Tego dnia Scott obudził się nieco wcześniej, niż zwykle. Jest wiele opowieści, w których ktoś budzi się wcześniej, niż zwykle. Ale Scott naprawdę był już na nogach, gdy wartki strumień narracji płynął, jakby narodził się wraz z jego przebudzeniem. Chodzi jednak o to, że Scott nie miał już złudzeń ani co do narracji, ani co do fabuły, ani nawet do losu. Ten ostatni postanowił wziąć w swoje ręce i kiedy go zastajemy właśnie przemywa zaspane oczy. W ten sposób unika zimnego prysznica oblewającego wątłe ciała bohaterów, zanim zdążą udowodnić potęgę ducha. Sedno sprawy tkwi w tym, że opowieść zwykle jest rychlejsza niż jej bohater, jeśli tylko nie jest eksperymentalna lub złożona z niedocieczonych cytatów. Gdyby Scott poważnie potraktował swój wątek, najpewniej spałby znacznie dłużej, a nawet przebudzony wylegiwałby się w łóżku lub podkładając pod głowę jeszcze jedną poduszkę przeglądałby niedoczytane dzienniki z ubiegłych tygodni. Ale Scott nie traktował poważnie swojego wątku i obudził się nieco wcześniej niż zwykle.
Nie bez powodu, oczywiście. Jeśli od dziesięciu lat jest się asystentem w stołecznej Akademii, posiada się wiedzę, tytuł i takie różne sprawy i chce się pozbyć nie tytułu i nie wiedzy, ale właśnie różnych spraw, innymi słowy zrezygnować z intratnej, w pewnym sensie, posady, oznacza to tylko jedno: zamknąć za sobą drzwi, które i tak pozostawały zamknięte.
Scott miał obmyślony sposób, jak należy odejść. Poświęcił temu więcej wieczorów, niż Szeherezada na obmyślenie swojego seksualnego fortelu. A co za tym idzie nie był to sposób jeden, ale tysiące sposobów. Należało tylko sięgnąć po jeden.
- Który? - zapytał stremowany Scott, ale wymieniony wcześniej strumień nie dał mu jednoznacznej odpowiedzi. W zasadzie w ogóle go zignorował.
Niemniej pierwsza kwestia była względnie prosta: Czy należy się ogolić?
- Tak, jak najbardziej tak. Nie należy pokazywać żadnego zaniedbania bowiem zaniedbanie fizyczne mogłoby świadczyć o zapuszczeniu duchowym, co przecież byłoby mylnym tropem, może i świadectwem ignorancji albo arogancji, a tego przecież nie chcemy pokazywać. Decyzja to decyzja. Winna ukazać się w jasnym świetle refleksji, nieprzezroczysta w końcu, ale dobrze oświetlona.
Scott ogolił się starannie i przetarł skórę płynem o zapachu cedru. Wybór nie był przypadkowy. Cedr, jak wiadomo, to wiecznie zielone drzewo ( z gatunku sosnowatych). Przemaszerował w piżamie do kuchni, gdzie bezwzględnie należało zjeść śniadanie. Delikatne, pozostawiające umysł lekki, dążący do swobody i tylko swobodę uznający. Nie ma mowy o jajkach na bekonie. Owsianka, jajko na miękko, tost bez masła i sok grapefruitowy. Ten ostatni pozostawia na ustach wyraz nieokreślonej goryczy. Ani trochę osłody. Po tym, to oczywiste, kawa wypita w salonie, z odrobiną winiaku. Naprawdę, odrobiną.
Teraz należy coś na siebie włożyć. Niezbyt uroczyście, może raczej coś eleganckiego z nutą niedbałości. Powiedzmy, czarne, nie za krótkie spodnie. Koszula biała, na dwa guziki pod szyją rozpięta i kamizelka. Do tego marynarka. Niech będzie ze stójką, więc bez zbędnych wyłogów. Buty bez szpica. Delikatnie zaokrąglone i zamiast poloru, trochę zmatowiałe. Bezwzględnie czyste ( przetrzeć szmatką w toalecie tuż przed; absolutnie nie zapomnieć). Tak będzie nienajgorzej.
Jaką mamy pogodę? Scott szeroko otwiera okno i napełnia płuca tak sobie przezroczystym powietrzem. Lekka mgła i dżdży. Cóż nadto? Świeżo, tajemniczo i mało optymistycznie. Okno pozostawia uchylone. Przewiduje, że po powrocie będzie potrzebował chłodu. Jeszcze raz przed lustrem. Dobrze, wyśmienicie.
Scott nie jest byle kim. To pewne. Już, jako gimnazjalista, wykazywał niezwykłe uzdolnienia w dziedzinach uznawanych za dziwaczne, a mianowicie w filozofii, estetyce i psychologii. Studentem był niezwyczajnym, rzec można, a nie bez przyczyny, geniuszem. I w końcu asystentem. Wtedy zgłębiał mechanizmy rządzące społecznościami helleńskimi, zajmował się aspektami upadku Rzymu, pojmował kształtowanie nowoczesnej Europy, nie wykluczał Hegla. Obcował z myślą wysoką, Spinozę, Leibniza i Hume’a znał na pamięć. Rychło stał się autorem dzieł zapowiadających arcydzieła. Naonczas pił wino, jakby obcował z Olimpijczykami. Jego rozum i serce były, jak zapomniane puchary z najczystszego złota. Niemniej był, jak już powiedziano, asystentem. I jako asystent winien był lojalność swojemu mistrzowi. Z przykrością wyjaśniamy, iż była to kobieta.
Kobieta? Opasła wydra z popielatymi oczami. Jej pasją był brak pasji, a tematem społeczeństwa wyliniałe, to jest, aby rzecz była klarowna, nie tyle zaginione, ale marginalne. W Akademii wykładała ikonografię cywilizacji Łeptków Południowych. Zdało się, że znała ich wszystkich, każdego z osobna. Wiedziała dokładnie, jak podnoszą do ust widelec, jak przykładają głowę do poduchy, a i sposób mlaskania nie był jej obcy. Jakże mało wiedział Scott o Grekach w porównaniu do jej analizy Łeptków . Nie był zdolny do najprostszej ankiety, podczas gdy Profesor Fuhler, bo tak się nazywała, miała dostęp do najbardziej intymnych odpowiedzi.
Od dziesięciu lat talent Scotta rozwijał się pod troskliwym okiem Pani Profesor. Napisał sześć woluminów, które sygnowała własnym podpisem. Zdobył sławę znawcy łeptkowskich napisów na murach, znał ich ukryte znaczenia i znaczenia jawne, poświęcał im chwile, które zwykł niegdyś poświęcać niepewnym Spartanom i mieszkańcom domniemanych Teb. Wreszcie poznał ich wzniosłą filozofię, a w zasadzie umiar w dziedzinie refleksji. W ostatnich tygodniach budził się tuz przed świtem i krzyczał północnym dialektem Łeptków Południowych. Pochylał niebezpiecznie samogłoski, jak mieli w zwyczaju, aż jednego razu pochylił je nad wyraz ryzykownie tak, że wywrócił się cały szyk ich skrzętnego agnostycyzmu, a jego rozum osiadł na laurach kompromisowej ateńskiej demokracji. Wkrótce też dobrały się do Scotta monady Leibniza. Gryzły duszę, aż w końcu wyjrzało w niej słońce rezygnacji. Poszedł na wino do pobliskiej knajpy i pił, jak piją ci, którzy piją. A potem w pijanym widzie podjął najbardziej śródziemnomorską decyzję. Właśnie dzisiaj mamy Scotta z najlepszym zamiarem zakomunikowania jej treści Pani Profesor Fuhler.
Profesor Fuhler nie śpi już od dwóch godzin. Pochyla swoją niewiarygodną głowę nad Etyką Spinozy, a dokładniej nad Traktatem o Poprawie Rozumu. Zadowolenie z siebie jest to radość, pochodząca stąd, że człowiek patrzy na siebie samego i swoją moc działania - czyta Pani Profesor i zdaje jej się, że rozumie i, że mogłaby tak czytać Barucha Spinozę w nieskończoność, choć Baruch Spinoza sądziłby inaczej, gdyby więcej wiedział o władzy sądzenia. Potem przygotowuje sobie napar z suszonych kwiatów zeschniętej mimozy i przykłada do skroni. Za oknem mgła i mżawka. Być może będzie to niezwykły dzień, przypuszcza i wlecze się do łazienki, gdzie przystaje przed lustrem po kostki zanurzona w strumieniu opowieści.
Akademia mieści się w pobliżu serca miasta, gdzieś w połowie drogi pomiędzy kramami z towarami kolonialnymi, a wąskimi uliczkami, gdzie blask czerwonych latarenek cieszy serce samotnego przechodnia. Jest to szacowny budynek wzniesiony w czasach, gdy architekturą rządziło neorokoko, a myślą ludzką patriotyczna koniunktura. Aby doń wejść trzeba przejść parę schodków. Tam właśnie zastajemy Scotta. Właśnie wznosi się po nich, jak odwrotność lawiny, a lekkości przydają mu niewidzialne skrzydła szlachetnego zamiaru. Może nieco przesadnie kłania się portierowi, ale ten odporny na wszelkiego rodzaju pochlebstwa, podobny Sfinksowi, zadaje idiotyczną zagadkę:
- Klucz?
Scott, nie będąc egiptologiem, i tak trafnie odpowiada. Wesoło kiwa głową studentom, a jeszcze weselej studentkom, które rozbierają go wzrokiem korzystając z okazji, że mają o dwa guziki mniej do odpięcia. Kiedy Scott znika, kryją się w zaułkach toalet i z mieszanymi uczuciami robią to, czego robić nie powinny. Klepią na pamięć zadane fragmenty.
Scott powtarza w myślach wyuczone zaklęcie. Prostuje kręgosłup i samogłoski. Przemierza korytarze Akademii, jakby był świadomością Jamesa Joyce’a albo bezczelnością Ezry Pounda. Ma się dobrze i niesie w sercu swój portret z czasów młodości. Jest artystą i śpiewa zapomniane pieśni. No, ale bez żartów. Czuje się, jak uczniak z tytą i mocno przyprawioną gębą. Lęk przed nicością ściska mu gardło. Niestety, trzeba to powiedzieć: wchodzi do ubikacji i wymiotuje. To prawda, że na sucho i bez pokazowych torsji, ale, jakkolwiek, wymiotuje. Wpatruje się w mleczną szybę, która przemawia do niego mglistymi melancholiami, wierszami Ungarettiego, cytatami z Dantego. Przed oczami krążą mu didaskalia i obrazy z mikroskopów sąsiedniej katedry, pije piołunówkę na spóźnionej stypie Darwina, wdrapuje się na pochyłe drzewo ewolucji, a z jego korony spogląda na przeszłość. A przeszłość spogląda na niego i przemawia głosem kretyna:
- Czy spuściłeś wodę?
Odpowiada głosem doniosłym, choć drżącym:
- Nie! Ale zaraz spuszczę!
Po czym łamie obietnicę, niczym mityczni herosi. Przekracza granicę labiryntu i staje w drzwiach gabinetu Profesor Fuhler. Jej sekretarz, osobnik o wysoko postawionych piersiach, wyciętym duchowym dekolcie i nisko zawieszonej kopule odzwierciedlającej Kosmos, ergo metafizyczną pustkę, informuje go zwięźle i erotycznie przesadnie:
- Dzisiaj wszystko zaczyna się później. - i puszcza oczko, które płynie do stóp po czarnych rajstopach. Wkrótce usłyszy jej wrzask. A raczej wściekłość. Straszną wściekłość błyskotliwej idiotki.
Scott jest zakłopotany. O tym, na razie, tyle.
Profesor Fuhler żegna się z mężem. Scena raczej nie do opisania. Nuda i ceregiele. Pan Fuhler, tak, Pan Fuhler jest mikrosocjologiem. A zresztą:
Profesor Fuhler żegna się z mężem:
- Dzisiaj, kochanie, włożyłabym krawat od Cartiera.
- Niby w gwiazdki? - pyta zakłopotany mąż Profesor Fuhler, Profesor Fuhler.
- Niby - odpowiada rezolutnie Pani Profesor.
- A coś byś powiedziała gdybym wziął krawat w prążki? - umysł Profesora nie śpi.
- Masz rozum nie od parady. Weź krawat w prążki. - konkluduje, bez rezultatu, Pani Profesor.
- Prążki to prążki. Ale gdyby tak gładki - kartezjańsko zagaduje Profesor.
- Co mi tu będziesz głowę zawracał. Weź w groszki.
- Kiedy próbowałem.
- ???
- Nie mam w groszki.
- A to dopiero.
- Co dopiero?
- Dopiero co kupiłem gładkie.
- W kolorze?
- Wiśni, oczywiście.
- Bardzo trafny wybór - podkreśla Profesor Fuhler, która o tej porze ma w zwyczaju coś podkreślić. Nawet, gdy jest odrobinę spóźniona.
- Czy zjadłby pan odrobinę wiśni? - pyta sekretarz Profesor Fuhler, odchylając nieznacznie stanik.
- Tak. Z przyjemnością. Ale dlaczego pani odchyla nieznacznie stanik?
- Och! Najmocniej przepraszam, ale chciałam pana jakoś zająć.
- Chodzi o oczko?
- Nie, Scott, chodzi o pana. Czy ma pan majtki w groszki?
- Na miłość boską! O majtkach zapomniałem.
- Jak mógł pan zapomnieć o majtkach?
- Nie mogłem, panno... - zakłopotał się Scott, za Boga nie przypominając sobie jej danych.
W departamencie kadr świeciło pustkami. Echo odbijało pytania Scotta:
- Jak się nazywa pani od majtek? Jak się nazywa pani od majtek? Jak się nazywa pani od majtek?
W tym dziwnym miejscu nie było czego szukać. Wrócił i zapytał wprost:
- Jak masz na imię?
- Mam na imię Kim. A dlaczego pytasz?
- Kim, dlaczego do tej pory nie byłaś taka, jak dzisiaj?
- Owszem, byłam taka.
- Odchylałaś niby nieznacznie stanik?
- No, to po kryjomu. Ale oczko puszczałam
- Dla mnie?
- Dla pana, panie Scott, dla pana.
- A ja dlaczego nie zauważyłem?
- Bo Pan tylko o tych Łeptkach, a na repasację pan nie zważał.
- Na co nie zważałem?
- No, pan dobrze wie, bo pan tylko ze studentkami.
- Co ze studentkami?
- Pan podciągał im oczka, no nie?
- Nic im nie podciągałem poza ocenami.
- Ale ja...
- Pani, co?
- Dobrze! Powiem! Ja się chciałam podciągnąć z panem.
- Myśli pani o seksie, zgaduję?
- Dokładniej rzecz ujmując, myślę o Spinozie.
- O kim???
- O Spinozie.
- Musimy dłużej porozmawiać.
- W toalecie?
- ...?
- Tam pan tylko rozmawia. Wiem o tym.
- Skąd, do cholery?!
- Tak się mówi...
- Gdzie i w jaki sposób?
- W damskich toaletach...
Profesor Fuhler przemierzała szybkim krokiem korytarz prowadzący do jej gabinetu. Była już dobrze spóźniona i nie zwracała uwagi na kłaniających się studentów. Gdy znalazła się w swoim sekretariacie, puściła jej oczko przeraźliwa pustka. Zamigotała żarliwymi oczodołami i zapuściła się w najbardziej odległe rejony. Wściekłość Profesor Fuhler zamieniła się w wrzask:
- Kim!!!
Kim pokornie wynurzyła się spod stołu, zanurzając odświętny pysk Scotta w orzeźwiającym strumieniu opowieści. Profesor Fuhler była usatysfakcjonowana.. Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego ona.
Po paru minutach Scott stanął w drzwiach gabinetu Pani Profesor, ukłonił się bez zbędnej szarmancji. Ubranie miał lekko wymięte, a włosy w nieładzie, oczy przepełnione niezłomnym postanowieniem i dopiero co odbytym stosunkiem z nieznanym. Najważniejsze jednak było serce, które podszeptywało mu uprzednio przygotowaną formułę. Ale zanim zdążył ją wygłosić, Pani Fuhler powiedziała:
- Ach, Scott, dobrze, że jesteś. Wyglądasz nie najlepiej, co prawda, ale nie szkodzi. Mam dla ciebie interesującą pracę...
- Jednak muszę Pani przerwać - Scott wbił w nią ślepia Macchiavellego.
- Nie przerywaj, po prostu siadaj - usiadł, gdyż w jej spojrzeniu było coś niesamowitego. Prawdę powiedziawszy było to skrzyżowanie kobiecej (sic!) intuicji i instynktu zwierzęcia, które chowa się do nory przed śmiertelnym ciosem - Siadaj, siadaj i słuchaj - zaklinała go, bądź co bądź, czarownica. która płonęła na stosie i - choćby z tego powodu - należała się jej odrobina szacunku.
- Dopalaj się, suko - niezbyt elegancko pomyślał Scott.
- Otóż mam dla ciebie bardzo interesujący projekt, to znaczy, który pewnie ciebie zainteresuje. Mam tu zlecenie Konwentu na zbadanie tekstu, dotychczas nierozpoznanego, najprawdopodobniej autorstwa jakiegoś Greka, tekstu traktującego metaforycznie o istocie władzy. Rzecz jest o labiryncie, dokładniej rzecz biorąc o zawiłościach umysłu czy czymś takim, w każdym razie o rządzeniu społeczeństwem zorganizowanym. Tekst odkryto w Bibliotece Narodowej pod indeksem 2068. Gdybyś poświęcił mu parę dni, może mielibyśmy coś interesującego, co ty na to?
Scott przewidział wszystko. I nic nie mogło złamać jego postanowienia. Z jednym wyjątkiem, I to z tym, z którym miał właśnie do czynienia. Był to oczywisty przypadek. Jeżeli teraz zrezygnuje, nigdy nie otrzyma pozwolenia Konwentu na tę nieprawdopodobną lekturę. W końcu nie zajmie mu to więcej niż tydzień. Tydzień to tylko przewleczenie, a nie kompromis. Jeżeli się zgodzi, uzyska coś, co mu wynagrodzi, być może, całą dekadę.
- Potraktuję to jako odprawę, coś co mi się bezwzględnie należy, a na co nie mógłbym liczyć, gdybym teraz zrezygnował - wyjaśnił sobie w zaciszu niespokojnej głowy.
- Co miałbym z tym zrobić? - chciał się upewnić co do zadania.
- Przeczytać i skomentować. W końcu podpisać się pod tym dziełem.
- Czyim nazwiskiem? - zapytał lojalnie wbrew swojemu pojmowaniu lojalności.
- Swoim, Scott. Nie możemy ryzykować, to jest nieznany tekst. Jeżeli poznamy go lepiej, nie wykluczone, że ci pomogę. - z zakrętu umysłu Pani Profesor dobiegł ton tak fałszywy, że tylko trąba z Jerycha mogła dawać tak fałszywe, lecz i mocne tony. Nie był jednak zbyt wytrawnym biblistą i to, co przyjął do wiadomości, nie było gorsze od skowytu lokomotywy przejeżdżającej przez czarny tunel Morza Czerwonego. Ergo ani trochę lepsze od przemyślności starotestamentowej.
- Nie wykluczone, że się zgodzę, choć mam inne plany nie cierpiące zwłoki.
- Wiem, o czym myślisz, ale to chyba jest coś warte?
- Pani nie wie, o czym myślę. - tajemniczo wyszeptał asystent.
- Wiem, wiem - ripostowała Profesor Fuhler, a jej oczy podpowiadały mu niezłomną pustkę, z której wyczytał, że wie, jak wiedzą zwierzęta albo nie wie, jak człowiek. Kim jednak była, tego Scott nie dociekł. - Tymczasem bierz się do roboty.
Scott wracał przez długie korytarze Akademii, o wiele dłuższe niż przedtem. Niepewny trafności wyboru nie zauważył nawet Kim, która obierała pomarańczę, jakby obdzierała skórę. Jej spojrzenie inkwizytora wypaliło mu znamię na pośladkach, ale nic nie zauważył dopóki nie zdarzyło się, co następuje:
- Panie Doktorze - zza pleców dobiegł go głos słodki, jak miód wyssany z palca, bo ten z kwiatów byłby zbyt gorzki - Panie Doktorze, ma pan dziurę na pupie.
Gdy się odwrócił, zobaczył studentkę III-ego roku bibliotekoznawstwa. Była to bardzo inteligentna dziewczyna to też nosiła zwykle gimnazjalną spódniczkę jakoś tak do pół uda i obcas na wysokość ćwierć szczebla drabiny. Miała też niezwykłe oczy, takie dobre. Innymi słowy, zapraszające.
- Naprawdę ma pan dziurę na pupie. Ja nie żartuję.
- Obawiam się proszę pani, że to nic nie szkodzi.
- A ja sądzę, że to nie bez przyczyny.
- Czytała pani Etykę Nikomachejską?
- Nie, ale wkładałam ją sobie między nogi.
- A to w jakim celu?
- Lekcja umiaru, Panie Doktorze.
- I rezultat jaki.
- Jestem już po lekcjach. - uśmiechnęła się po swojemu. Zapraszająco.
Było już dobrze po północy, kiedy na schodach klatki ewakuacyjnej, asystent ze studentką bibliotekoznawstwa, milczeli na temat wypośrodkowania tudzież innych myśli Arystotelesa. Były też inne tematy ich pozasłownego porozumienia: hedonizm, cynizm i stoicki spokój. Gdy gwiazda Słońce przesunęła się o następną godzinę ludzkiej konwencji, cicho i niewidocznie po skrawku odwrotnej półkuli, dziewczę skwapliwie podało Scottowi indeks, gdzie wpisał się niby do pokładowego dziennika. On, samotny żeglarz morza jońskiego, ona szczęśliwa niczym część przyrody. Scott nie miał wykształcenia potrzebnego do zgłębiania natury. Interesował go człowiek.
W tym czasie Profesor Fuhler opuściła mury Akademii zupełnie nie przejmując się Kim, która wgryziona w zapadniętą klamkę klatki ewakuacyjnej, lała łzy nad rzymską virtus nie mającą swego bezwzględnego odzwierciedlenia w poglądach wcześniejszych, czy też przedwczesnych Hellenów. Profesor Fuhler czekał na Profesor Fuhler zagłębiony w poduchach głębokiego, może zbyt głębokiego fotela. Kiedy wkroczyła do salonu, był pogrążony w myślach. Dokładniej rzecz ujmując w drzemce, która podsuwała mu myśli nie byle jakie. Bo nie był to człowiek jednowymiarowy.
Scott wkroczył do biblioteki krokiem godnym kadeta pułku piechoty, choć nigdy nie był kadetem, ani zbyt wiele nie maszerował. Mając cokolwiek do wyboru, wolał ginąć. Nie był mu w głowie ani Krzyż Legii Cudzoziemskiej ani nawet krzyż o niebo cięższy i piekielnie trudny do zniesienia. Ani po prawej, ani po lewej nie było nikogo. Nikt się nie podlizywał i nikt nie wymyślał od ostatnich. Po prostu Scott był w bibliotece pierwszy.
Przywitała go kobieta o wyjątkowo przejrzystym do opisania wyglądzie. Było to skrzyżowanie, naprawdę, myszy z dziurawym serem. Jej wzrok przeszedł bez śladu przez duszę Scotta i raniąc mu tylne kręgi szyjne, zatrzymał się poniewczasie na nim. Był to wzrok skomplikowany, innymi słowy zakończony hakiem znaku zapytania. Zezowaty.
- Mam zlecenie Konwentu. Indeks 2068. Proszę, oto dokument. - przedstawił swoją niespodziewaną autoryzację Scott i niechcący poczuł się połechtany tą chwilowa przewagą.
- Legitymacja.. - bardzo grzecznie, a raczej stosunkowo grzecznie, poprosiła bibliotekarka.
- Proszę...
- Pan łaskawie poczeka - odparła z respektem.
Scott został sam na sam z wysokim sklepieniem czytelni. Patrzył w dal za znikającym aniołem opiekuńczym zbioru. Niespodziewanie spostrzegł, że anioł ubrany jest w spódniczkę, która nie tylko sięga do połowy domniemanych skrzydeł, ale nawet nie do końca pewnych, choć koronkowych majtek. Został jednak sam, najbardziej samotny z ludzi i najbardziej pogrążony. Nie mógł myśleć lubieżnie bowiem w ogóle nie mógł myśleć, nie mógł cudzołożyć bo zapomniał o istnieniu przykazań. Patrzył w głąb zbiorów i miał święte przekonanie, że zwariował, ale nie zwariował tylko czas mu się dłużył. Sięgnął odruchowo po egzemplarz Pamiętników Einsteina, ale nie miał go, jak zwykle, w kieszeni marynarki. Nie miał również marynarki, jak również nie miał pewności, czy wypił poranną kawę. I kiedy tak pogrążał się w braku pewności, zobaczył tuż przed oczami zwiastuna jakichkolwiek wieści. A ten mu oznajmił:
- Doktorze Scott. Pan pójdzie za mną. Ten egzemplarz jest zbyt duży. Proszę - i usłyszał szelest pończoch, które prowadziły go w głąb zastrzeżonych zbiorów. Był nieprzytomny. Żałował, że nie wypił porannej kawy.
Księga stała pionowo przed nim. Rzeczywiście była wyjątkowo dużych rozmiarów. Dokładniej miała co najmniej 1.70m wysokości i około 0.50m szerokości.
- Czy to są dzieła kogoś lewicowego, panno...?
- Jestem Adrianna. Mów mi po imieniu, Scott.
- Wspaniale, Adrianno, więc czy mam rację?
- Obawiam się, że nie. To bardzo stara księga. Z czasów, które nie znały takiego pojęcia. - objaśniła skwapliwie - Myślałam, że ktoś, kto dysponuje glejtem Konwentu, ma elementarną wiedzę na temat tej pozycji. W gruncie rzeczy, uważam, jest to pozycja banalna, ale nad wyraz zagmatwana.
- Czy ktoś ją badał przede mną?
- O tak! - wykrzyknęła bibliotekarka, ale zaraz ściszyła głos i dodała: - Niewielu.
- Może mógłbym porozmawiać z którymś z nich zanim sam oddam się lekturze?
- To będzie bardzo trudne, a w zasadzie raczej niemożliwe.
- ...?
- Prawdę powiedziawszy nie mogę udzielać takich informacji - szepnęła Adrianna przysuwając myszowatą twarz tuż do ucha Scotta. Scott nie wytrzymał. Wsunął rękę pod koronki i zamykając oczy, pytał dalej: - Może coś sobie przypomnisz?
Ale Adrianna nie chciała sobie nic przypominać. Przycisnęła go biodrami do okładki aż ześliznął się do pozycji, w której normalnie znajdują się przypisy[1]. Był tak nieprzejrzysty, jak bibliografia, którą dysponował i tak samo otwarty na wszelkiego rodzaju doświadczenie z wyjątkiem tego, na które był zamknięty, jak człowiek zdolny do jednego kompromisu za dużo. W końcu zesztywniał z przerażenia. Wtedy usłyszał:
- Bądź dzielny, Scott. Ci, którzy byli przed tobą - naprawdę tylko paru - zagłębili się w lekturę na zlecenie Profesor Fuhler. Wszystko im się poplątało. Pogubili się i nie mogli znaleźć właściwej drogi. Ale ja tutaj wtedy nie pracowałam. Może nikt im nie dodał otuchy, a może nie mieli dość odwagi, aby dojść do konkluzji. A jest to bałamutne, choć prostackie dzieło. W pewnym sensie traktuje o władzy.
Ale Scott już od dobrej chwili nie słuchał bibliotekarki. Pełen żądzy opuścił rękę na jej kształtne udo, zacisnął mocno palce, aż nagle odwrócił się i otworzył okładkę. Zagłębił się w księdze zapominając o bożym świecie.
Adrianna była najwyraźniej zawiedziona. Brzydka i zawiedziona. Usiadła pod miejscem, gdzie zwykle umieszcza się przypisy i cicho załkała. Nawet nie zauważyła, że w jej pończosze puściło się oczko. Ale czy to mogło mieć jakiekolwiek znaczenie.
Scott jeszcze dobrze nie oprzytomniał, kiedy Wstęp miał za sobą. Był on pusty, jak brzuch wieloryba tuż przed przyjęciem Jonasza. Kolejne rozdziały były ciemne i pokrętne. Większość z nich, jak ślepe uliczki, z których należało wracać tą samą drogą nie doświadczając nic ponad to, że doświadcza się po raz wtóry. Korytarze tej wiedzy były faktycznie starożytne, a to znaczyło, że były wilgotne, mroczne, jak Parmenides i beznadziejne niczym późniejszy Kropotkin. Refleksje były beznamiętne i o tyle dotyczyły władzy, o ile ciemność dotyczy ciemności. Błędne koło przy tej konstrukcji wydawało się planem poprawnego myślenia i takim było. Cóż, że doprowadzało do punktu wyjścia, gdy wyjście znajdowało się na początku rozdziału i było najdoskonalszym sofizmatem, jakim było motto. A motto brzmiało: Ten Rozdział nie jest rozdziałem ostatnim, ale jest przedziałem. To było motto każdego rozdziału. Wyjąwszy epilog. który był okładką.
Scott nie mógł trafić do epilogu. Czas płynął wolno, a on, choć uzbrojony we wszystkie narzędzia krytyka, bezkrytycznie i bezprzykładnie błąkał się po wyrafinowanej, lecz pustej konstrukcji nieznanego umysłu. W pewnym momencie Scott przystanął i oparł głowę o zimny mur. Jego wzburzony nudą umysł ochłódł i doznał czegoś, co mogłoby uchodzić za olśnienie, a jednak bardziej należało obstawać za lodowatą konkluzją człowieka zaprawionego w dedukcji. Otóż pan doktor wysnuł wniosek, że ten potworny utwór traktuje o wędrówce zmarłego, jaką odbywa on, aby dojść do miejsca spoczynku swojej duszy. Za tą tezą przemawiały uwagi bibliotekarki, która wspomniała o paru beznadziejnych przypadkach asystentów, którzy zagubili się wśród podobnych do siebie rozdziałów i nigdy nie powrócili. Scott nie był głupcem i w lot pojął, że wprowadzono go na zwodniczy szlak, który nie tyle wiedzie donikąd, co raczej do miejsca, którego - mając niespełna lat czterdzieści - nie pożąda jako miejsca stałego osiedlenia. Od razu też przyszło mu na myśl, jak to komentuje Servier: „matka oczekuje duszy zmarłego na progu niezgłębionej jaskini. Rysunek u wejścia przedstawia plan labiryntu, ale gdy dusza nadchodzi, matka ściera plan i dusza błąka się bez końca w ciemnościach stanu pośredniego, pomiędzy płaszczyzną fizyczną a światem niewidzialnym. Jeśli jednak zmarły jest wtajemniczony, odnajduje plan labiryntu w swej pamięci...” Ale on nie pamiętał nic. Na wszelki wypadek i na przekór ulubionej dedukcji, uszczypnął się. Rezultat był satysfakcjonujący i dawał niejaką nadzieję Nie miał najmniejszego zamiaru, aby powrócić na łono matki. Ale jeszcze mniej uśmiechało mu się dłuższe posiedzenie z przodkami. W tym wypadku przedkładał swoje dociekania nad świętą pewność, za którą nie ma już nic, gdyż pojmowanie staje się zbyteczne, a decyzje są ostateczne, ale nie należą do niego. Scott raz jeszcze podjął daremny wysiłek. Teraz już wiedział, że zlecone badania mogą być nie tylko horrorem, ale i horrorem metafizycznym.
Księżycowe dziewczęta zatańczyły mu w głowie. W sercu, o którym zwykł wątpić, poczuł lęk. Ogólnie rzecz biorąc, nie czuł się dobrze. Nabrał ochoty na drinka tak prostego, jak jońska filozofia przyrody albo bardziej zrozumiałe twierdzenia Talesa z Miletu. Tymczasem najbliższy bar znajdował się po drugiej stronie. Wydawało mu się, że to dalej niż Przylądek Dobrej Nadziei.
Wtedy zabłysła gwiazda nadziei, przewodniczka facetów podróżujących na wielbłądach wbrew prognozie pogody i zapowiedziom fałszywych proroków, gwiazda, która widoczna jest nader rzadko gołym okiem, zalśniła teraz zwodniczym blaskiem i ogrzała serce doktora Scotta. W rzeczy samej trzeba przyznać, że jej blask był tylko blaskiem symbolicznym, ale dzięki temu nie prowadzącym na manowce rzeczywistego wybawienia. Wszystko to za sprawą zaciśniętej pięści naszego asystenta, który poczuł w niej wątłą nić. A nie była to ani nić opowieści, ani kaprys jedwabnika, tylko oczko z pończochy Adrianny. Scott cierpliwie zaczął zwijać ów zagubiony wątek i tym samym wracał do punktu wyjścia. Nie miał już najmniejszej ochoty, aby tropić tajemnicę labiryntu. Myślał tylko o mocnym drinku i szmerze barowych rozmów, które nie odkrywają niczego, ale dają słodką gwarancję istnienia. Posuwał się wolno, lecz systematycznie. W końcu ujrzał delikatne światło będące nie czymś innym jak mrokiem biblioteki. Był uratowany.
- Adrianno, jestem ci winny drinka. Czy dasz się zaprosić?
- Czy dam się zaprosić? Ależ oczywiście. W końcu masz mi coś do zawdzięczenia.
- Czy zrobiłaś to celowo?
- Jeżeli jest się tak brzydkim, trzeba myśleć o wielu rzeczach.
- Och, wcale nie jesteś brzydka!
- Chcesz przez to powiedzieć, że jestem zgrabna i lekka mgiełka alkoholu pozwoli ci zobaczyć mnie w innym świetle. Dlatego Scott, ostrzegam cię. Jeden drink i odprowadzisz mnie do domu, a sam grzecznie się odwrócisz i odpłyniesz na swój archipelag. Zgadzasz się?
- Jasne.
W barze na przeciw biblioteki panował radosny gwar, jakby świat nie składał się z samych klęsk i widmowych powodzeń. Dym z papierosów gryzł w oczy i osłaniał łysiejących facetów, którzy bezpiecznie przewracali gałami wypatrując ostatnich szans lub, w gorszych przypadkach, zbiegów okoliczności. Jednak ostatnie szanse i zbiegi okoliczności siedziały same i dawały się adorować tylko z pewnej odległości. Były świeże i miały przed sobą tyle czasu, że nie musiały dbać o przychylność świata, bowiem wystarczało, że lekko się uśmiechały, a świat dawał im to na co, być może, nie zasługiwały, ale dostawały zawsze.
Scott i Adrianna przez chwilę byli bohaterami tego kameralnego przedstawienia. Jak każdy, kto stawał w drzwiach. Zaraz potem, nie wykorzystawszy swojej szansy, zawisnęli przy barze i zatopili się w beznadziejnym zapomnieniu. Obydwoje zamówili bourbona bez lodu i milczeli przez dobre trzy minuty. Wreszcie Adrianna zapytała Scotta niespodziewanie miękkim głosem wygładzonym paroma łykami mocnego alkoholu
- Jak pan doktor znajduje lekturę?
- Dobrze wiesz, że to pułapka.
- Niczego nie wiem dobrze. I ty też niczego nie wiesz dobrze. Może nawet w ogóle nie wiesz czego chcesz. W każdym razie lecisz na każdą okazję. Obojętne, czy to nowa kobieta czy nieznana lektura.
- Bardzo poważna rozmowa?
- Nie bardzo. Ale może rozmowa?
- Przecież w ogóle się nie znamy.
- No to posiedzimy tu jeszcze sto lat i pogadamy. Doktorze Scott, jesteś wymyślona postać literacka i właśnie ktoś cię skreśla, bo nie udała mu się anegdota.
- Mylisz się. Ledwo co uszedłem z życiem i właśnie mam ochotę przeżyć drugą młodość.
- Liryczne.
- Słuchaj, jeżeli chcesz ironizować, to może powoli będę cię odprowadzał do domu - zazgrzytał asystent i przy okazji zamówił jeszcze dwa bourbony.
- Miał być jeden drink. Tak?
- Miał być jeden, ale są dwa.
- Wiesz co? - Adrianna przechyliła filuternie głowę i Scott pomyślał, że ma więcej wdzięku, niż mógłby pomyśleć, przy czym starał się, aby wzrok nie uciekał mu na jej nieprawdopodobnie zgrabne nogi - Przecież nie wrócisz już do swojej lektury, a musisz coś napisać. Podyktuję ci krótki raport, ale ty weźmiesz mnie na trzy dni nad morze?
- Jezu, co ty mówisz?
- No powiedz, musisz coś napisać?
- Powinienem.
- Mam domek na półwyspie. Będzie miło i pożytecznie.
- Adrianno, to jest dla mnie bardzo ważny raport.
- Był. Teraz tylko musisz wrócić z twarzą. To znaczy sądzę, że byłoby dla ciebie bardziej komfortowo gdybyś wrócił z twarzą, a nie z kawałkiem pończochy i tępym wyrzutem.
- Co do trzech dni nad morzem, nie ma problemu. Potraktujemy to po dionizyjsku. Ale na tej pracy bardzo mi zależy. Od dawna nie miałem okazji żeby napisać coś własnego.
- Aha, budzi się śpiący autor niezależnych myśli. W porządku. Opowiem ci, jak tam jest. A ty napiszesz co uznasz za stosowne.
Scott zamówił trzecią kolejkę i rozważał swoje solenne postanowienie opuszczenia murów Akademii. Czyli faktycznie zastanawiał się, jak zbiec robiąc dobre wrażenie. Więc jeszcze inaczej: nic nie rozważał, a tylko prosił rozum, aby nie łaskotał go po tyłku bo to nie mieści się w żadnym nurcie filozoficznym, a fizjologicznym również. Ale rozum był głuchy. Rozum dostał właśnie obietnicę trzech dni wakacji i podjął decyzję bez konsultacji ze swoim właścicielem. Już wierzył Adriannie i ufał swoim talentom zdolnym do stworzenia ex nihilo dzieła, które dawałoby pstryczek w zdradziecki nos Profesor Fuhler, a zarazem pozwalało mu odwrócić się na pięcie i odejść tam, gdzie czekały resztki młodości. Czy można żywić się resztkami? Ależ oczywiście. Można robić absolutnie wszystko żeby wyczuwać ledwo już wyczuwalne tętno pierwszych natchnień. Jeżeli to konieczne, można nawet nabrać ufności do swoich nieistniejących przekonań.
Gdyby prawda byłaby tak prostacka, jak chciał Arystoteles, to Scott wyprzedzał Adriannę o pięć kolejek. Ale prawda była inna i można ją było zobaczyć nie później niż wtedy kiedy było po równo. Ale kto chce spojrzeć w oczy prawdzie wtedy, kiedy jest przytomna i powołuje się na autorytety. Każdy woli zobaczyć jej nagość w sypialni, gdzie nie ma wstępu żaden ohydny autorytet. Bowiem autorytet jest jak zdrada. Chyba, że go nie uznawać.
- Nie uznaję autorytetów. Mam w nosie Greków i Niemców. Czy któryś z nich odpowiedział na moje pytania? Cicho! Widzisz ten księżyc? Nie? Niebo jest zachmurzone, ale on tam gdzieś jest. Ja to wiem. I pewnie on wie, że ja wiem, że on jest i wie, bo widzisz, my nie mamy złudzeń. Jesteśmy częścią przyrody. Nie mamy złudzeń co do boskich planów. My jesteśmy zaplanowani według wskazówek... Cholera! Zapomniałem rękawiczek. Nie miałem rękawiczek? Mam w nosie rękawiczki. I przyrodę też. - efektownie zakończył Scott i dał się prowadzić Adriannie. Ulica wysadzana kostką brukową nie była przyjazna. Zza chmur prześwitywał księżyc.
- Szlag by to trafił. Ale noc! - wyszeptał Profesor Fuhler, gdy jego małżonka zaczęła walić grubymi paluchami w maszynę do pisania. Tej fatalnej nocy miała natchnienie. Właśnie wzięła się do dzieła. Uwielbiała aforyzmy. Mogła je tłuc całymi nocami. I tłukła. Wtedy jej małżonek przewracał się z boku na bok i powtarzał co bardziej pikantne wątki rodem z antropologii filozoficznej. Wraz ze wschodem księżyca w domu Fuhlerów budziły się demony dyletantyzmu. Jeden z nich, może nie najbardziej złośliwy, ale nader przykry poprzez swój nadprzyrodzony prymitywizm, brał panią tego domu za rękę i prowadził do spiżarni. Rytuał odbywał się gdzieś w połowie aforyzmów, co dla ewentualnego czytelnika zawsze byłoby lwią częścią i fakt, że czytelnik jest tutaj ukryty za wirtualną gardą nie powinien odmawiać mu prawa do współczucia ze strony bardziej realnego bliźniego. Tak, czy owak, dochodziło do momentu, gdy goła żarówka oblewała swoim ohydnym światłem, przywodzącym na myśl najpaskudniejsze niepokoje, garnki wypełnione po brzegi smakowitym smalcem o woni przedwiecznego łoju, michy kryjące połcie dziczyzny, doskonale skruszałe i odwołujące się do czasów, gdy przodek Profesora Fuhlera był myśliwym, a więc czasy, gdy wykształcił sobie pięciopalczastą kończynę i przyswoił zasady walki, tace z ciastami drożdżowymi oblanymi cudownymi polewami, w których godziły się najprzeróżniejsze żywioły począwszy od kreteńskiej pomarańczy, a skończywszy na azteckim kakao. A czy odważyłby się ktoś nie wspomnieć o prastarych melszpejzach, oczywiście prastarych w sensie mitycznym, a nie przywodzącym na myśl odsuniętego na bok zakalca, jeszcze niezdefiniowanego do końca jako zły, ale mającego na tę definicję wszelkie zadatki. Więc weźmy choćby ten pozornie najzwyklejszy melszpejz z mąki kartoflanej. Wystarczy delikatnie przysunąć nos do formy, aby przekonać się o niezwykłym zapachu cytryny i kardamonu. Wystarczy zanurzyć palec, aby udowodnić sobie jego pulchność. I już, aby dokończyć dzieło kuszenia albo znaleźć zrozumienie dla grzesznicy, wspomnijmy o potrawce z baraniny z winnym sosem. Czy sądzisz, Czytelniku, że potrawka ta będąc ostudzoną traci swoje tradycyjne przymioty? Nie! Jej smak, podobnie, jak krążenie elit, odradza się w przeróżnych formach i powoduje, że baran jawi nam się jako doskonały jednorożec, tyle że mający więcej szczęścia w historii.
Profesor Fuhler spędza w spiżarni nie więcej niż pół godziny. To wystarcza jej mężowi, aby uspokoić myśli i zanurzyć się w mętnej wodzie sennych marzeń. I gdy pierwsze plugastwa chcą ułożyć się pod jego szlafmycą, ciszę nocną rozrywa coś, co nie jest ani gromem, ani niczym takim. Jest czymś co nie nadaje się do opisania. A wtedy biedny małżonek zrywa się na równe nogi i zaraz potem przysiada na skraju łóżka i cichutko chlipie. Aż przyjdzie jego oblubienica. Ptaki odgrywają symfonię świtu, słońce powoli wczuwa się w swoją rolę, a ona, dokończywszy dzieła. które jest większą połową dla czytelnika, wirtualnego czytelnika, przytula jego skołatane skronie do piersi urastającej w tej chwili poranka do biustu pramatki, z której płynie pierwsze mleko. Cóż, że kwaśne, kiedy dające pożywny spoczynek. I gdy oboje zasypiają winno budzić się współczucie dla wspomnianego czytelnika. Jego wirtualny charakter nie zwalnia od elementarnych zasad wzajemności. A jej gorzkie chrapanie wzmacnia tylko bezinteresowną cnotę.
Oczy Scotta otwierają się niespodziewanie. Może nieco zbyt wcześnie, ale w przekonaniu, że wyrozumiałość dla siebie przetrwa jeszcze parę godzin. Tymczasem ktoś, kto nie zna jego przyzwyczajeń i zdolności do kompromisu wkłada jego beznadziejny łeb pod prysznic, lodowaty. Zdaje się bagatelizować doświadczenie. Jan Chrzciciel miałby więcej respektu, gdyby jeszcze żył, ale nie żył, a ręka, która smarowała mu twarz pędzlem unurzanym w mydle nie była ręką boską. Z łatwością można było poznać po geście, który wyposażył go w brzytwę i postawił jego pysk przed lustrem. Był wtedy Abrahamem i Izaakiem, a więc mężczyzną dojrzałym. W tym sensie, w jakim nie był dotychczas korzystając z dyspensy dla skacowanych. Zza światów dobiegło go fundamentalne pytanie:
- Kawa czy herbata?
Teraz, kiedy przychodzi mu odpowiedzieć, przypomina sobie swój sen. Śnił mu się sceptycyzm. Był czysty, jak łza spływająca po wierszu Eliotta, jeśli to właśnie nie była łza. Jak wiadomo sny nie przychodzą bez powodu i opowiadają o człowieku więcej niż on sam zechciałby powiedzieć chociaż są sny, które nie mówią nic oraz sny mówiące zbyt mało albo w ogóle plotące bzdury. Ale sen o sceptycyzmie nie mieścił się w żadnej z formułek, a dlatego, że był to sen człowieka, który wątpił w człowieka już w wieku, w którym motyle unoszą się nad głową, a świat jest tajemnicą. Potem nie było lepiej, łatwość z jaką uwodził kobiety nie wykonując najmniejszego gestu, zazdrość kolegów, o to, że w kilkudniowym zaroście siedzi zapuszczony Casanowa, o tyle lepszy od pierwszego Casanowy, że osiąga efekt wcale nie zamierzając go osiągnąć, i jego nieprawdopodobna arogancja, dzięki której wyglądało, że nienawidzi ludzi bardziej niż naprawdę nienawidzi, a nienawidzi strasznie. Sen o sceptycyzmie był dla Scotta jak bolesny policzek, którego nie odczuł. Niejednokrotnie wkładał opuchnięty od razów pysk pod poduszkę, aby wychylić spod niej zadowoloną mordę twardziela. Tym razem widać jednak, że sen zrobił na nim wrażenie. I odwrotnie.
Na przednim siedzeniu dla pasażera czuje się lepiej. Niepotrzebnie zdradza się na zakrętach, gdy jego głowa potakuje nieprzewidywalnym zmianom kierunku. Budzi go policzek wymierzony nie tyle ręką sprawiedliwości, ale wdzięczną rączką w skórkowych rękawiczkach należącą do kobiety z wysoko upiętym ogonem włosów, w kostiumie łaski przebudzającej koloru łososiowego. Jej nienaganny makijaż świadczy o realności doświadczenia. Samochód mknie cichutko warcząc po drodze parującej porannymi mgłami. Scott wpatruje się w przemijający sosnowy las i dobrze wie, że to jest najbardziej możliwe zmartwychwstanie. Wieczność nie przesunie się nawet o sekundę swojej bezwzględności, gdy Scott poprosi Adriannę, aby zatrzymała się przy łące szczęśliwe skłaniającej się ku drodze. Otwiera drzwi i podaje jej rękę. Idą przed siebie, a w ciszy poranka wyraźnie słychać ich milczenie. Idą zapominając o świecie, którego czas i przestrzeń się pomieszały, zaplątane w pajęczyny rozpięte na igliwiu sosen, grające obłędną muzykę. Fioletowe dzwoneczki i spadające szyszki to dźwięczą, to stukają o niewidzialne bębenki. Nie pada ani jedno słowo.
Gdy zmierzch oblewa świat, docierają do miejsca przeznaczenia. Domek Adrianny okazuje się neogotyckim pałacem, rodzinną posiadłością w gatunku tych, które, choć wybudowane w tym wieku, przypominają, że czasy są starsze od familijnych wątków. Scott gwiżdże z uznaniem i natychmiast dostaje kopniaka w kostkę. Oznacza to, ni mniej ni więcej, że jest w pobliżu bramy krainy wiecznej młodości. Może dlatego stara się opamiętać i dla poczucia realności chce być oprowadzonym po posiadłości. Adrianna jest stanowcza. Odmawia.
Siedzą na tarasie. W kieliszkach bursztynowa Marsala i spojrzenia utkwione w głębi horyzontu, który nie daje nic więcej ponad to, co zawsze daje horyzont. Ogromne mnóstwo niczego.
Księżyc posrebrza ziemię, a Scott niepomny nocnych przywidzeń, w skromnej todze beana już sobie przypomina, że przybył tutaj w bardzo konkretnym celu. I już otwiera usta, aby zadośćuczynić ambicji, kiedy słyszy metaliczny szept:
- Nie teraz, proszę, nie teraz.
I zapomina. Tak, jak zapominają ci, którzy po raz wtóry doświadczają swojej niedojrzałości. Mamrocze najbardziej pokorną litanię jaką jest zamknięcie gęby na cztery spusty.
Potem następują dni beztroski, motyle, słone powietrze i miodowe wino. Fale rozbijają się o brzeg bez żadnej dialektycznej skłonności. Po prostu, fala za falą. Grzech za grzechem w łasce niebiańskich dni. Nie ma żadnej rzeczy przypominającej o istnieniu świata, żadnego wcześniej ustanowionego porządku, żadnych postanowień.
Jak opisać czas, którego nie ma? Może poprzez poranne rozczesywanie włosów albo przez świętego Augustyna ślęczącego nad pryszczem przed zwierciadłem. A może wystarczy strzęp dialogu:
- Czy czytałaś świętego Augustyna?
- Czytałam, czytałam. Albo nie.
- Więc tak, czy nie?
- Czy to ma być wyznanie?
- To ma być odpowiedź.
- Odpowiedź na co?
- Na moje pytanie.
- W takim razie czytałam. Ale tylko dla ciebie.
Tysiące rzeczy, które zdarzają się lub się nie zdarzają. Czasami zbyt późno przebudzone lęki. Niestety nawet dłubanie w nosie, gdy zapatrzeć się w horyzont. To wszystko decyduje, czy czas może pojawić się na swoim miejscu opuściwszy je wcześniej bez wyraźnego powodu ale też bez najmniejszego sprzeciwu zainteresowanych. Prawdopodobnie Czytelnik już się zorientował, że mówimy tutaj o uczuciu. O wiele bardziej ujmującym niż miłość, ale też niepokojąco krótszym. Gdzieś tam, w świecie Profesor Fuhler takie rzeczy się nie zdarzają. I pomyśleć, że ktoś mając wolną wolę znalazł się w tamtym świecie.
I znowu spojrzenia w głąb horyzontu, który nie ma w sobie nic ponad to, co ma zawsze. Noc, jeszcze jedna noc, gdy nic się zdarza. Sprośna metafizyczna pustka. Alejka w parku lirycznie zakręcająca tam, gdzie znikają dwie postaci i nie prędko się pojawią. Aż w końcu przychodzi popołudnie ostatniego dnia i ostatni spacer. Scott robi coś, czego nie powinna zrobić natura dojrzała. Jesteśmy trochę zawiedzeni bowiem już byliśmy skłonni wierzyć, że otrzymał dar od losu pozwalający mu iść na skróty pomiędzy sercem a umysłem. Ale to wymaga doświadczenia albo wyobraźni. Więc musimy się skrzywić, gdy Scott przystaje i zadaje Adriannie bardzo zasadnicze pytanie:
- Czy powiesz mi teraz jaka tajemnica kryje się w lekturze pod indeksem 2068.
Są mężczyźni, którzy twierdzą, że kobieta nie powinna zaczynać pierwsza. Ale są też mężczyźni, którzy twierdzą, że mężczyźni nie powinni pytać wprost. Są znacznie lepsze metody, wymagające najpewniej opanowania i cierpliwości. Można je wykorzystać na przykład tak:
- Adrianno, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, tam w bibliotece, chciałem żebyś poszła ze mną. Jednak nie nalegałem bo było to zbyt niebezpieczne, a ty byłaś zbyt piękna. Ale jeśli zdarzy się okazja, moglibyśmy spróbować.
Adrianna przysuwa się do Scotta bardzo blisko. Jej biodra prawie go dotykają, a oczy zatrzymują się na jego nieruchomym spojrzeniu. To trwa zbyt długo, ale w końcu Adrianna odpowiada:
- Jesteś małym głupiutkim chłopczykiem.
Cóż, każda metoda ma swoje ograniczenia. Można uwodzić kobietę milczeniem lub mówieniem. Ale z pewnością nie można uwodzić kobiety bez uwodzenia. Więc kiedy Scott zadaje kolejne pytanie, jest, po prostu, beznadziejny:
- Proszę, powiedz mi, co się za tym kryje
Jeszcze nie tak dawno temu bylibyśmy pewni, że nasz doktorek spakuje resztę zbyt obfitego posiłku do wiklinowego kosza i postawi na tylnym siedzeniu samochodu, że smakołyki nie zmarnują się i przechowają w postaci prowiantu na dalszą drogę, że będzie zdolny do odegrania właściwej roli, która mogłaby wyglądać mniej więcej tak:
- Czyż nie byłoby cudownie, gdybyśmy razem błądzili po labiryncie?
To samo, co poprzednio. Potem trawnik i pięć minut dzikiej namiętności. Wreszcie Adrianna przykrywa Scottowi usta zimną dłonią i patrząc mu prosto w wybałuszone gały szepcze aksamitnym głosem:
- Jesteś małym głupiutkim chłopczykiem. Ale takiego cię lubię.
Jeszcze pół godziny dzikiej namiętności Adrianna wstając:
- Wracamy. Chciałabym się przebrać.
Żadna metoda nie jest doskonała. Kiedy są już w pobliżu domu, Adrianna dostrzega światło w pokoju na ostatnim piętrze.
- O Boże! - mamrocze prawie bezgłośnie.
- Czy coś się stało? - pyta Scott, gdy najwyraźniej powinien zareagować inaczej:
- Jeżeli to złodziej, to połamię mu kości, a jeśli gość, to wcale nie musimy wracać.
- Daj spokój, Scott. To moja siostrzyczka.
- Dobry wieczór. Mam nadzieje, że was nie przestraszyłam. W każdym razie czekam z kolacją. - wykrzykuje postać wychylona z okna.
Przy dębowym stole mogącym pomieścić ze trzydziestu apostołów, trzy osoby, świece i rozmowa o sosach do krewetek. Frances jest bardzo podobna do Adrianny, parę lat starsza, doświadczona (nieudane małżeństwo i pasierb) i o wiele ładniejsza. Adrianna pije trochę więcej wina niż zwykle. W końcu poświęca się i idzie przygotować jamajską kawę.
- To fantastycznie, Scott, że poznałeś moją siostrę.
- Tak, to naprawdę fantastycznie.
- Na długo przyjechaliście? No, jakkolwiek, porywam cię na jeden dzień. Lubisz żeglować?
- Myślę, że tak.
- To dobrze. Ja uwielbiam. W każdym razie fajnie, że dałeś Adriannie trochę rozrywki. Biedna siostrzyczka!
- Biedna?
- No wiesz. Ta biblioteka i od tylu lat żadnego faceta. Masz tu swój jacht?
- Nie. Nie mam...
- Nie szkodzi. Moja łajba jest w zatoce o dwadzieścia minut stąd. Więc kiedy wracacie?
- Jutro.
- Och! Jeżeli tak, to porywam cię po kawie na króciutki rejs. Gdyby Adrianna chciała pożeglować z nami...
- Może zechce.
- Nie sądzę. Cierpi, no, to znaczy womituje. Ale oto ona. Adrianno, czy zechcesz?
Scott nigdy nie dowiedział się, czy chciała. Jacht zacumowany w zatoce kołysał się lekko w rytm księżycowej bryzy. Noc była pogodna.
- Bardzo pogodna noc - powiedział Scott dopijając szampana.
- Tak, ale wszystko wskazuje na to, że jutro będziemy mieli dobry wiatr.
- Nie mam pojęcia o żeglowaniu, Frances.
- Już blisko świt - powiedziała Frances rozpuszczając włosy.
- Wydaje mi się, że jestem skurwielem. Czy napijesz się czegoś mocniejszego, Frances? - zapytał Scott schodząc pod pokład.
- Jesteś skurwielem, Scott. Ale kocham cię.
Scott nalał sobie szklaneczkę portorykańskiego rumu. Wyszedł na górę i oparł się o aluminiową barierkę na rufie. Frances stała na dziobie i wylewała szampana do morza. Jej jasne włosy spływały w otchłań.
- To wszystko nie ma sensu. Ale i tak zawsze będę przy tobie - postanowił Scott i wyrzucił za siebie szklankę wraz z całą zawartością
- Pieprzysz, Scott, ale nigdy mnie nie opuścisz, prawda?
- Nigdy, Frances. Naprawdę nigdy.
Właśnie zabłysła gwiazda Wenus. Na horyzoncie widać było coś, czego zwykle nie widać. A od strony lądu dobiegał hałas przebudzonych ptaków. Scott zasnął, a Frances lekko się uśmiechając witała wschodzące słońce. To była bardzo długa noc.
Nigdy przedtem i nigdy później Profesor Fuhler nie wyglądała tak olśniewająco. Być może za sprawą refleksów zachodzącego słońca przebijających się przez brudną szybę przedziału jakiejś tam klasy dalekobieżnego pociągu, który ponad wszelkie wątpliwości zdążał nad morze. A może za sprawą skupionej twarzy, a szczególnie oczu. Oczu wpatrzonych w przyszłość jak Kapitol albo, bóg jeden raczy wiedzieć co.
Gdzieś pomiędzy psim swędem a kobiecą intuicją, Pani Profesor znalazła właściwy trop. Na stacji kolejowej, którą mógłby podziwiać Henry Miller, spotkała człowieka wiedzącego wszystko. Wyglądał niepozornie, ale za szklankę wódki i rozedrganego tymbalika zaprzedałby duszę, a cóż dopiero wiedzę o kursie pewnego jachtu, który ledwo co zdążył oddalić się od brzegu, aby spuścić kotwicę na wodach tak płytkich, że płytsze ledwie o dwie stopy, oznaczałaby mieliznę.
Koniec końców doszło do momentu, gdy Pani Fuhler, stojąc na dziobowym trapie wynajętej łodzi i trzymając przy ustach tubę wyszeptała coś, co brzmiałoby o wiele lepiej w świecie znacznie mniej relatywnym:
- Scott, wiem, że tam jesteś, a teraz i ty wiesz, że ja jestem tu. Mam nadzieję, że rozwiązałeś zagadkę. Bo jeżeli nie, to wyleję cię na zbity pysk. Jesteś tam, prawda?
Ani Scott, ani prawda, nie odpowiadali. Jacht należący do Frances wyniośle kołysał się na długiej fali. Urocza cisza pochlipywała wodą wyrzucaną spod kadłubów.
Profesor Fuhler miała niezbite dowody, że Scott jest właśnie tutaj. Świadczyły o tym plotki miejscowej ludności i ogólne wrażenie. Więc nie było mowy o wątpliwościach. Toteż Pani Profesor jeszcze raz przyłożyła tubę do ust.:
- Wychodź, bękarcie. Życie to nie wagary!
Mimo tak wyzywającej apostrofy cisza nie napełniła się niczym innym poza lekką bryzą, wilgotną i zapowiadającą zmianę pogody. Profesor Fuhler pozostała jeszcze jedna z dwu możliwości: abordaż albo oblężenie. To drugie wydawało się korzystniejsze posiadając ten polor naturalności, który broni nas, gdy lekko drżymy na myśl o śmieszności. Ale Fuhler nie drżała na myśl o śmieszności, a ponadto miała nieodparte wrażenie, że cierpi na chorobę morską. Fizjologia nie jest najlepszym doradcą, ale skutecznym. Z pomocą wyliniałego szypra przypominającego człowieka jak śmierć przypomina życie, Fuhler przedostała się na pokład jachtu, który zwał się Jerico i był bardzo dzielnym jachtem zważywszy, że widział, co widział. Bez zastanowienia zbiegła po małych schodkach i sprytnie unikając rozbicia głowy wsunęła się do kabiny. Przywitało ją puste szkło, tak smutne, jak ostatnia kropla tropikalnej burzy. Dopiero po chwili odnalazła w półmroku koję, a na niej prześliczną dziewczynę o wdzięcznym imieniu Frances, co jednak nie było widoczne na pierwszy rzut oka, ale dawało się wywnioskować ze splotu plotek i podszeptów. W każdym razie Frances spała słodko jakby życie to były wagary.
Frances powoli otworzyła oczy i tym samym wykonała nieśmiały krok w stronę pojmowania niepojętego świata. Na wszelki wypadek, i zupełnie intuicyjnie, zrobiła fenomenologicznie słodką minkę. Wtedy usłyszała coś czego nie miała ochoty usłyszeć i co nie bardzo nadaje się do zacytowania. W odpowiedzi rozczesała ręką włosy i pokiwała głową z niedowierzaniem. Wtedy intruz wytoczył ciężką armatę i palnął w drzwi konwersacji tak, iż te zniknęły z powierzchni porozumienia i ukazało się wielkie pole stworzone do bitwy. Sformowano szyki i wydano na prędce sklecone komendy tudzież dały się słyszeć okrzyki bojowe. I gdy już miało dojść do starcia, Frances pokutnie pochyliła głowę nad pustą butelką. Do jej wnętrza spłynęła niebieska, przyprawiona tuszem łza. Dał się słyszeć rtęciowy, studzienny dźwięk.
Było po wszystkim. Głowa Pani Profesor spoczywała na deskach kajuty wśród odłamków szkła. Strużka krwi cieszyła się życiem, powolnym, ale tak wartkim przed zakrzepnięciem. Frances parzyła herbatę. Mocną i czarną. Jedna łyżeczka dla filiżanki i jedna dla podgrzanego czajnika. Po prostu herbatka dla jednego.
- Pointa dialogu, jak los, jest nieodgadniona. Choć dialog, podobnie jak los, może być banalny. Jest tyle zdarzeń, które wydają się przewidywalne, statystycznie oswojone, obojętne na rachunek prawdopodobieństwa. Specjaliści od komunikacji przekonują nas, że istnieje jakiś modus vivendi, z którego można wydedukować pole dialogu. Tym samym zabezpieczają rację swojej kompetencji i zaraz potem układają niebezpieczne algorytmy, których skuteczność jest wprost proporcjonalna do naszej wiary w ich istnienie. Panie i Panowie! - huknął z katedry wykładowca - Powiem, jak pewien malarz wydłużający twarze kobiet: Nie rozśmieszajcie mnie, stereotyp, po prostu, nie istnieje.
W tym momencie wykładu doktora Scotta po audytorium przebiegł szept oznaczający coś więcej niż ignorancję. Był to przebiegły szept nie oznaczający nic, więc szept najzupełniej stereotypowy. Scott uniósł nieznacznie podbródek i uśmiechnął się dwuznacznie bowiem przyjęte było, że od pewnego stopnia nie należy uśmiechać się jednoznacznie. Teraz mogła nastąpić tylko anegdota.
- Proszę Państwa, niedawno miałem okazję zwiedzić pewien labirynt, którego próżno szukać w przewodnikach. Labirynt ten jest przypowieścią i poucza o istocie władzy, jaką daje odpowiednio sformułowany komunikat, gdy podaje się go we właściwym momencie i w odpowiedni sposób. Wybierając się w tę wędrówkę nie wiedziałem, że ryzykuję życiem i dlatego, najpewniej, zaryzykowałem. Z pułapki wybawił mnie przypadek, a konkretnie: nitka z pończochy. A jeszcze bardziej konkretnie: wyszedłem z labiryntu po śladach swojej żądzy. Jej Wysokość Logika abdykowała. Ale, proszę, nie wyciągajcie z tego przypadku daleko idących konsekwencji. Bowiem był to mój przypadek i moje doświadczenie. Więc w dalszym ciągu zachęcam do studiowania Arystotelesa i pojmowania dialogu w taki sposób, jakby nie istniały puszczane oczka, zsunięte majtki, zbytnio wypomadowane usta albo nielogicznie słodkie westchnienia. Szanowni Państwo! Jeżeli uśmiecha się do was los, to patrzcie mu uważnie w oczy bo być może on zniknie a uśmiech zostanie. Rzecz jasna na podobieństwo Kota z Chesire.
W tym momencie wykładu, Scott lekko ukłonił się i opuścił salę. Na dobre pół minuty audytorium pogrążyło się w absolutnej ciszy. Gdy Scott był już na schodach usłyszał aplauz, ale nie wiedział, z której sali dochodził i czy dotyczył jego wypowiedzi. Nie z tej sali i nie jego dotyczył. To był przypadek.
Po chwili szedł pustą uliczką wzdłuż koryta śmierdzącej rzeki. Na przeciw niego zdążała powolnym krokiem kobieta. Rudowłosa i nie z tej ziemi. Uśmiechali się do siebie. I w końcu się minęli. To też był przypadek.
[1] Czyli tutaj.
sábado, 13 de octubre de 2007
Suscribirse a:
Enviar comentarios (Atom)

No hay comentarios:
Publicar un comentario