinsy w kolorze indygo i białą płócienną koszulę. Wszystko to robił automatycznie, jakby odzyskiwał pamięć, bez specjalnej wiedzy i odczuć
To była jedna z tych nielicznych damsko męskich przyjaźni, absolutnie bezinteresowna, bezcieleśnie seksowna. Wspólne zakupy, nocne rozmowy, wyjazdy za miasto. Wszystko aż do momentu, kiedy Keanu wracając do domu zastał karteczkę na swoim biurku wypisaną dziecinnym pismem. Barbara miała klucze do jego mieszkania, taka to była zażyłość.

Znikam na kilka dni, odpocznę, nauczę sięmyśleć i czuć po zimie, wyostrzyć zmysły, uchwycić świat spójnego zrozumienia, opuszkami palców ostrożnie spotkać rzeczywistość) w spokoju złapię oddech, docenie słońce i ciszę, przemknę cieniem między ludźmi... na jutro, na potem, żeby mieć siłę. Zatem do zobaczenia, nie wiem kiedy... B. P.S. zabrałam sobie płytę Tony Scotta, mogę?

Kiedy przyszło lato zrozumiał, że nie wróci. Pytał w redakcjach czasopism, z którymi współpracowała, ale nikt nie mógł udzielić mu odpowiedzi. Kiedy chodził do kafejki, w której zwykli byli pijać kawę, myślał czasami, że była duchem opiekuńczym zesłanym, aby go poskładać w całość i oddać światu. Wypełniła misję i wróciła do siebie. Pytanie tylko, co znaczy do siebie?

Wkrótce kupił sobie bilet do Kalkuty i wśród mnogości smrodów próbował znaleźć jakieś praktyczne rozwiązanie. Ale tutejsi bogowie nie chcieli mu pomóc. Długo jeszcze przyjdzie mu zmagać się z pojęciem losu, długo będzie sobie zadawał nieznośne pytania, a szafirowy gin będzie jego niezawodnym przyjacielem, który nie zostawi mu karteczki, nie zabierze płyty i pozwoli poprawić wizerunek świata, który na trzeźwo jest nie do przyjęcia.

Pewnego dnia, kiedy odbierał pocztę na poste restante, zwykle bardzo formalną, zorganizowaną, która pozwalała mu zdalnie sterować swoim nieobecnym życie. Gros stanowiły rachunki za coś, z czego nie korzystał, ale tego dnia dostał list, koperta była zaadresowana niedbałym pismem i nie miała adresu zwrotnego. Wrócił do hotelu, szklaneczkę napełnił szafirowym, z przyjemnością wysłuchał melodyjki kostek lodu, rozsiadł się w kolonialnym fotelu i starannie rozciął kopertę szwajcarskim scyzorykiem.

Drogi Panie,

Przyszłość nie należy do nas, przyszłości nie da się zapomnieć, już łatwiej ją przewidzieć. Właśnie zapaliłem kubańskie cygaro i staram się nie myśleć, co przychodzi mi z trudem albo w ogóle nie przychodzi. Myśli sprawiają mi przykrość. Pewnie zna Pan to odczucie, bo wszyscy je znają, choć w różnym stopniu. W chwilach euforii zapominamy, ale to nie trwa dług, bo zawsze te myśli wracają i pytają o różne rzeczy. Bardzo często próbują mnie zachęcić, żebym rozważył dlaczego ja to ja, a nie ktokolwiek inny i co sprawiło, że tak wygodnie mi z moją tożsamością skoro inni tak samo wygodnie rozsiedli się w swoich. Nocą, kiedy wychodzę na balkon zapalić papierosa, a palę mocne Partagasy, które potrafią uciszyć śpiew ptaków tuż przed świtem. Patrzę wtedy w dogasające gwiazdy i próbuję pogodzić teorię wielkiego wybuchu z jakimkolwiek bogiem. I wie Pan? Nic mi się nie składa. Podobnie, jak Panu. Bo w końcu pochodzi Pan z dobrej rodziny, więc mniemam, że odebrał Pan wysokie wykształcenie, niewykluczone, że z postępem celującym, więc nie jest Pan świętoszkiem bożym, kimś o niskiej świadomości. Bardzo mało prawdopodobne, chociaż do pomyślenia. Już prędzej może Pan być scjentystą w najgorszym wydaniu, ale ufam, że tak nie jest. Myślę też często o kobietach. Czemu się zakochujemy, czemu miłość odchodzi, czemu namiętność zamienia się w obojętność albo tkliwość. Myśli Pan, że chodzi o prokreację, związek dusz, związek ciał, strach przed samotnością, zwyczaj, przymus, dobre obyczaje? Ja sądzę, że nic z tych rzeczy. Miłość i śmierć to dwie najbardziej intrygujące niewiadome. Bywa, że śmierć jest najlepszym lekarstwem na miłość, a miłość najlepszym lekarstwem na śmierć. Czy wyobraża sobie Pan, że mógłby Pan nie istnieć, choć to pewne albo, że nie zazna Pan w życiu miłości, choć to jest możliwe. Bardzo teoretycznie, ale tak. Dzisiaj są Pana czterdzieste urodziny, więc nie będę Panu zakłócał tego święta, bo naprawdę to jedyny dzień, który warto świętować, bardziej niż urodziny boga. Więc życzę pysznej zabawy. Do napisania.
Alex Dorn

Keanu nie przypominał sobie żadnego Alexa Dorna, ale zapomniał również o swoich urodzinach. Nie planował żadnej celebracji, a fakt, że nie pamiętał o takiej okrągłej rocznicy, bogiem a prawdą, zgadzał się z jego stanem ducha. Niemniej sam list pozostawał tajemnicą.

W tym samym czasie, na innym kontynencie niejaka Zoya nabijała fajkę marihuaną przedniej jakości. Bardzo staranie celebrowała ten moment. W pokoju panowała absolutna cisza, chociaż przy stole siedziało siedmiu mężczyzn ubranych w nieskazitelnie białe koszule z drogimi spinkami, czarne garnitury szyte z kaszmiru. Ręce sześciu z nich zdobiły sygenty pokaźnych rozmiarów, a ręce jednego były szczupłe i alabastrowe. Nikt nie patrzył na nikogo, wszyscy cierpliwie czekali aż Zoya nabije fajkę. Miała czarne włosy do ramion, azjatycką urodę, faktycznie była Azerką. Ubrana była w długą karmazynową suknię zapiętą pod szyję. Żadnej biżuterii. Kiedy zapaliła fajkę dyskretnie skinęła na dziewczynę w kimonie, która przyniosła dzban z wodą. Zoya zaciągnęła się trzy razy i rozpoczęła swoją przemowę:

Kiedy nad morzem zaczynają kłębić się chmury, a porywisty wiatr szarpie pianę z fali, rybacy zwijają sieci i czym prędzej płyną do portu. Zanim pójdą do domów, opatrzą starannie ryby, choć połów był niewielki. Rozwieszą starannie sieci. W domach czekają na nich żony, talerze z dymiącą zupą, rozwrzeszczane bachory. To się nazywa święty spokój. W tym samym czasie, kiedy na morzu jest kipiel, a na nabrzeżu żywej duszy mała łódź walczy z bałwanami, paru ludzi uwija się, żeby nadążyć z wylewaniem wody. Co raz ukrywa się w dzikich wąwozach fal. Ci mężczyźni są szmuglerami, a przede wszystkim są prawdziwymi mężczyznami. Wy też jesteście szmuglerami, tylko nie wiem dlaczego pływacie pod bezchmurnym niebem – tutaj jej spokojny aksamitny głos zaczął się podnosić, aż do nuty, która brzmiała przekonująco złowróżbnie – potem wracacie, zdejmujecie skarpetki i wsadzacie mordy do talerza na gazecie. Jesteście wykoślawionym figurami rozumu, szturchniętymi baranami z głowami osłów, mięczakami, kotletami mielonymi, a świat wydaje się wam łupinką orzecha, bo taka jest wasza zdolność pojmowania. Wezwałam was tutaj, żeby pokazać wam gniew. Zaraz zobaczycie, jak wygląda prawdziwy ognisty gniew, a jeśli nie zmienicie swojego stosunku do świata, to będę Wam pokazywała inne namiętności.

Na tym zakończyła wywód. Ponownie skinęła na dziewczynę w kimonie, a ta błyskawicznie podała jej inkrustowane pudło, z którego wyjęła czarnego kolta, z którego wypalił prosto w czaszkę mężczyzny o alabastrowych dłoniach. Po czym zgasiła światło i wyszła. Mężczyźni długo jeszcze nie ruszali się ze swoich miejsc.

Operator kamery wyciągnął rękę kierując kciuk do góry . Świetnie, Lina, na dzisiaj kończymy – powiedział do aktorki grającej postać Zoyi. To była jej pierwsza poważna rola. Zadowolona odłożyła fajkę na walizkę służącą do transportu reflektorów i ruszyła szybko w stronę wyjścia. Była już dobrze spóźniona na kolację z rosyjskim malarzem, którego poznała parę dni temu na wernisażu.

Hala, gdzie robiono zdjęcia powoli pustoszała. Następnego dnia wyruszano w plener i trzeba było spakować cały sprzęt. Technik, który właśnie miał pakować reflektory podszedł do skrzyni, spojrzał na fajkę, powąchał. Stwierdził, że faktycznie była w niej marihuana. Mocna, sztuka, powiedział na głos, a fajkę skwapliwie schował. do kieszeni.

Czy te dwa wydarzenia, które miały miejsce w jednym czasie i w dwóch różnych miejscach są ze sobą powiązane. Według pewnego punktu widzenia, tak. Ale o tym później.

15 czerwca 1958 roku w porze szalonej herbatki w kościele św. Anny w Krakowie odegrano jakąś sarabandę Johanna Sebastiana Bacha. Zuzanna i Wiktor właśnie kroczyli w stronę swojego nowego życia, szczęśliwi, właśnie poślubieni, związani przysięgą, która jak każde słowo honoru może być zerwana z mniej lub bardziej błahych powodów. Jednak uprzedzając fakty, możemy powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie, nawet jeszcze żyją. Historia ich miłości nie ma w sobie nic szczególnego, jak każda jest wyjątkowa i jak większość interesują tylko dla nich, więc nie będziemy jej opowiadać. Więc poza nie często graną sarabandą wszystko odbywa się tradycyjnie, rodzina, przyjaciele, znajomi, ryż na szczęście, moniaki na obfitość, pobożne życzenia, bukiety słów i kwiatów, pocałunki i tak dalej. Wreszcie, kiedy już siedzą w wynajętej dorożce i kiedy jeden z koni nie zważając na uroczystą chwilę załatwia swoje potrzeby fizjologiczne, podbiega do nich spóźniony gość i wręcza prezent, starannie opakowany karton z jedną słynną różą za sznurkiem. Nie składa życzeń. Już w dorożce dochodzą do porozumienia, że obydwoje nie znają tego człowieka. Z tym większą ciekawością odpakowują prezent, bo rzecz ma miejsce w czasach bezpiecznych. W środku znajdują belgijski adapter w bordowym etui, z pokrętłami w kolorze kości słoniowej. Szczególnie imponujący jest przełącznik na trzy prędkości obrotu płyty. Kiedy skończy się poślubna noc, długo jeszcze będą szukali wyjaśnienia. Nie znajdą.

Dwadzieścia lat później ich syn położy na gumowanym talerzu adaptera cenny czarny krążek „Dark Side of the Moon” i z monofonicznego głośnika popłynie elektryzująca muzyka. Jest druga w nocy, płoną świece, w kieliszku jarzębiak. Młody człowiek zasiada nad pustą kartką i pisze pierwszy fikcyjny list. Napisze ich jeszcze dziesiątki. Wszystkie znajdą swoje miejsce w szufladzie, gdzie będą czekały na adresata, który nie wiadomo, czy kiedyś się znajdzie. Ten pierwszy wyglądał tak:

czy pomyślałaś, że wyspa pogrąży się w oceanie dwie doby po wybuchu wulkanu, czy też zniknie jeśli choć na chwilę o niej zapomniałaś, a może jest, wciąż ta sama wyspa, ornamentem przypowieści, a Ty nie zwykłaś żyć w tym, co skryte, gdy przyjaciele i wrogowie znają tylko jawne. Czy ktoś nie wspominał o Schopenhauerze w chwili, gdy ktoś inny taszczył tom Berkeleya?

Jeżeli nie znasz odpowiedzi, to nie szukaj jej w głowie albo bibliotece. Wyjdź na spacer. Idź, najlepiej, przejść się po labiryncie, wdychaj jego świeże, trochę pomarańczowe powietrze. I znajdź tę komnatę, w której jestem. Tak dla rozrywki, kaprysu, powiedzmy.

Zważ na diabła. Wielce uczona istota. Raczej nie wspominaj przy nim o kokieterii, która bardziej jest piórem ze skrzydła anioła niż końcem jego ogona. Którego, rzecz jasna, nie ma.

A wreszcie te wszystkie pałace lodowe czekające na nadejście wiosny i sylogizmy natarczywych mędrców. I wróżby dotyczące przypływów i odpływów. Czy w tym świecie można się nie bać? Kto ma na tyle entuzjazmu żeby żyć niewidzialnie? Śmiech rozpływający się w deszczu jest dalej śmiechem. Wyspa, którą pominięto, na moment tylko, och, z powodu jakiejś małostkowości, już nie jest wyspą. Świat nie składa się z kryształów, czy - jeśli wolisz - atomów, ale z różnic pomiędzy nimi. To takie trudne. Takie trudne.

Więc, póki co, zrywaj kwiaty i wypatruj księżyca. Ciesz się wolnością, spaceruj. Logika nie znosi smrodliwego powietrza celi. Bo sama jest wolna i może być pojęta przez duchy nieobjęte czasem. Ten uśmiech tajemnicy, bo znasz go, jest nieprzeciętny. Tak, czy owak, pozostaje uśmiechem.

Bywaj. I myśl, że jesteś córką Króla.

No hay comentarios:

Publicar un comentario