sábado, 13 de octubre de 2007

JESZCZE JEDNA OPOWIESC

Było to w czasie, gdy wystawiałem twarz do jesiennego słońca na pewnej katalońskiej wyspie opustoszałej po angielskich i niemieckich wpół zidiociałych turystów i właśnie rozważałem czy stolica tego regionu nie mogłaby być dostatecznym wyzwaniem dla decyzji o emigracji. Po raz pierwszy myślałem poważnie o zmianie miejsca stałego osiedlenia, a to pewnie za sprawą frustracji, którą obdarzyła mnie moja ojczyzna. Bowiem wypełnia się ona po brzegi wszelkimi przymiotami, których nie odczuwa się zmieniając na pewien czas miejsce pobytu. Być może jest to syndrom, który kryje się za powiedzeniem, że najlepiej jest tam gdzie nas nie ma. A być może jest to zmęczenie oportunizmem i fasadowością, lenistwem i pracoholizmem, fałszywą ambicją i duchową tandetą, czyli tym wszystkim, co składa się na wizerunek pretendenta do kraju środkowoeuropejskiego, jeśli wierzyć geografii lub poglądowi włoskich piłkarzy, którzy marzą żeby zagrać w Wilnie, Wiedniu lub Krakowie. Geografii nie wierzę, choć jej służebnica kartografia wydawałoby się - za pomocą siatki odwzorowań - pretenduje do ścisłości i obiektywności. O ile wiadomo, gdzie kończy się i zaczyna Toskania, Prowansja lub Katalonia, to znacznie gorzej jest z Europą bo wątpliwości rozpoczynają się od Przylądka Sitges, z którego skał w fale oceanu patrzy duch Henryka Żeglarza, a kończąc na Kaukazie, gdzie boleśnie cierpi wątroba Prometeusza. W innej wersji obiekcje pojawiają się na Końcu Świata usytuowanym w Kornwalii, a znikają na dawnej granicy Cesarstwa Rzymskiego, gdzie Gruzini i Ormianie uprawiają winorośl, na co klimat nie pozwala już Azerom. No i tak można w nieskończoność albo w jej ponure okolice. Co do piłkarzy marzących o środkowej Europie skłonny jestem podejrzewać ich o inne motywacje, choć z całkiem starożytną proweniencją, jeżeli należy do niej łatwość łupu. Tymczasem Katalonia jest beztroska. Mieszkańcy, nie wyłączając emigrantów, kończą swoją pracę, mniej lub bardziej twórczą, biorą prysznic i ruszają do miejsc, gdzie serwuje się wino i owoce morza, tańczy i śpiewa, a przy rozmowie niekoniecznie opluwa kolegów. Miłość jest spontaniczna, rozleniwienie naturalne, a ambicja ogranicza się do osiągnięcia sukcesu w sensie tak samo dalekim od amerykańskiego jak i naszego ojczystego, choć te dwa modele odległe są od siebie jak niebo i piekło motywacji. Tylko zazdrość jest tutaj silniejsza niż gdziekolwiek, ale też bardziej oczywista. Rozbrzmiewa jak ole! na corridzie. Kto wie, czy to nie lepsze niż syknięcie w rogu knajpy: suka. Na wszelki wypadek proszę koleżeństwo emigrantów, bądź co bądź artystów ze Śląska żeby podrzucili mi rodzimą prasę. A to, żebym się nie odzwyczaił lub szybko nawrócił. Następnego dnia dostaję paczuszkę szmatławców wybranych według przypadkowych kategorii określonych przez ziomków. Zwracają uwagę kolorowe biuletyny będące doraźnymi bedekerami po naszej słodkiej okolicy. Ilość prowizorycznych atrakcji jest zdumiewająca, ale skoro jestem daleko i skoro nie ma innego wyjścia rozsmakowuję się w felietonie traktującym o moim rodzinnym mieście. Rzecz jest smakowita bo traktuje o lafiryndach wystających wzdłuż znanych mi ulic. Zaburzają one porządek etyczny, estetyczny, architektoniczny i jeszcze chyba jakiś. Na pewno porządek. I wtedy coś we mnie się trwoży, coś buntuje. Zdobywam się na gest, odwracam twarz od katalońskiego słońca. Pradawnym słowiańskim zwyczajem stawiam zgromadzonym tutaj w beztrosce butelkę rosyjskiej wódki i oznajmiam wszem i wobec, że życzę dobrej zabawy i tym podobnych, ale wracam do siebie. Na szczęście nikt nie zadaje zbędnych pytań. Wódka znika, a rozpoczynają się tańce i śpiewy. Następnego dnia, bez przywileju kaca, ale w poczuciu obowiązku, ląduję w Pyrzowicach. Będę szukał straconego porządku. Spojrzę na mój świat innymi oczami. Szare miasto, od czasu do czasu błyskotliwie puszczające oko do przybysza mgnieniem neogotyku i secesji, zakrytych, odkrywanych, jak kto chce, poprzecinane wstęgami kartonowych reklam i sztafażem szkła i aluminium. Rozgoryczone bardziej Stalinem niż Hitlerem. Od strony międzynarodowego portu lotniczego wyjeżdża się Gierkiem pełną gębą, mija się miasto słynące niegdyś z niezwykłej ilości burdeli zatrudniających robotnice, które nie znalazły roboty. Sprzeczność nie mająca ni mniej, ni więcej uroku niż każda inna. Znam ulice, gdzie przy krawężnikach udeptują chodnik niemal całodobowe motyle rozkosze lub środowiska mikrobiologii, jak chcą niektórzy, pragmatyczni. Ale gram swoją rolę. Rozpytuję się tu i tam. Wszyscy wiedzą. Kiedy pytam starszą panią na przystanku tramwajowym, bije mnie torebką, jakby tym wątłym skóropodobnym przedmiotem można odgonić diabla. Pytam taksówkarza, a ten uważnie patrząc w lusterko lustruje mój, muszę to powiedzieć, nieskazitelny ubiór, proponuje agencje towarzyskie lub kluby nocne, ale ja odpowiadam, że jest godzina 15.00 i chcę na ulicę. Z rozżaleniem wiezie mnie w pobliże uniwersytetu. Tutaj udaję dziennikarza i pytam mieszkańców. Statystycznie są oburzeni, bo dzieci patrzą, bo brudno, bo burdy na ulicach, bo ruch w nocy. Gdybym udał rzecznika praw uliczno-kurewskich odpowiedziałbym dyplomatycznie: Państwo mieszkacie w domach położonych wzdłuż dwupasmowej drogi wylotowej nie odgrodzonej ekranami dźwiękochłonnymi, więc poziom decybeli od tej strony pewnie jest bardziej uciążliwy. Do niedawna mieszkaliście na przeciw kopalni i nie były wam w głowie protesty, choć może dlatego, że byty zakazane. Brud jest wszędzie, a dzieci widzą i pytają, a wam jest trudno wychowawczo odpowiedzieć. Jak na wiele innych pytań, na które nie lubicie odpowiadać pociechom. Cynizm i nieskrępowana manipulacja wzięta prosto z Urbana, którego Nie większość z nich czyta w ubikacjach. Nieliczni przyznają, że przynajmniej jest na co popatrzeć. Mówiąc jednak poważnie, dzielnica mieszkaniowa i uniwersytecka to niedobry wybór. Świadczy o poziomie stręczycieli i choćby z tego względu zasługuje na ściganie przez organy. Z kolei skuteczność organów świadczy o ich motywacjach. Śmiało mogę im odstąpić rolę rzecznika. Wreszcie pytam znajomego kucharza, co sądzi o tutejszych ulicznicach. W końcu człowiek zna życie od kuchni, jest młody, więc pewnie kompetentny. A kucharz pochlipując przy krojeniu cebuli, a z drugiej strony łakomo się uśmiechając, mówi: a jak już nie ma co robić, to pojedziemy z kolegami i popatrzymy, frajda jest. No to pytam, jakbym nie widział, czy jest na co patrzeć. A jak szefie, szkaradne i seksowne, różne, jak w życiu. W końcu wybieram się na ulicę, która łączy uniwersytet i izbą skarbową. Rzucona j między cmentarz a bibliotekę rozdziera to miejsce na strzępy. Tutaj, po zmroku, rozk-1 witają motyle nocy. Kogo mam teraz zapytać o zdanie, czyjego rzecznika udawać. J Zmarli nie chcą mówić, ale domyślam się, że nasza i ich pamięć, bardziej cierpi od j hien cmentarnych rozkradających kwiaty i znicze, niż od tego, co dzieje się za ICH murami. Czytelnicy, pogrążeni nad lekturami, są tak samo wymowni. Bank odpowiada szemrzącą fontanną i blichtrem. Kogo mam pytać? Przypominam sobie felieton czytany na katalońskiej wyspie i mam trochę obaw. Tylko trochę, prawdę powiedziawszy niewiele. Jest wczesny wieczór. Zatrzymuję samochód, swój tym razem, choć na obcych rejestracjach i pytam, czy możemy f pojechać na kawę? Spodziewam się najgorszego, czyli coś w rodzaju obijania torebką, wymyślania od zboczeńców czy też podania cennika. Ale nic z tego. Motyl, bezradnie rozkłada bezradnie skrzydła, wsiada do samochodu, patrzy mi w oczy i mówi: nie wyglądasz na wariata, mów o co ci chodzi. Chcesz, to pojedziemy na wagary, to znaczy na tę kawę. Patrzy na mnie trochę smutno i zmienia formę: jest mi zimno i jest mi wszystko jedno, nich pan jedzie gdzie chce, pewnie napisze pan raport o prostytucji albo coś w tym rodzaju. Ja też zmieniam formę czy: coś w tym rodzaju, proszę pani. No i jedziemy. Witold Izdebski Wybieram miejsce, gdzie serwują świetną kawę, gdzie miejscowi wyznaczyli sobie deptak w pasażu, gdzie wszyscy wszystkich widzą, gdzie sernik jest zajebisty (cytuję, bo nie próbowałem). Siadamy, zamawiamy, zapalamy papierosa. Jak chcecie żeby miała na imię? Może być Iza? Iza mówi, że albo jestem pieprznięty, albo jestem dziennikarzem. Na wszelki wypadek nie odpowiadam. Przez kwadrans rozmawiamy o ludziach, których obserwujemy i którzy obserwują nas. Ale zawodowa kontuzja musi być. Iza pyta o co chcę zapytać i co z tym zrobię. Odpowiadam, że chciałbym to opisać, a najbardziej to, jakie pytanie chciałaby usłyszeć od takiego faceta jak ja. Śmieje się i mówi, że jeżeli usłyszałaby pytanie, dlaczego to robi, to odpowiedziałaby, że chciałaby tak samo jak ci, z których się śmiejemy, iść na zakupy i wrócić z pustym lub pełnym koszykiem, ale iść jak na promenadę miejską, bestrosko, najzupełniej beztrosko (w tym momencie chciałem coś o Katalonii i nawet powiedziałem, ale nie powiem co). No i chciałaby, żebyśmy się poznali na wagarach i pili kawę, palili papierosy, jedno z nas jadło sernik, ale żeby to byty wagary, a nie ta wątpliwa autostrada prowadzącą do wątpliwego nieba, to twoje pieprzone wyjście ewakuacyjne. W Katowicach polecam Muzeum Śląskie, jakiś teatr, kabaret na pewno sernik, panoramę Tatr widzianą z Parku Kościuszki pół wieku temu dzięki odbiciu w chmurach, l odrobinę refleksji zanim podniesiecie kamień. Witold Izdebski urodzony w 1962 roku, psycholog śródziemnomorski, znawca win świata, dyrektor artystyczny Teatru Cogitatur.

No hay comentarios:

Publicar un comentario