viernes, 13 de octubre de 2006

SALSA NA ŚMIERĆ KOCHANKÓW

Historia wiarołomstwa jest nie lada księgą. Nie darmo Iwan III podpisał się pod swoim testamentem „bardzo grzeszny sługa Boży”. Nie każdy mógłby rościć pretensje do tytułu cara, ale ilu mogłoby sobie odmówić tytułu widniejącego pod zapisem ostatniej woli moskiewskiego autokraty. Chyba tylko rzesze ateuszy, którzy przebierają nogami w Czyśćcu, o ile nie przesuwają nerwowo palców po paciorkach różańca. Tylko dobry bóg raczy wiedzieć, jak się sprawy mają. Dość jednak powiedzieć, że nie kto inny, jak rzeczony hegemon zrezygnował z koronowania swojej głowy przez papieża, choć dałoby mu to splendor tak potrzebny w politycznym marketingu świata Zachodu. Uznał to jednak za wiarołomstwo wobec dumy Moskali. Tak powstał „Trzeci Rzym”.

Pojęcie zdrady jest pojęciem – choć niezwykle użytecznym – to przecież chromym. Bo zdrada jest prawie niemożliwa. Przejście na stronę nieprzyjaciela jest tylko zmianą poglądów lub przynależności A wtedy wszystkie nasze wzorce diabli wzięli. A przecież nie wzięli.

Pouczająca będzie historia niejakiego Jose Carlosa Sobriny, kubańskiego poety żyjącego. choć w epoce nowożytnej, bo w latach osiemdziesiątych XX-ego wieku, to przecież w miejscu reliktowym, a zarazem kultowym dla wielbicieli rewolucji spod czerwonego sztandaru. Rzeczony Jose Carlos licząc sobie tyle lat, ile Rimbaud, gdy pisał „Statek pijany”, należał jeszcze do stowarzyszenia ultraliberalnych artystów, którzy zwykli spotykać się pod osłoną nieba w nędznej dzielnicy Hawany, aby w świetle świec i przy dźwiękach salsy, gdy jeszcze nie miała dobrych widoków na o wiele późniejszą karierę medialną, ściszonym głosem dzielić się poematami i balladami. Sztuka, którą się raczyli przeplatając wcale niezłym rumem była namiętna, jak głosy Ferlinghettiego i bitników, przesycona do bólu pragnieniem wolności i powinnością buntu. Ileż takich zgromadzeń widziała historia, ile płonących oczu przebijało mrok, aby wykrzesać iskrę nadziei w imię własnych planów poświęcając nie raz dla sprawy swoje życie, które w oportunizmie mogło płynąć gładko, choć służalczość, z wyjątkiem pewnych natur, wcale nie jest komfortowa. Ex definitione.

Stowarzyszenie, z którym złączył się Sobrina nie miało żadnej nazwy ani klarownego manifestu. Mimo to nazywano ich El Sol i odczytywano poglądy jako ultraliberalne, a metody planowanej walki o zadośćuczynienie marzeniom uznawano za radykalne. Ci, którzy o nich wiedzieli, ściślej ich definiowali niż by sobie winszowali. Bo w gruncie rzeczy, każdy z nich był inny. Różnili się w poglądach na sztukę, poszukiwali różnych wzorów. Byli tacy, jak gitarzysta Alvarez, który nie miał żadnych specjalnych sądów poza nutami, których zapisu nieświadom, zwykł grywać w szczególnej aurze melancholii od zmierzchu do świtu. Jego przyjaciel Luis pisał krótkie eseje, pod którymi podpisałby się niejeden nihilista, a pewnie uczyniwszy to, zląkłby się samego siebie i podwinął ogon. Agnes pisała wiersze w rytmie marszu, prowadzące gdzieś przez pola trzciny, kanarkowe plaże w stronę nieskończoności, gdzie Indianie palili haszysz przenoszący w bezkres wolności i miłości. Wreszcie Sanchez szkicujący na własnoręcznie czerpanym papierze, barwionym na kolor czerwonej ochry Ikary i Anioły w manierze bardziej frankońsko - kalabryjskiej niż jakiejkolwiek innej. W ciężkie wilgotne noce zbierali się w niewielkim mieszkaniu starej Macareny i bez reszty wypełniali powietrze śpiewną recytacją, nostalgicznym śpiewem, kłótniami, śmiechem, ledwie co pozostawiając miejsca na dym cygar i coraz szybsze rumowe oddechy. Szczególnie, gdy przed świtem tańczyli na bosaka rozgrzeszając różnice zdań w transie salsy. Tacy to byli ultraliberałowie. Budziła ich brązowa yerba mate i placki z kukurydzy, jedne z cudów Macareny, którą czcili jak Matkę Boską Płaczącą. Ale ona wiecznie się uśmiechała, bo byli jej wolnością. Tyle jej było do zbawienia.

Ludzie z El Sol byli piękni. Stworzyli wyspę na wyspie. I chociaż ich radykalne poglądy nie miały specjalnych widoków na przemienienie się w czyn, to przecież panujący tu system nie mógł ich tolerować, gdy zostały już dostrzeżone czy wyśledzone, jak pewnie trafniej będzie powiedzieć. Ale zamiast funkcjonariuszy w ciemnych okularach, którzy tutaj pukają między czwartą a szóstą, czyli w porze salsy, w drzwiach mieszkania Macareny stanęła Dolores Diaz. Była piękna, młoda, ubrana w krótką białą płócienną sukienkę. Po prostu zwabiła ją muzyka i zapytała, czy może potańczyć. Pewnie w każdym innym przypadku zostałaby odesłana w diabły lub przynajmniej na ulicę, którą rozjaśniały pierwsze promienie słońca. Ale jej uroda i wdzięk sprawiły, że dopuszczono ją do zabawy. Trudno powiedzieć, jaką rolę odegrał w tym El Ron de Cuba.

Gdy słońce Karaibów paliło szaro białe ulice i gdy herbatka z plackami została spełniona, Juan Carlos ofiarował się, że odprowadzi ją do domu. Okazało się, że miała rower, ale nie odmówiła, gdy zaprosił ją na wieczorny spacer. Mieli spotkać się o ósmej na plaży koło baru La Luna. Ale już koło wpół do piątej było wiadomo co się święci, gdy Jose Carlos wziął prysznic, starannie się ogolił i wyciągnął z szafy amerykańską koszulę, której wartość trudno przecenić w tym miejscu na południe od Florydy. Nawet on sam zauważył, że jego toaleta trwa o dwa wieki dłużej niż zwykle. Do tego jeszcze czuł, że jakiś kwiat rozkwita mu w żołądku, a każdy nienapisany wiersz ma tytuł „Dolores”. Wszystko było jasne.

Rozmawiali o tym i owym. Szli plażą dwa kroki od siebie i wydawało się, że będą tak szli i szli. Gdzieś około północy Juan opowiedział jej o powieści Denona „Bez przyszłości”. Tylko w tytule zamykała się diagnoza miejsca, w którym żyli. I właśnie wtedy, najzupełniej niespodziewanie Dolores pociągnęła go za ramię i pocałowała w usta. Jak na starym dobrym europejskim filmie. Usiedli na piasku i patrzyli w morze, za którym – gdzie by nie spojrzeć – było inne życie. I gdy już wystarczająco pomilczeli, ona uśmiechnęła się i trochę na przekór wszystkiemu wyszeptała: Wiesz, Jose? Jestem komunistką.

Widać było, że nie był na to przygotowany. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i wyraźnie widział czapkę Che Guevary. Tak, tę z czerwoną gwiazdą pośrodku. I wtedy ona, prawie szepcząc, opowiedziała mu o jednym z listów Antonio Gramsciego. Wtedy już wiedział, że kocha ją ponad wszystko. A szczególnie ponad idee, które ciężkimi buciorami waliły w bruk wystukując poemat rozpoczynający się od lewej nogi, a kończący strzałem w tył głowy. Bo miłość nie zna granic albo nic o nich nie wie.

Ich historia była prosta i nie różniła się w żaden szczególny sposób od tysięcy innych romansów, nic sobie nie robiła z przeszkód, które pokonywały córki gwelfów rzucając się w ramiona gibellinów, a nawet wdzięczne anielice poddające się mrocznemu urokowi diabła, choćby ten był zaledwie niskim urzędnikiem w swoim stanie. Wszak jeśli dysponował ziemską powłoką, hardą postawą, mrukliwym głosem i jeszcze na dodatek mieszkiem złota. Szukali towarzystwa, aby pokazać gorące pocałunki i ukradkiem przesyłane spojrzenia, jeśli rozdzieliła ich zbyt duża przestrzeń wypełniona tańcem i dymem, unikali towarzystwa, aby samolubnie dzielić się tym, co im tylko zostało przyrzeczone. Życie miało niepowtarzalny smak i urok niekwestionowania. Lekko pachniało potem i różami. Brzmiało jak kancona w dyscyplinie sonetu. Do czasu, gdy ciężkie metrum marsza nie wydobyło się spod zmysłowej powłoki obłoków, aby w ostatecznym końcu wydrapać na murze sześć stóp daktylicznych zbliżających ludzi do bogów. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Pewnego poranka, gdy słońce drapało skórę bardziej, niż to miało w lokalnym zwyczaju, Jose i Dolores, siedzieli w cieniu pomarańczowego drzewa i kosztowali swojej namiętności przeplatając ją rozmową. Dopóki mówili o rzeczach błahych, demony spały, choć do pory sjesty brakowało paru bez mała godzin. Aż Dolores, najzupełniej niespodziewanie, powiedziała swoim jedwabistym głosem:
- A co by było, gdybyśmy stąd wyjechali, spróbowali innego życia, poznali świat, o którym słyszeliśmy, czytali. Co by było, gdybyśmy zawiedli naszych przyjaciół i towarzyszy. Czy myślisz, że można o tym myśleć?
- Tak, można o tym myśleć – odparł po krótkim namyśle Jose – Ale stąd nie można tak po prostu wyjechać, o czym dobrze wiemy. Ale można stąd uciec. Tylko, co na to powiedzą twoje sztandary i jak zabrzmią moje wiersze. Nie wiem, ale dla ciebie byłbym gotów zaryzykować. A ty?
- Ja? Oczywiście, że nie, głuptasie – jej szczupłe palce zmierzwiły mu włosy – Tu żyjemy i tylko tu jest miejsce prawdziwej rewolucji. Ale czasami wyobrażam sobie inne miejsca i inne rewolucje. Nie wiem, czy wolno mi tak marzyć i o to pytałam. A skoro pytam o to, to jeszcze zapytam, czy nie zechciałbyś przyłączyć się do nas. Więcej byłoby naszego życia, więcej wspólnych spraw i w ogóle wszystkiego. Powiedz Jose, nie zrobiłbyś tego dla mnie?.
Milczenie trwało i trwało, choć nie dłużej niż sześć fal rozbitych o brzeg. Tylko Jose odczuwał je dotkliwie. Ona była spokojna, cierpliwa i piękna. I to było przyczyną tego wszystkiego. Spróbował jakoś z tego wybrnąć:
- No, a co z nocami u Macareny?
- To jest narkotyk. Powinieneś to rzucić. Wtedy będziemy mogli tańczyć i w dzień, i w nocy, bez przerwy. Gdzie zechcesz i kiedy zechcesz, a twoje poematy będą śpiewali wszyscy, a nie kilkunastu małodusznych samolubów, którzy, jak smarkaci poeci piszący do szuflady, albo boją się pokazać, bo są niczym, albo są kimś i okradają innych ze swoich talentów. Rozumiesz to, najdroższy? – pogładziła go po policzku i pocałowała. Po plecach przebiegł mu dreszcz. Więcej nie rozmawiali.

Na spotkaniu u Macareny widzimy ich jeszcze tylko raz. Więcej piją i więcej tańczą. Nad ranem Jose śpiewa balladę, po której zostaje cisza, zaciśnięte usta i trochę łez. Mija parę tygodni i Jose czyta swoje ultraliberalne poematy na wiecach gromadzących tysiące ludzi. Nie zmienia w nich ani jednego słowa. Ani jeden kompromis nie jest mu zadany. Widzi, przez mgłę z kropel potu zalewających twarz – bo teraz musi niemal krzyczeć, co jest nie lada wysiłkiem dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do szeptu – twarze tych stłoczonych w pierwszych rzędach, twarze ludzi wolnych. Zaciśnięte usta i łzy. Teraz wie, że dokonał słusznego wyboru.

Kiedy po tym wszystkim maszeruje z Dolores do ich niewielkiego mieszkanka przy calle de la Habana, i ludzie rozpoznają go, i pozdrawiają, jest naprawdę szczęśliwy. Gdy są już u siebie, padają z wycieńczenia na łóżko przykryte moskitierą. Nie mają siły na miłość, bo cały dzień żyją miłością.

Jose jest teraz naprawdę zapracowany. Na tyle, że nie wie, że mniej więcej pół roku po ostatniej salsie zatańczonej u Macareny, gaśnie słońce El Sol. Takiej jednej grudniowej nocy, pomiędzy drugą a czwartą, do drzwi pukają posłańcy entuzjazmu. Nie ma mowy o żadnej awanturze. Wszystko odbywa się sprawnie i po cichu. Parę zduszonych głosów wygłasza niedorzeczne deklaracje. Utrzymane w tonie ultraliberalnym. Minie jeszcze pół roku, gdy stara Macarena, wypisze na murze heksametrem swoich kruchych paznokci epitafium dla poety, który odszedł. Niezgrabne, łamiące metrum i lekko zakrwawione. Ale jednak heksametrem. Sześciu fal, które rozbiły się o niedorzeczne rojenia.

Tyle opowieść. Nikogo nie obchodzi, że Jose i Dolores, parę lat później przedawkują racząc się specyfikiem z tego czy tamtego brzegu, na który, być może, patrzyli. Odejdą szczęśliwi nie mając nic na uwadze, ani sztandarów, ani wilgotnych murów. Zapatrzeni w siebie, zmienią poglądy w sposób najzupełniej racjonalny. Bo miłość nie zna ograniczeń. Albo nic o nich nie wie.

No hay comentarios:

Publicar un comentario