viernes, 13 de octubre de 2006

NOC WE FLORENCJI

Margaret Weiss była bez wątpienia kobietą niezwykłą, bo czy można sobie wyobrazić niemiecką malarkę mieszkającą we Florencji w pokoju na poddaszu, dorabiającą w nocnym barze jako kelnerka, a na dodatek pilną słuchaczkę wykładów z historii mody. Może jest to do pomyślenia. Jak również jest do pomyślenia, że jest wysoką, szczupłą brunetką o piwnych oczach, nogach dłuższych od przyzwoitego wyobrażenia o nogach i w ogóle o urodzie przekraczającej granice teorii poznania. Jakby tego było mało, panna Weiss ma charakterek, który sprawia, że mężczyźni trzymają się od niej z daleka bowiem ilość sarkazmu i ironii przypadających na minutę męskiej odporności jest bardziej bolesna od potężnego kopa w tyłek. To nie ułatwia jej życia lub ułatwia jej życie w zależności od okoliczności. Rzecz w tym, że Margaret nie dba o okoliczności, gdyż jej zdolność do kompromisu błąka się w okolicach bezwzględnego zera.

Budzi się codziennie o godzinie dziesiątej. Szybki prysznic, gimnastyka, spacer przez pobliski park, wreszcie śniadanie w bistro: drożdżówka ze słodkim serem na gorąco, kawa, papieros i jakikolwiek tygodnik kulturalny. Potem trzy godziny malowania niezależnie od natchnienia, więc czasami mozolne dobieranie pasteli, aby uzyskać ulubiony efekt składający się z tła gwieździstej nocy i postaci w kwiatowych sukniach zagubionych we własnym śnie. Margaret nie zna odstępstwa od porannej reguły i od jednego obrazu, który maluje przez całe życie. A jest to obraz, który nie przedstawia nic poza lunatyczną ucieczką przed życiem, którego nie zna i które jest, o ile jest. Wczesnym wieczorem siada na murku w pobliżu Ponte Vecchio i czeka, aż przyjdzie do niej Alighieri. A ponieważ nie przychodzi, ubiera swoją słodką służbową spódniczkę i nie bez goryczy patrzy w oczy tych, którzy zamawiają kieliszek wódki lub kieliszek czegokolwiek. Zawsze jest tak samo.

Jednak pewnego styczniowego poranka nie ma bułeczek z serem, a ekspres do kawy jest zepsuty. Na dodatek dosiada się schludny młodzieniec o urodzie pretendującej do miana transwestyty i bezczelnie twierdzi, że ma u siebie drożdżóweczki z serem i doskonała kawę, i mieszka nieopodal. Panna Weiss rzuca na niego roztargnione spojrzenie i odpowiada trzeźwo:
- Mam ochotę na lasagne. I zieloną sałatę w sosie czosnkowym. Chcę też, żeby zaraz była noc. Jak będzie noc, to pójdę z panem.

Był pogodny mroźny dzień. Wróciła do siebie i zamówiła pizzę Le Quatro Stagioni. Potem wypiła kieliszek sherry. Zasnęła i spała cały boży dzień. Obudziła się dopiero, gdy był najwyższy czas, aby biegnąć w te pędy do baru. I pobiegła. I było, jak zwykle, bo zawsze w nocnym barze jest tak samo. Tylko tym razem przydarza się jakiś jednowymiarowy nudziarz usiłujący namówić ją na kieliszek grappy. Około czwartej, czyli w porze zamknięcia lokalu natręt o twarzy bielszej niż trupie odcienie bladości szepcze jej do ucha Kupiłem wszystkie pani obrazy, a pani nawet nie chce poświęcić mi chwili. To bardzo przykre, Margaret, naprawdę bardzo. Dziewczyna podaje mu płaszcz i łagodnie wypraszającym gestem wysyła go w mrok gęstej nocy. Nad ranem miasto jest spokojne.

- Panno Weiss, sprzedaliśmy wszystkie pani obrazy. Proszę zajrzeć do nas i odebrać pieniądze. Telefony tej treści budzą ją nieco wcześniej niż zwykle. Dzwonią ze wszystkich galerii, gdzie oddała swoje dzieła w komis. Już wczesnym popołudniem jest na tyle zamożna, że nie musi myśleć o pracy w barze. Niestety, nikt nie mógł jej powiedzieć, kto jest kupcem, choć we wszystkich przypadkach była to kobieta o delikatnych rysach, bardzo elegancka i podobno nieco staroświecka w obyciu, choć młoda. Margaret decyduje, że jeszcze przez tę noc będzie pracowała, najpewniej mając nadzieję, że odwiedzi ją blady zwiastun niespodziewanej fortuny. Jednak nic takiego się nie zdarza.

Margaret siedzi przed sztalugami. Kolory nie układają się, a puste płótno odbija jej zakłopotany cień. I tak jest od paru tygodni. Nienamalowane medytacje wysnuwają melancholijne konkluzje, które naprawdę nie są żadnymi konkluzjami. Czy rzadko zdarza się, że nie jesteśmy tacy, jakbyśmy chcieli? Mniejsza o to. Mija jeszcze parę dni i malarka Weiss siedzi nad brzegiem rzeki z butelką Montepulciano d’Abruzzo. Jej poszarzała twarz jest zdumiona, ale mętna woda nie odbija wizerunku. Jakby żaden obraz nie był już możliwy.

W końcu nadchodzi lato i zmienia tożsamość miasta przydając mu charakteru, którego nie ma, pospolitego wyrazu odszukanego w byle jakich bedekerach. Noce są krótkie i bezsenne, czyli długie. Mury i bruk zbyt nagrzane by dawać ochłodę. Pizza jest beznadziejna, o ileż mniej wykwintna niż w Berlinie a przyjezdni poeci brudni i nieogoleni. Biedna Margaret przechodzi przez stary most i nie wiadomo dlaczego, postanawia kupić sobie pierścionek. Taki z głupawym rubinem. Sprzedawca, nad wyraz staranny i pachnący wodą różaną, patrzy uważnie w jej piwne oczy i nieśmiało, czy też bezczelnie doradza lub odradza Panienka wybrała tę tandetę przez roztargnienie, jak mniemam. Jeśli wolno, doradziłbym ten oto skromniejszy opal. Jest mniej gadatliwy, a więcej mówi. Albo nie mówi nic. Jest jak płótno naciągnięte na sztalugi. Można z nim wszystko zrobić, ale można z nim nie robić nic. To zależy od światła. Margaret nie słucha. Wydaje jej się, że gdzieś go już widziała. Na wszelki wypadek odsyła go w diabły i kupuje pierścionek z rubinem. Jest wtorek.
Gdy dzień zrównał się z nocą, Margaret Weiss była bliska szaleństwa. Nie widziała w życiu nic sensownego poza malowaniem obrazów, ale obrazy nie chciały się malować. Zamknięto jej wrota, które z łatwością otwierała nawet, gdy umysł był ociężały, a dusza wcale nie lotna. Do pewnego momentu wystarczył upór i ta doza zawziętości, która pozwala konsekwentnym tropicielom iść po śladach, co nie zostawiają ani zapachu ani dość przekonującego kształtu. Oto jest pustynia, a na niej wędrowiec, który nie umie czytać gwiazd, w bukłaku ma zaledwie dwa łyki wody, a wiatr zwiastuje nadchodzącą burzę i śmierć zawsze pewną, ale teraz rychłą i niestety powolną. - mówi do niej ktoś, kto usiadł za jej plecami na trawniku ogrodu, po którym niegdyś przechadzała się bezwzględna historia nazwana później odrodzeniem, historia obfita w płótna i freski, nie znająca kompromisu i ułomnie zdająca sprawę z lekcji moralności. Widzisz, panie nieznajomy, przypowieść zawsze chce mieć rację i prawie zawsze ją ma. Ale racja jest zbytkiem, gdy nie ma konsekwencji. Tak jest i z twoim obrazem. Jednak ciekawi mnie, skąd ta adekwatność? - Margaret odpowiada patrząc w swoją stronę. Nieznajomy nie czeka z odpowiedzią: Adekwatność może być dziełem przypadku lub wiedzy. To też odróżnia od siebie przypowieści. Namaluj moją, a otrzymasz sowite wynagrodzenie. Jeśli masz talent, nie zwlekaj, a jeśli znasz rzemiosło, kup sobie butlę z Montepulciano i zważ, ile go masz. - kończąc podał dziewczynie butelkę podłego wina stołowego. Ona wciąż nie patrząc na niego pociągnęła łyk i poczuła, jak ogarnia ją uczucie otuchy. Łyk cierpkiego cienkusza dał jej słodycz, którego ani się spodziewała, ani domagała. Czy naprawdę chcesz, żebym to namalowała? Miły głos przytaknął i słychać było jak nieadekwatnie siorbnął. Margaret roześmiała się i zaraz potem odwróciła, aby zobaczyć z kim rozmawia. Nie było za nią nikogo

Malowała do rana. Ze starannością i uwagą napiętą do granic możliwości. Jej piwne niemieckie oczy były szeroko otwarte. Z ulicy dochodził gwar pospolitego świętowania. Nie zważając nań, dobierała piaskowe kolory, aż płótno zaciągnęło się pustynną burzą o przejrzystości waty cukrowej i wirem, który był namiętnością i klęską. Przenikliwy wzrok doszukałby się śladów na piasku, śladów kogoś, kto umknął w ostatnim momencie i być może jest bezpieczny.

Kac obudził ją w południe. Na sztalugach rozciągało się puste płótno, do którego ktoś wpiął dorodną czerwoną różę i bilecik. Odręczna kursywa niedbale oznajmiała To jest ostatni dzień twojego życia. Wykorzystaj go. Mógł to być ponury i okrutny żart. Mogła to być sokratyczna psota. Mogło to być jakieś absurdalne nieporozumienie. I niestety mogła to być trudna do uwierzenia przepowiednia, prawdziwa i doskonale wymierzona, jak sztylet zmierzający do serca. Jakkolwiek racjonalne były poglądy Margaret na życie, śmierć i te wszystkie sprawy, to wszystkie one wnet ją opuściły zapisując się w niezbyt ważnej księdze teorii. Teraz istotne było tylko jedno pytanie Co robić? Co robić? Nawet, gdy siedziała już w pobliskim bistro i mocno ściskała w ręku szklankę z poczwórną whisky pytanie narzucało się nie mniej niż namolny gość. Tak mogło to trwać w nieskończoność. Ale nie trwało.

Panna Weiss wróciła do swojej pracowni. Zdjęła letnią sukienkę, naciągnęła bladoniebieskie dżinsy, w których jej nogi zdawały się być dłuższe niż były, choć to przecież niemożliwe. Założyła białą bawełnianą koszulę i sięgnąwszy po paletę i pędzel zaczęła wykorzystywać ostatni dzień swojego życia. Szybkim ruchem zamalowała złowróżbny napis, bo już od początku wydał jej się zbyt dydaktyczny i rozpoczynając od ogórkowej zieleni poprzez wesoły pomarańcz doszła do błękitu, który był jaśniejszy od paryskiego i nie wiadomo dlaczego przygnębiający. Przez dłuższą chwilę przyglądała się filuternie tej niespodziewanej mieszaninie i zaraz starannie wyciągnęła kształt postaci, jakby szkicowanej węglem, ale naprawdę narodzonej z rozmazanego grafitu. Była to mała dziewczynka wymachująca torbą z bagietkami maszerująca po kałużach, w których niedbale odbijał się świat, jakiego nie było. Bezkształtny, radosny i zanikający. Kiedy skończyła, było już dobrze po południu.

Na bosaka, trzymając oburącz nie wyschnięte płótno pobiegła do najbliższej galerii. Położyła obraz przed wypłoszowatym żydowskim marszandem i zażądała gotówki. Blady typek z przydługimi bakami, ani trochę Toskańczyk, spojrzał na obraz i udając, że mierzy jego artystyczną głębię, przesuwał w głowie liczydło wyliczając zyski, jakie przyniosła mu ostatnio sprzedaż obrazów panny Weiss. Otworzył usta, jakby chciał się targować, ale spojrzawszy w chore oczy artystki natychmiast odliczył nieprzyzwoitą ilość banknotów. Obraz był naprawdę niesamowity.

Od zachodu nadciągały chmury rozciągnięte jak twarze Modiglianiego. Wiał ciepły silny wiatr. Pachniało deszczem. Restauracje zapełniały się zapobiegliwie, a na ulicach pustoszało. W końcu zaczęło lać. Margaret wcisnąwszy zwitek banknotów w tylną kieszeń dżinsów Trussardiego przeskakiwała wciąż na bosaka przez kałuże. Mokre włosy przyklejone do policzków. I jakiś taki niepospolity uśmiech, który być może przydarzał się Giacomo Leopardiemu, gdy kończył moralizować. Patrząc na nią można było spróbować nic nie rozumieć. Ale nikt nie patrzył.

Margaret przekręciła klucz w zamku, raz i drugi. I jeszcze parę razy. Zamek najwyraźniej zaciął się i drzwi ani drgnęły. Krople skapywały na wycieraczkę. Wściekła, zaczęła przeklinać na głos, jakby wśród tego brudu mogło się znaleźć jakieś szczęśliwe zaklęcie. Wreszcie dała spokój i bezsilna przycupnęła na schodach. Patrzyła z rezygnacją w szklaną rozetę, po której bębnił deszcz, a jego rytm nie składał się w nic sensownego. To wzbudzał się anachronicznymi solówkami w stylu Ringo Starra, to wyciszał jak Billy Cobham ustępując pola bocznemu wiatrowi. Margaret wtuliła głowę w kolana i próbowała powstrzymać płacz. Gdyby nie kroki na parterze, pewnie by się nie udało, ale oparła się o mosiężną poręcz, pochyliła głowę i zapytała przez ściśnięte gardło Jest tam kto? Stukot ciężkich buciorów zbliżał się.. Powoli zaczęła się wycofywać i co raz ponawiała pytanie. Buciory były coraz bliżej. Nie wiadomo, czy po skroniach spływały jej krople z mokrych włosów czy też był to pot, posłaniec strachu.

Najpierw kopnął ją w brzuch i opluł. Nie miał więcej niż osiemnaście lat. Twarz bez wyrazu, włosy na jeża w kolorze liliowego bzu, trądzik na czole. Był silny i wysportowany. Kiedy próbował zdjąć z niej nadzwyczaj opięte i sfilcowane od wilgoci dżinsy niedorzecznie mamrotał . Próbując się bronić Margaret zdążyła pomyśleć, że jej koniec jest nie tylko pospolity, ale bardzo, bardzo nieestetyczny. W całej tej szamotaninie odnalazł się sens dynastycznych sporów, cała historia walki brzydkiego z ładnym i uprawomocnionego z przypadkowym. Nie w każdej z tych sytuacji racja była po stronie Margaret, bo cóż jej na przykład do dziedziczenia, czego i po kim. A jednak, gdy ugryzła go w genitalia, sprawiedliwość nie bez przyjemności potoczyła napastnika w kierunku znanym dobrze Dantemu, choć do kręgu, gdzie próżno było szukać wspólników losu. Jego kręgi nie miały nic wspólnego z półpiętrami. Drzwi do mieszkania Margaret otworzyły się same. Czy trzeba los ugryźć w jaja, aby umrzeć u siebie? - zapytała zwalając się na wyrko i mając w nosie wszelkie wyroki Boże.

Nie mogła zasnąć i nie mogła nie spać, więc gdzieś na granicy rzeczywistości borykała się z własnym przypadkiem, któremu - mimo wszystko - próbowała stawić czoła. Tymczasem deszcz ucichał, a niebo przejaśniało się rozciągając nad miastem gwiaździstą noc. Co bardziej wrażliwi malarze snuli się wzdłuż rzeki Arno w poszukiwaniu genialnych refleksów i zwodniczych inspiracji. Ich pijane cienie rozmywały się na parującym bruku w oczekiwaniu na adekwatne potępienie lub mniej adekwatne zbawienie. Znowu było duszno. Zegar na wieży któregoś z kościołów wybił godzinę jedenastą. Właśnie wtedy, ktoś otworzył kluczem drzwi mieszkania panny Weiss. Była to bardzo elegancka kobieta ubrana w sukienkę sięgającą połowy łydek i efektowny kapelusz z woalką. W jednym ręku trzymała delikatnie cygaretkę w lufce, a w drugim małą żółtą torebkę, która zupełnie nie komponowała się z czernią stroju i bladą karnacją, o której można było orzec na podstawie odsłoniętej skóry pomiędzy długimi rękawiczkami a krótkimi ramiączkami sukienki. Gość czy intruz rozsiadł się w fotelu obitym amarantowym suknem, wypuścił dym prosto w twarz leżącej na lewym boku Margaret i zażądał cudownie zachrypniętym głosem kawy i amaretto. Półprzytomna gospodyni nalewając kawę z termosu i jednocześnie zastanawiając się jak to jest możliwe dochodziła do siebie i martwiła, że w domu nie ma ani amaretto ani żadnego innego słodkiego trunku, który mógłby choćby zagrać rolę likieru towarzyszącego zwykle takim okazjom. Na szczęście pani w kapeluszu wyciągnęła żądany trunek z żółtej torebki i napełniła dwa kieliszki, wydobywszy je z kredensu tak, jakby zwykła powtarzać ten rytuał może nie od zawsze, ale wystarczająco często. Słuchaj, panna, nie podoba mi się, że nie jesteś gotowa. Rozumiem, artystka, ale na taką okazję trzeba się jakoś ubrać, lekki makijaż też byłby nie od rzeczy. Już nie mówię o twojej dyspozycji psychicznej, zbolała mina i brak czarodziejskiego uroku, to nie jest en vogue. Daję ci pół godziny i masz być boska. I nawet nie próbuj odgrywać komedii. To przecież tej nocy rozpoczyna się twoje nowe życie.

Nie minęły trzy kwadranse, a Margaret była piękniejsza od Beatrice i bardziej czarowna niż którakolwiek z wysoko urodzonych lafirynd toskańskich w okresie od średniowiecza do współczesności. Trudno powiedzieć, jak to się stało, ale tuż przed północą siedziały na skuterze, który prowadzony przez nieznajomą wiózł obie gdzieś na obrzeża miasta. Były w doskonałym humorze i śmiały się wniebogłosy. Było dobrze po północy, kiedy przybyły na miejsce. Powitał je tłum wyfraczonych gości i transparent, na którym niedbałym pismem było wypisane Margaret Weiss – Wernisaż Magiczny. Kobiety w długich sukniach nie mogły nawet śnić o strugach szampana, który oblał obie spóźnione piękności. Bezstronny obserwator mógłby nawet dojść do wniosku, że spóźnienie było starannie wyreżyserowane. Skądinąd wiadomo, że bezstronny obserwator – według reguł znanych naszemu światu – jest mało prawdopodobny.

Potem przechadzano się pomiędzy znakomicie wyeksponowanymi pracami Margaret, dyskutowano popijając Martini i Grand Cru i co raz komplementowano malarkę i to z nie byle jakim znawstwem, które wystawiało świadectwo starannego doboru towarzystwa. Nie dziwnego, że nasza bohaterka poddała się bez reszty atmosferze uwielbienia zapominając o wszystkim, co ją spotkało ostatnimi czasy. Bo prawdą jest, że kobiety łatwo dają złapać się na błyszczek pochlebstwa, szczególnie gdy wyszedł on z nie lada warsztatu. Na domiar blichtr tego przedstawienia, bo możemy chyba użyć takiego słowa wiedząc o kulisach nieco więcej niż sympatyczna panna Weiss, spowodował, że Margaret nie wyciągnęła tak pożytecznej broni, jak stępiony nawet sztylet sceptycyzmu. To też przyjmowała bilety wizytowe, na których - przed nazwiskami - ciągnęły się wykwintne skróty, a nie pojawiały się nazwy szacownych instytucji, które mogłyby owe wężyki uwiarygodnić. I jakby tego wszystkiego było mało, zmniejszyła niegdysiejsze dawki sarkazmu i ironii do takich racji, aby poznać słodycz bycia uwodzoną. Ale iluż śmiertelnych zdołało się oprzeć pokusie próżności skoro i bogom bywała ona w smak? Ale to nie przykład bogów ośmielał Margaret, ani jej imienniczka z powieści pewnego Rosjanina, ani nawet szalona Gretchen krocząca wprost do piekieł na jednym ze znanych obrazów. Otóż w niewielkim oddaleniu, oparta o srebrny fortepian jej przewodniczka dała się adorować całkiem licznej grupce osób, i to płci obojga i jeszcze płci w paru przypadkach doprowadzonych do perfekcji kształtu jeśli nawet uznać, że de gustibus non disputandum est.

Właśnie wtedy Margaret usłyszała, że tajemniczą kobietę w kapeluszu z woalką tytułuje się tutaj hrabiną nigdy jednak nie wymieniając jej nazwiska. Nikt też nie zwracał się do niej po imieniu, choć frywolny nastrój nie wydawał się sprzeciwiać tego rodzaju poufałości. Plotkowano o nieobecnych, co raz gromkim śmiechem kwitując pikantne szczegóły z ich życia intymnego, które dziwnym zbiegiem okoliczności było co raz wystawiane na widok publiczny za sprawą dobrze poinformowanych świadków, którzy właśnie zdawali sprawę ze swojej dyskrecji. A to, na przykład, Baron von Gaigenstein (a jakże, nazwisk w tym wypadku nie szczędzono) podczas pikniku nad jeziorem zaprosił pannę Lizę (narratorkę tej krótkiej opowiastki i to , zdaje się, narratorkę wszechwiedzącą) na konną przejażdżkę, w czasie której opowiadał, z początku, o kolorach Nowej Fali, manierach Der Blaue Reiter (choć jego strój do jazdy konnej był nienagannie czarny, jak i klacz, której dosiadał), szaleństwach Goyi. Koniec końców wyznał, że marzy, aby namalować zupełnie wyuzdaną martwą naturę, w kolorach sepii dających ten niesamowity oddech dekadencji kolorystów, z udziałem majtek panny Lizy (tu gromki śmiech towarzystwa). Ona, rzecz jasna, oddała mu swoje majteczki w kolorze cynobru i zrobiła ten gest w stronę degustatora malarstwa, a takoż praktyka, nie zsiadając z konia. Rzecz w tym, że wie, iż von Gangenstein namalował swoje opus magnum, po czym pokroił bławatkowe majteczki i posypał nimi budyń waniliowy, który zjadł nie tylko ze smakiem, ale też dając się biczować pejczem Hrabinie. Tu obecnej i bynajmniej nie próbującej zaprzeczyć. Tyle usłyszała Margaret.

I tak owo niespodziewane przyjęcie toczyło się swoim wyszukanym, choć momentami, niewybrednym sposobem, do momentu, gdy większość gości, ulotniła się po angielsku. Hrabina i Margaret dosiadły niewygodnych stołków przy barze. Długo milczały, a milczenie ich było puste i nie chciało odnieść się do żadnego zdarzenia. Nie zawierało też żadnych pytań, które chciałaby się nasunąć, ale widać nie były dość przemyślane, aby skutecznie zakończyć się wziętym zawijasem z kropką na dole. A może były głupie lub mądre? Na pierwsze się nie odpowiada, a drugich unika. Więc siedziały tak i siedziały. Nie było nikogo, kto chciałby przerwać tę ciszę, choć zwykle taki ktoś się zdarza. Siedziały tak długo, aż zrobiły się niewidzialne.

Mniej więcej o tym samym czasie, którego wyjątkowo było ponad potrzebę, na drugim końcu miasta pewien trupio blady jegomość pisał dzieło swojego życia. Z tego, co wiadomo, nie była to praca zbyt twórcza bowiem głównie składała się z jednego cytatu, a komentarz ograniczył się do jednego zdania: Dlaczego człowiek zwykle budzi się nie po tej stronie oczywistości, po której mógłby oczekiwać, że jest tą, którą przed nim do tej pory skrywano ze względu na jakiś plan istoty wyższej i czy nie mógłby się obudzić raz po właściwej stronie?

Margaret obudziła się z nieznośnym bólem głowy. Poza tym wszystko było na swoim miejscu. Otworzyła okno, za którym żyła już Florencja malując pierwsze zgorszenia i sprzedająca złoto. Było duszno, więc zrezygnowała z gimnastyki. Popijając drożdżówki wyborną kawą uważnie przypatrywała się wszystkiemu i wszystkim. Próbowała również przypomnieć sobie, co zdarzyło się ostatniej nocy i jeszcze wcześniej. Ale pamięć zawodziła. Poprosiła kelnera o gazetę, ale nie miał dzisiejszej. Zapaliła papierosa Nie smakował jej. W zasadzie nic się nie zdarzyło, ale analizując tych parę szczegółów, doszła do wniosku, że umarła. Zrobiło jej się żal ostatniej nocy, której nie wykorzystała i ostatniego obrazu. Poza tym było jej wszystko jedno. Zamówiła jeszcze jedną kawę.

Po tym wszystkim wyszła na ulicę i szła przed siebie, jak idą zwykle ci, którym jest obojętnie w sposób idealny. Szła w górę rzeki nie spoglądając ani na wioślarzy zmierzających w tym samym kierunku, ani na skośnookich turystów mierzących obiektywy w kierunku przeciwnym, ani na celtyckie łodzie wyrzeźbione w złocie, ani na spękane freski zmęczone historią sztuki i frazesami powtarzanymi na okrągło, aby tylko powtarzać. W końcu minęła przedmieścia i poprzez wzgórza, na których rozsiadły się gaje oliwne i winnice, tudzież rzadkie studnie, z których czerpała wodę dającą ukojenie, dotarła do czarnego i złowróżbnego lasu.

Na pogrzeb Margaret przybyło znacznie więcej osób niż mogłaby się spodziewać.

No hay comentarios:

Publicar un comentario