sábado, 10 de octubre de 2009

REMBRANDT

Rembrandt, kiedy malowal swoja ukochana Saskie, umiescil na obrazie dziesiatki przedmiotow, ktore mialy ja zatrzymac, jak kule do przytrzymywania papieru. Saskia umarla, a Rembrandt jeszcze dlugie lata zyl, w ubostwie, wsrod skandali i rozpraw sadowych, co gorsza w cieniu swoich plagiatorow. Stad pewnie, ach bez cienia watpliwosci wrecz, tyle moich slow, telefonow i na dodatek smsy. Tak, tak, tlumacze sie teraz i od razu obiecuje, ze poza sytuacjami "force majeure" nie bede uzywal krotkich wiadomosci tekstowych na daremno. Telefonowal bede, od czasu do czasu, bede staral sie znajdowac Ciebie sama i nie przeszkadzac. Bo wiesz, ten ocean niby nic, ale ma jakas sile, ktora wyglada zlowrozbnie w kwestii Twojego wyjazdu. Troche to anachroniczne, co mowie, ale tu juz nie bede sie tlumaczyl. Tak naprawde to najtrudnieszy Calvin w zyciu, bo zawsze wiedzialem jakich czarow uzyc, zeby wszyscy wychodzili w zachwycie, bez jakiegos opetanego ryzyka, nawet jak gralem z prostytutka, to wiedzialem, ze dryf bedzie lekki i doplyniemy do brzegu. Tym razem wszystko jest na granicy, napiete jak lina malego holownika ciagnacego krazownik, emocje bardzo mocno trzymane, jakby dusic kogos za gardlo grozac, ze jak wyda z siebie dzwiek, to zdechnie, duzo tekstu, za duzo, taniec na krawedzi dobrego smaku, moja scena z Ewa to taka, ktora powinno sie cwiczyc tygodnia, szczegolnie synchronizacje rytmu roznych zdan brzmiacych jednoczesnie. Nawiasem mowiac jak zdybie tego drania, ktory opisal Valentino, to poszczuje psami . No i nie mozesz jutro pachniec eukaliptusem. Bo dym przygotowalismy z Mechanikiem, w tak prosty sposob, ze nasycilismy Toba. Okazalo sie dziecinnie proste: bierze sie Ciebie i powoli dodaje do uprzednio przygotowanej mikstury. Irek ma fantastyczny glos i bardzo constans, nie tak jak moj ktory sie zmienia nie wiedziec czemu, ale sie zmienia. Irek nie. A na dodatek pianista. Klasyczny. Zaden jazz. Powazny facet. Plyta na fortepianie Chopina. Bardzo pieknie sie rozwodzi. To bylby szatanski pomysl, wyswatac Cie z Irkiem. Bywalbym u Was, och nie moge, nie umiem napisac smiechu. Niedziela popoludnie. Bylem dzisiaj u Irkow. Na podwieczorku. Jak zwykle wszystko pieknie podane, ale likier mietowy domowej roboty jest ponad wszystko. Agnieszka wygladala niebiansko. Gdybym ja lepiej znal, mowilbym do Niej Aisha, ale nie mam smialosci. Nigdy nawet na mnie nie spojrzala. Co innego Panna Klarunia, ktora czesto ich odwiedza. Tak mam wrazenie, ze ona docenia moje nienaganne maniery, wyprostowana sylwetke i anegdoty, ktore opowiadam. Ale lubi tez romantyczna nute, wiec czasami pozwalam sobie ja brac za reke prowadzic na taras, skad widac jak slonce topi sie w morzu. Przysuwam jej twarz do swojej i szepcze: "Panno Klarciu, a moze bysmy troche poswawolili?" U Pana czy u mnie, pyta Klarcia. Prawda, ze romantyczna. Wiec zawsze wychodzimy razem, Agnieszka odprowadza nas osobiscie, Irek nie bowiem zajety popisami fortepianowymi. Wiec Agnieszka caluje Klarcie w policzki, czasami nawet w usta, a mnie chlodno z dystansem oceanu spokojnego podaje reke. I tak mysle teraz, ze ilekroc jade ze szczebioczaca Panna Klara, a woz turkocze oswietlony pochodniami, to ja jestem zatopiony w Agnieszce. Szkoda, ze taki sztywniak ze mnie, ale hrabia w koncu. Jak ten Irek to zrobil. No moze dlatego ze artysta i jak sie odchyla przy foretpianie. A ja co, tyle ze dwa razy do roku do teatr zajde. Z Klarcia oczywiscie, bo ona uwielbia komedie. No dobrze, powiem prawde, ma do tego slabosc,uwielbia sie kochac za kulisami, co nam sie udaje przy dlugim antrakcie. Panie Witoldzie, pojdziemy jutro do teatru? I chichocze. Alez Klarciu, dopiero co bylismy na tej sztuce. To juz przyznam sie, nie dwa razy do roku, ale z dziesiec razy w miesiacu ogladamy te dyrdymaly. Ciekawe, czy Irkowie chodza do teatru. Pewnie nie, bo nigdy ich nie widzialem. W ogole nigdzie sie ich nie widuje. Raz tylko, raz jeden spotkalem Pania Agnieszke na dworcu. Jak rajsko wygladala, i jej zapach kiedy przechodzilem. Ledwo mnie poznala i kiedy zasyglem w uklonie zdejmujac kapelusz zdazyla jednak skinac glowa. Byla tak piekna, ze wsiadlem do pociagu i jade nim do dzisiaj piszac do niej list. I bede tak dlugo jechal az na ktorej stacji, a na kazdej skwapliwie wygladam przez okno, nie bedzie na mnie czekala. Od czasu do czasu wysylam kwiaty i czekoladki dla mojej slodkiej Klarci, ktora wkrotce o mnie zapomni. Ale dopoki nie bede mogl krzyknac: Aisha! nie wysiade. Bo po co.

głowy, które zataczaj± się od głupoty do sentymentu, garnki, na ktorych nie masladu inskrypcji, inskrypcje bez znaczenia, wiatr szepczacy o niczym, muzeaniepamieci, szczypiornistki jak boginie, bogowie alternatywy bez alternatywy,puste estrady bez artystow i chwala bogu, mosty nad wolno plynacymi rzekami,dyskusje filozoficzne bez temperamentu, temperamenty marnotrawione, lowy, lowyna dzikiego zwierza, osaczonego bez zwiazku z celnoscia i odwaga, cierpkieuniwersytety z kampusami, gdzie nigdy brudne skarpetki sie nie dosusza, zapaloneoczy jak niedopalki, dyskoteki puste i gotowe dla Tarantino, pierogi z kaszanka,buraki na sniadanie, zmatowiale swity, smetne hotele z madzikami i moje piec minut tam, co pewien czas leczna, w sensie, ze Łęczna, pyszne przyjecie i chwala Bogu, ze mnie tam nie ma.I Ciebie juz prawie tez. tylko cienie

jest tu u mnie PaĽ Królowej. ani go przyszpilić, bo to nie w mojejnaturze,ani potraktować detoxem, bo zbyt piękny. zaraz wypuszczę go na wolno¶ć.ale deszcz. "jakżeż ja się uspokoję" pisał Wyspiański w p?ęknym liryku imało kto wie, że napisał go po wyj¶ciu od doktora, który zdiagnozowałsyfilis, co naonczas oznaczało wyrok. było się pilnować na weselu. widać niezawsze chce się pilnować, co służy liryce. niekoniecznie zdrowiu. o umy¶le nie wspomnę pewnie udała¶ się na spacer w chmurach, choć Wawa to nie Napa Valley,gdzie¶ gdzie nie ma komputerów i durnowatych komunikatorów, które czasami,
rzadko, ale jednak nie s± takie durnowate. trudno to zbilansować

będ± mieli jednego wspólnego wroga i nikt już nie będzie pisał oTeatrze Cogitatur. a w tej ciszy będziemy grali takie cuda, że jak który¶ weĽmieza pióro, to skrzypienie będzie słychać po drugiej stronie Oceanu i w ten sposóbbędziesz się dowiadywała o moim istnieniu, bo przecież nie jest tak, że całkiemo mnie zapomnisz, choć ¶rodowe wino to nie tylko calvadosu cierpki smak etc,tylko popielec, najprawdziwsza ¶roda popielcowa na ¶wiecie. jako¶ trudno mi w touwierzyć, że ja, taki old dog i taki odpływ księżycowy. czekaj czekaj, zaraz znajdę piosenkę, któr± na serwetce pisałem przedrzeĽniaj±c Klichównę, gdzie¶ tu
powinna być, tandeta jedna, chwilka



B±dĽ pozdrowiony, Efendi, wreszcie postój jest tak długi, abym mógł napisać Ci, co mi się przydarzyło chociaż sam wiesz, że nic ponad pył niesiony spod kopyt, twarde prycze przydrożnych gospód, podkasane kiecki głupich wiejskich dziewek i ci±gła bitwa z ludĽmi Sułtana. Tak więc moje pisanie jest zbędne skoro i tak wiesz o tym, co jest zawsze. Moi nieodł±czni przyjaciele, kij i wiatr, nie zestarzeli się zbytnio i ciesz± się na każd± ucztę, jak Ty, Panie, który w polewie z migdałów i kielichu wina w kolorze bursztynu (czy słyszałe¶ o tym kamieniu?) znajdujesz pismo Bogów zapominaj±c, iż to Allahowi jedynie zawdzięczasz pyszny pałac, bibliotekę i wiern± służbę. Któż z nas - jednakowoż - nie rozgl±da się bacznie we wszystkie strony, aby dociec prawdy, o ile jest jedna, gdy większo¶ć wie, że jest indywidualna. Natura sprzeczno¶ci nie jest moj± domen±, więc nie będę Cię zanudzał i odrywał od lektury Greków (maj± piękne kobiety, które szybko się starzej±!). Prędzej bym opisywał krzak róży lub łzę wpływaj±c± do oceanu, ale i na to zajęcia mi nie pozwalaj±. Sprawy, doprawdy, s± pilne i nie cierpi± zwłoki. Od kiedy, Efendi, opu¶ciłem Twój dom zrobili¶my doprawdy wiele i ludzie nam błogosławi±. I tyleż, rzecz jasna, albo dwakroć nawet złorzecz±. Jak wiesz, w Tauros, opu¶cili mnie Przyjaciele, ale nie waham się korzystać z najemników. Niektórzy z nich rozumiej± tak wiele, ale przede wszystkim potrafi± oporz±dzić konie i gdy widzę jak w ¶rodku dnia ocieraj± skwapliwie ich spocon± sier¶ć własn± szat±, wiem, że dokonałem słusznego wyboru. W bitwie nie lekceważ± ¶mierci najsłuszniej jej unikaj±c toteż kompania wci±ż jest ta sama. Prawd± jest, że nie stroni± od wina i dziewek w gospodach, ale przymykam na to oko, jak Ty, Panie odkładaj±c za siebie przypalony placek z morwy. Och! Jestem szczę¶liwy, że jedyna przyjaĽń, jaka dodawała mi skrzydeł w drodze, to nasza przyjaĽń, Efendi. Kiedy kompani graj± w ko¶ci i żuj± tytoń obficie spluwaj±c, ja rozci±gam futra obok paleniska i broni±c się przed snem raz jeszcze rozważam Twoje lekcje, które uprzejmie nazwałe¶ wspólnymi dysputami. Żar bij±cy od ognia sprawia, że czuję blisko¶ć Twoich Bogów, których ja chciałem porozmieszczać po wszystkich posiadło¶ciach i dziedzinach Allaha, aby dobrze mu służyli i donosili o ludzkich knowaniach. Dzisiaj pojmuję, że Allah jest zbyt daleko, aby wysyłać Proroków, a Bogowie ich nie potrzebuj±; jest ich tak wielu, że działaj± sami. Nieraz widziałem ich trzech, czterech niemal w jednym miejscu i choć wydaje się to być marnotrawstwem, to najpewniej zamysł ich jest ponad moje pojmowanie. Może zbieraj± się po to, aby nie stracić wiary, jak to zdarzyło się pewnemu aniołowi, który stracił nie tylko istnienie, ale pamięć o jego uprzednich czynach zanikła. Ludzie tylko mówi±, że były piękne i wielkie, ale żadnego nie mog± wymienić. Powiada się też, że wiara go opu¶ciła, gdy spotkał na swojej drodze księżniczkę Aradon i gdy przyst±pił do niej, aby towarzyszyć jej w czasie swojego spaceru, ona pomijaj±c jego bezcielesno¶ć zapytała, czy nie zechciałby jej pocałować bo czuje się smutna i samotna. Nie wiadomo czy doszło do pocałunku, ale ja my¶lę, że nie. I nawet nie wiem, Panie, czemu tak my¶lę. I znowu kolejne dni, przeprawa przez rzekę, ręce omdlewaj±ce przy ciosaniu wioseł, stęchlizna, wilgoć i sarkanie ludzi. Kiedy kładzie się głowę na omszałym pniu, sen nie przychodzi. Kto¶ mamrocze przewracaj±c się z boku na bok, kto inny włóczy się jak mara. W końcu nadchodzi dzień, nie odzywaj±c się do siebie siadamy do łodzi. Z pocz±tku idzie nam gładko, potem siła wody przeważa nasze niewyspane ciała, spływamy w dół, wkrótce nawet wiosła wrzucamy do łodzi. Rezygnacja przychodzi tak, jak obojętno¶ć na kochanków żarliwych, więc mocno zasypiaj±c nawet nie wiemy co mijamy i co nas unosi. Aż dopłynęli¶my. W ¶rodku dnia. Nie wiedziałem, że ta rzeka dopływa do morza. I nie wiedziałem, że jej nurt miesza się z przybrzeżnym pr±dem. Jakkolwiek, jeste¶my tu, na wyspie, z której piszę do Ciebie, Panie. Jak wiesz, od lat, cóż tam od lat? Od czasów kiedy opu¶ciłem rodzinne strony nigdzie nie zatrzymywałem się zbyt długo. Teraz już drugi tydzień siedzę nad brzegiem morza, piję z pucharu napój cytrynowy, a córka Króla donosi mi raz to ¶wieże figi, raz kwiaty, dla których urody nie znajduję porównania. Wieczorami puszczamy latawce a potem odprowadzam to cudowne dziecko do pałacu, a gdy zasypia, rozkazuje sobie opowiadać o dalekich l±dach, obyczajach, a nawet takich sprawach, że ¶ni±c już przykrywa się rumieńcem. Moi kompani nie nawykli do takiej kanikuły graj± w karty i przegrywaj± to, co im wypłaciłem. Wkrótce stan± się niecierpliwi i gwałtowni. Wtedy najpewniej odpłyniemy. A może wcze¶niej. Kto to wie, Efendi, kto to wie? Dopiero teraz znalazłem czas żeby do Ciebie napisać. Przez wszystkie dni tutaj żyłem zachwytem. Trawiłem czas na obserwowaniu motyli tak, jak Ty, Panie, trawisz go na pisaniu karc±cych listów do znanych mędrców. Skutek dla ¶wiata jest podobny, ale i tak ani motyle, ani sentencje nie s± obojętne. My¶lisz pewnie, że Sułtan dowiedział się o mojej słabo¶ci i je¶li dłużej tutaj zamarudzę, przyjd± jego słudzy i zabij± mnie noc±. Otóż nie! ¦pieszę Ci wyja¶nić, że w ogóle nie sypiam miarkuj±c rozpięto¶ć skrzydeł nocnych ważek, i gdy usłyszę kroki wroga, wyjmę spod sukni krótki sztylet i sam wbiję go w serce. Zapewniam Cię, że nie zginę z obcej ręki... Tymczasem słyszę ¶piew, nadmiernie gło¶ny jak na tę porę i grubiański. To pewnie moi ludzie znaleĽli nowe upodobanie. Zaraz przyprowadz± mi tancerkę, ale mnie już nie będzie, bo będę leżał w ogrodzie koj±c gor±ce czoło w rosie. Taka jest ta wyspa. Południowy żar chłodzony przez wiatry, słodkie winnice, co rusz, Ľródła obro¶nięte przez zioła o gorzkim, namiętnym zapachu, kamienie w kolorze hyzopu i paru Bogów. Niewielu, tylu żeby się nie narzucać i dawać okazje do składania ofiar i ¶więtowania. Nie, Efendi, nie lękaj się o stan mojej duszy. Tych parę stron przez lata zaklejonych, gdy udaje ci się je w końcu rozchylić, czy to nie jest jaka¶ przyczyna. Nie lękaj się. Nie znajdziesz tu mojego grobu, przypuszczam. Bowiem nie będę miał grobu, jak mówi± wróżbiarze. Więc poznaj przyczynę, dla której tak długo tu pozostaję. I tak j± znasz, Panie, chociaż jeszcze o niej nie wspomniałem. Rzecz jasna nie cytryny, nie zielska i kwiaty, nawet nie wiatry, gdy nawet trochę motyle. To... Wybacz, ale rozpoznaję w ciszy krok sługi Sułtana. Muszę go rychło zabić. A wkrótce znów napiszę.
wysylaj, z brokulow, z poziomek, z popiolow, latryn, blogoslawionych kapliczek,z garnkow, mytych, niedomytych, brudnych, potluczonych, z nowej gwinei, swietejziemi, z ziemi, gdzie jestes swoja albo obca, z peronow, przystankow, z wenus,jowisza, spod kranu cieknacego, z biustonosza bufetowej w Vigo, z kapelusza, zoszustwa, z rownika, z namiotu w Mongolii, z Capri. jesli choc jeden bedzie takijak dzisiaj, to moglbym z nim umrzec na ustach, gdybym moglz kuchni piszesz? Agnieszka, z kuchni?

tabletki sa wyjatkowe, bo jestes caly czas i caly oprszak motyli. i jeszczechcialbym Cie zobaczyc zanim odlecisz i zanim gdzies Cie znajde. i moze lepiej,ze nie bedziesz na calvinie, bo pewnie wszyscy by sie domyslili, ze gra dlaCiebie a zagra wyjatkowo ryzykowniei dziwne jest to popoludnie i po co Ci kac, po toyotach, przejazdzkachluksusowych. zawsze bede Cie wiozl szybciej i plynniej, jesli sie zdarzy,wielbladem, rowerem, na plecach, winda. jakkolwiek. jesli sie zdarzy, a pewnietak. chociaz razi mam dla Ciebie te jedna, najwazniejsza opowiesc, ktora nie wiem kiedy wysle.moze wtedy, kiedy juz nie bede mogl otrzec Twoich lezJezu, musze pocwiczyc, zrzucic kawalek Garcii po kontuzji, a ja gadam i gadam.


jest taki, bombay chyba. maly pub, a gdzie tam pub, speluna. i ten pieprzonyniebieski gin, literacki, wymyslony. barman to nie nasza siermiezna bufetowa,jakis nikt. nie przeczytasz go nigdy, bo nie ma po co. dyndam tu nad serwetka,ale nie umiem malowac tak, jak nie umiem spiewac. nie bardzo chce nocy. chceCiebie. w kazdym sensie, jaki mozesz sobie dopisac, ale jesli zdolasz otworzyczalacznik, to wiesz jak bedzie. ale dzisiaj jest zloto. czy ja moge Ci obiecacandaluzje zanim pochlonie Cie bezczasowe pieklo/niebo tegel? jesli chcesz, moge.warszawa? srodanie dogonilem Cienajgorsza pora do podrozy, tak to bylo?terz rekami sprzatalbym to gowno, o ktorym wczoraj pisalas, zeby tyko zabrac Cieze zlotej w strone niczegoale "bym" to za maloslowa sa puste, prawie jeszcze raz widze Cie po raz pierwszy. i tak dlugo bedzie dzialal ten replay,poki nie zapali sie jakis zlowieszczy error ale nie wierz w to, nawet jak bedzie neon razil Cie w oczy. to nie error bo jestes polonina wetlinska jesienia, morzem czarnym w poblizu znanej delty,nowym ksiezycem ziemi, stacja metra w puszczy amazonskiej, irlandzka nuta w butiku mariotta, madonna perwersji, czarnym kotem mojego zauroczenia. jestes zlotem na zlotej uwielbiam Dworzec Centralny, najpiekniejszy dworzec kolejowy na swiecie niebieski byl bombay gin pocalunek jest cieklokrystaliczny zamarznie Ci na ustach do czasu

i jeszcze post scriptum, bo poki pisze, jestes blisko i tancze z Toba i dotykam Twoja twarz i sprzedaje Ci narkotyki, jestem Chinczykiem, tragarzem,cieniem imniejsza o to kim jestem, bo upije sie blyskiem Twoich oczu i moze bede juz niedlugo mogl Cie obudzic. nie, nie jeszcze cale miliony czasu. i jak ja mam grac calvina? nie wierz w ten niebieski gin. to jest slone, a gin nie jest. tak,Ag


Aisha, ile ja do Ciebie słów napisałem, ile zmazanych, ile zapisanych, pójdę zato do piekła, bo nie wolno tyle gadać, do piekła to już chyba idę dzisiaj;wszystkie znaki tego dnia wskazuj± na ten ponury fakt, a przecieĽ w porze szalonej herbatki ma przyj¶ć Tomek i mamy układać muzykę do Calvina. Tomek puka,a ja w piekle. przynajmniej zostawię mu kartkę, żeby Cię jutro z poci±guodebrał. z którego poci±gu andaluzja, Jezu, ciemno przed oczami. piekło nie jest takie straszne, mówi jedna z postaci, które napisałem. pewnie wygl±da jak Champions bez Ciebie. muszę się jako¶ zmobilizować, żeby nie męczyć Cię tymi wszystkimi historiami, więc kończ±c to pisanie skrzyneczkę starannie do doniczki, a sam do samochodu i w góry, na chwilę, bo jak mnie diabli maj± dopa¶ćto nie w domu. i jeszcze rano telefon, niejaki Słomiany, z lasów pod Biał±Podlask±, po polowaniu, Panie Witku, zapraszamy na bigos, a w domy¶lesfermentowane bizony z wyci¶niętymi jabłkami, studenckie czasy mówisz, za moich studenckich płynęła vistula do balticu, co było szczytem barbarzyństwa, możnabyło ewentualnie zaprawić esencj± jałowcow±, żeby kac nie był jak worekziemniaków.
jeszcze z Tob± rozmawiam, jeszcze jeste¶, ale już się zaczyna pod wulkanem, w życiu tego nie znałem, nie wiem może powinienem wzi±ć Bibl?ę a nieLowry' ego bo przecież, a zreszt±, lepiej pomy¶leć, że u Ciebie jak w tym nudnym rymowanym poemacie o Litwie, familia, stól, biesiada, toasty, ikony, mowy,opowie¶ci, życzenia, póĽne ¶niadanie. poemat nudny, nie Twoja chatka podlaska, apotem do piwnicy, kompoty z gruszek, konfitury poziomkowe, kapusta kiszona,zaj±c kruszeje, likiery, miody, grzyby suszone, nieco głębiej dusze zmarłych przodków, stary kożuch, baranica. a Ty za morze się wybierasz, co ja mam Cipodarować. no pewnie co¶ najlepszego, ale to nie jest możliwe bo najlepsze, co mam to tochę Ciebie, więc trochę to nie tak Agnieszka, Aisha, proszę weĽ siebie sobie za morze, bacio, odwracam się i idę, no bzdura przecież, inna sprawa, że jak kosmaty przyjdzie dzisiaj, to w ogóle nie ma rozmowy, chcociaż ta napisana i wyreżyserowana przeze mnie postać mówi, że z bł±klania się po ziemi wracaj± o¶wicie, no więc może w noc poprzedzaj±c± Twój wyjazd przybędę jak zjawa, ale co ja Ci z piekła mogę najlepszego. tam wszystko spalone, no nie wiem, rozejrzę się, bo tak z pustymi rękami to nie uchodzi, już i tak byłem do¶ć bezczelny. ale ale jako¶ muszę Ci wysłać zaproszenie na Calvina, na Bruna wy¶lę. Agnieszka, w głowie mi się kręci. a przecież nic nie piłem. no wła¶nie. ale żeby tak rano i przed samochodem? no no to jest idea. i jeszcze teksty z Calvina, tak?powinienem zd±żyć. pewnie jak pojadę tak jak na Majorce. Irek kierownica,sprzęgło i hamulec, a ja na tylnim siedzeniu, biegi i gaz za pomoc± jakiego¶dr±ga. jedyny pasażer powiedział, że jestem absolutnym kretynem, a to nieprawda,bo przecież i studia i dobra rodzina, wysłowić się umiem, nie jest najgorzej,prawda? krawacik, jak trzeba. jak stara prostytuta. widzisz z kim się zadawała¶.jeste¶ jedynym jasnym ¶wiatłem, które zostało po zaćmieniu księżyca. p?ęknym oddalaj±cym się ¶wiatłem.
więc pakuję Cię do doniczki i jadę przejechać się poniedzieli
o smaku znikaj±cego księżyca



jeszcze raz, ze wino na Bruna, bylo przecudnie powiedziane i nie mow, ze sie nie znasz, choc moze sie nie znasz. to sie nie ucz, bo zepsujesz dzisiaj bede mieszal ingrediencje do dymow, zeby daly Twój zapach, nigdy tego nie robilem, ale sie uda, bo calvin musi miec Twoj zapach. mowisz, ze nikt go nie rozpozna? to mnie w ogole, nic a nic, nie obchodzi. ja rozpoznam nie wymyslac, ale poznac Cie kazda? dobrze, jasne jak slonce, ktore bezczelnie wlewa sie na moje poddasze. zwaz na drobiazg, ze ja Cie nie wymyslilem. Ciebie sie nie da wymyslec. i to jest jedyny dowod na Twoje istnienie pusty ekran jest jak Twoj oddech po powrocie na Wyspe. wiesz dlaczego noca jezdzilem z Kapitanem Kacikiem do krateru wulkanu, cabrioletem, i czym wyzej, tym bardziej w przejmujacym zimnie, mijajac zrazu kiwajace nam dziewczeta na bulwarze, kiedy tanczylem samochodem, potem usypiajace kwiaty dnia, zolte i blednace, wreszcie las piniowy i skaly, ktorych odlamki spadaly niemal na glowe, wiesz dlaczego? Jack, mowie, tutaj slychac oddech boga. tak, mowi Jack, masz racje, choc szkoda, ze boga nie ma. trzy lata pozniej, czyli trzy lata temu zdejmowalem go z perfekcyjnie - wszak marynarz - zawiazanego kabla anteny telewizyjnej. w moim biurku, wiesz tym, na ktorym niby Cie wymyslam, ktore jest bajecznie wisniowe, a diamenty rozrzucone wedle krawedzi, w tym biurku jest powazna paczka listow od Kapitana, ktory odpowiadal na moje listy, kiedy probowalismy dociec dlaczego nasz przyjaciel Piotr zawiesil swoje zycie na haku framugi drzwi nie robiac nikomu zadnego klopotu, myjac sie rozbierajac, ustawiajac na kalendarzu date urodzenia. wiec pewnie Kapitan chcial mi to wyjasnic. tyle ze stamtad nie napisal. chcial zeby wyszlo na jego, ten brak listu ma oznaczac jedno: patrz, stary, mowilem ci, boga nie ma, udowodnil mi to dokladnie miesiac pozniej, jak Jedrus, najpiekniejszy czzlowiek swiata, ktory kochal zycie i ktorego sie kochalo od pierwszej minuty, mistrz mojej mlodosci, dla ktorego ja stalem sie mistrzem dojrzalosci, ten cudowny Jedrus, facet ktory mogl miec jednym pstryknieciem kazda kobiete w Sopocie, on wlasnie, ktory rowniez podziwial mnie, jak prowadze samochod, kiedy kiedys zaprosilem go na wodke, a wsiedlismy do samochodu i objechalismy cala Europe, on, najlepszy kucharz pod sloncem, magik nastroju, na ktorego nagrobku napisano to, co o nim powiedzialem, "kochal zycie", on popelnil durny blad przy wyprzedzaniu. w zasadzie nic, tylko troche rozciety luk brwiowy. ale serce nic a nic. to na jego pogrzebie, kiedy Mame Jedrusia odprowadzilem do kresu nocy, ktory byl rozpacza, usiadlem z Kapitanem i pilem przez tydzien zachlystujac sie wlasnymi myslami, a Kapitan mowil, kurwa to niemozliwe. miesiac pozniej juz nie mowil, nie pil, nie pisal. jak inaczej teraz ogladalabys ekspresjonistow, pamietasz, nie mozesz, pierwsze slowa: "bylismy bogami, zylismy jak ksiazeta" jak ja mam Cie poznac na party, w nocy. jak wchodze na party, to tancze swoja wscieklosc i zal, tancze tak jakbym zabijal, perwersyjnie, do krwi, ale rzadko tancze, bo glownie zamykam sie w norach z reflektorami, gdzie wymyslam zycie, staram sie je zaczarowac tylko Ty jestes niewymyslona, piekna i jeszcze pozwol mi do siebie dzisiaj zadzwonic, bo to jeszcze bedziesz Ty, jaka Cie znam. wczoraj Irek pyta, czy wytrzezwialem, o tak jeden Irek wie o Tobie, bo tylko on zostal, Twoj sasiad, choc nigdy nie byl muszkieterem, jednak przyjaciel i Irek wie, ze po najpiekniejszej nimfie swiata trzezwieje piec do siedmiu minut w zaleznosci od pogody. a ja mowie, nie Irolku nie wytrzezwialem, nie bo nie bylem pijany, tylko odplynalem. kiedy przyplyniesz, pyta Ir. nie wiem, Ir, nie wiem, kiepsko z nawigacja. to moze przylecisz? tak, tak. martwie sie o ciebie, mowi Ir. slusznie znowu jasne niebo. ale przeciez ja mam w nosie niebo. chce Ciebie w.

No hay comentarios:

Publicar un comentario